|
| powrót |
Brum
"Myslovitz"
(październik 1995)

"Myslovitz" to - obok "Mantrykota" Paraphrenii - mój kandydat do fonograficznego debiutu roku. Cieszy mnie ta płyta, bo to jedno z nielicznych u nas rockowych dzieł rozgrywających swe napięcie pomiędzy nieprzystającymi, zdawałoby się, przeciwnościami, operujących kontrastami i dysonansami. Myslovitz nie jest ani tak radykalny, ani tak inteligentnie ironiczny, jak mistrzowie tej metody, ani też do końca konsekwentny, potrafi jednak wykorzystać te potencjalne niedostatki na swoją korzyść. Płyta jest wyciszona, elegancka, swe skarby nie tyle chowa, co dyskretnie usuwa w cień. I właśnie tam dzieje się najwięcej. Na powierzchni są dekoracje zgrabnych przebojów, ładne harmonie słodkich głosów, wiele słów, niekiedy zbędnych. Nie dajcie się jednak poprowadzić tym "miękkim" chłopięcym wokalom, ich słodycz jest zdradliwa. Leniwie rozwijają serpentyny pełnego aksamitno-zamszowej perwersji psychodelicznego labiryntu o gęsto, zgrzebnie tkanych gitarowych ścianach. Romantyczna, marzycielska aura pogrąża się w ponurym gąszczu. Ideał sięgnął bruku? A może to raczej efekt podobny jak w "Powiększeniu Antonioniego"? Dobrym przykładem jest "Maj", gdzie pierwsze dźwięki są jak z uroczej ballady The Beatles, finał wyzwala ściany dźwięku groźnie najeżone gitarowymi razami. W "Papierowych skrzydłach" narcystyczna maniera Suede zostaje "złamana" krótką, ale sugestywną nostalgiczną partią gitary a la Young. Ten album to psychodeliczna orgia z opóźnionym zapłonem - choć pod koniec zaczyna się iskrzyć ("Moving Revolution"), nie eksploduje. Napięcie pozostaje zatrzymane w podskórnym nurcie... Stanowi fascynującą drugą stronę monotonnej, po angielsku nudziarskiej muzyki.
Tej płyty można słuchać na wiele sposobów, to jej siła. Można poprzestać na słuchaniu piosenek, tych skoczniejszych i tych nostalgicznych, rozwijanych kapryśnie i bez umiaru (polecam "Deszcz"). Można też narzekać na wtórność, że The Velvet Uunderground, że Morrissey, że Suede, że The Church, itp. Wypada przy tym zauważyć, że Myslovitz z zaskakującą łatwością i polotem zaadaptował trudne, bo charakterystyczne i rasowe fundamentalne rockowe kanony, celnie złożył ich elementy we własny język. Ci debiutanci stworzyli sobie lepszy grunt, niż niejedna nasza gwiazda przez całe lata. Nagrali pop-rockowy album bez cienia taniochy, a to w Polsce rzadkość. Bezkompromisowe wydanie Myslovitz trzeba poznać podczas koncertów. A płyta to moja żelazna - nie tylko rozrywkowa - propozycja na długie jesienno-zimowe wieczory.
Rafał Księżyk
| powrót | |