Ostatnia modyfikacja tej strony: 5 czerwca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Onet.pl
 "Samochody, samoloty..."
 (grudzień 2000)

  Pierwsze, co powiedziałem to: "Wychodzić k...a z tego samochodu". Ktoś krzyknął: "Nic nikomu się nie stało?". Na szczęście, wszyscy żyją, ale Wojtek stęka. Coś stało się z jego ręką. Obojczyk. Samochód leży na boku, wychodzimy po kolei, wspinając się po czym się da. Jedni się śmieją, inni są przerażeni. Wojtek zostaje...


  Bogdan, nasz kierowca, kupił nowy samochód. Ogromny, dziesięcioosobowy bus, do którego pakujemy cały nasz sprzęt i jeszcze zostaje miejsce!!! Jest bardzo wygodny, przestronny i w ogóle. Siedząc w fotelu można spokojnie wyprostować nogi. Można też wstać i na długości półtora metra zrobić kilka kroków tam i z powrotem. To ostatnie jest bardzo ważne. Podobno jak za długo się siedzi, to można umrzeć. Odkryli to jacyś amerykańscy naukowcy, gdy po kilkugodzinnych lotach samolotem zaczęli umierać ludzie. Serio.

  Kolumny w naszym samochodzie są z przodu i z tyłu, a jak grają tylko z przodu to na tyle delikatnie, że żaden z nas nie narzeka (nie wspominałem Wam jeszcze o tym bo nie miałem okazji, ale muzycy zespołu Myslovitz to straszne zrzędy...). Ach! Zapomniałbym o firankach. W poprzednim samochodzie były podarte, w tym wyglądają jakby były codziennie prasowane. Jak pierwszy raz wsiadaliśmy do nowego busa zachowywaliśmy się jak turyści, którzy zaraz polecą w kosmos białym volkswagenem. Nie kryłem podziwu, kiedy sunął miękko po drodze, a jego silnik - na, jakby nie było, już dosyć dużych obrotach - słodko bzyczał.

  Jestem paranoikiem jeżeli chodzi o samochody i samoloty. Najbezpieczniej czuję się na statku. Jeżeli ktoś w aucie dręczy kierowcę i błaga żeby zwolnił, to z reguły jestem to ja. Kierowcy mają mnie dosyć po dziesięciu minutach jazdy. Jednak w tym samochodzie czułem się naprawdę bezpiecznie. Nigdy nie zapinałem pasów. Nie siedziałem przecież z przodu! Od jakiegoś roku moim stałym miejscem jest rząd drugi obok Przemka.

  Bogdan siedzi z przodu, bo kieruje. Obok Roger - nasz techniczny, który czasem spełnia rolę pilota. Za mną i Przemkiem siedzą Jaca i Sławek-menedżer, a na końcu są Lala, Jarek - realizator dźwięku, no i Wojtek. Całkiem z tyłu wieziemy sprzęt. Jest zapięty pasami, żeby nie spadł komuś z ostatniego rzędu na głowę (ale i tak kilka razy już spadł). Najczęściej podczas jazdy śpimy. Tzn. wszyscy śpią, a ja się wiercę, bo mi się dłuży. Lala też podobno nie może spać, ale zawsze kiedy się odwracam to oczy ma zamknięte. Jak nie śpimy, oglądamy filmy z kaset wideo, które i tak w końcu nas usypiają. W samochodzie tak miło kołysze...

  Nasz kierowca jest zawodowcem. Odkąd go znam, zawsze jeździł. Woził ludzi na targ pod Łodzią, na pielgrzymki do Częstochowy, pracował na minibusie, a kiedyś wynajęto go nawet do wożenia muzyków grupy Smashing Pumpkins kiedy grali w Katowicach. Sam Bill Corgan go wybrał. Nigdy nie spowodował żadnego poważnego wypadku, no może jakieś dwie drobne stłuczki w kilkuletniej praktyce. To bardzo ważne, zwłaszcza kiedy pokonujemy razem tyle kilometrów.

  No, ale bywają chwile, że zdarza się i najlepszym.

  Jechaliśmy do Poznania. To było ryzyko, bo sponsor się wycofał i postanowiliśmy grać za wpływy z biletów. Jednak kilka dni wcześniej wiedzieliśmy, że koncert chyba się sprzeda. Dzień był okropny. Zimno, deszczowo i generalnie niezbyt przyjemnie. O wszystkim jednak zapomniałem wsiadając do samochodu - ciepło, przyjemnie, "domowo"... Mieliśmy za sobą połowę drogi do Poznania. Skończył się właśnie film, który połowa z nas przespała, budząc się pod jego koniec. Nawet nie pamiętam tytułu. Wypoczęci postanowiliśmy oglądać następny. "Zabójcza broń 4". Przy tym nie da się zasnąć, a jednak... Dopiero co się zaczął, a ja już prawie spałem. Nagle poczułem mocne szarpnięcie. Uniosłem się w górę i spadłem Przemkowi na kolana. Potem z powrotem na swoje miejsce i znowu w górę. Tym razem przeleciałem przez jego kolana i uderzyłem głową w boczne drzwi wejściowe. Modliłem się, żeby to wreszcie się skończyło. A trwało jakby całą wieczność. Nie widziałem nikogo z chłopaków. Czułem tylko, jak poniewierane jest moje ciało. Myślałem, jakie będzie ostatnie uderzenie. Nagle nad głową przeleciał mi telewizor, który - jak się później okazało - o mało co nie rozbił głowy Sławkowi. Szkło, znowu jestem w powietrzu. Koniec.

  Wszystko jeszcze pływa mi przed oczami, ale czuję, że żyję. Chyba byłem w szoku. Pierwsze co powiedziałem to: "Wychodzić k...a z tego samochodu". Ktoś krzyknął: "Nic nikomu się nie stało?". Na szczęście, wszyscy żyją, ale Wojtek stęka. Coś stało się z jego ręką. Obojczyk. Samochód leży na boku, wychodzimy po kolei, wspinając się po czym się da. Jedni się śmieją, inni są przerażeni. Wojtek zostaje... Żeby dostać się do niego, wypakowujemy na pobocze cały sprzęt. Wzywamy karetkę i policję. Zaraz będzie też straż pożarna. Czekając aż przyjadą prawie nie rozmawiamy ze sobą. Wojtek jest blady - widać, że strasznie go boli. Śpiewa: "Kto w lutym urodzony jest, ten wstań, ten wstań, ten wstań i weź ten kielich do ręki, i wypij za swe udręki, do dna, do dna, do dna". Śpiewanie mu pomaga. Przyjeżdża karetka. Zabierają go do szpitala w Ostrzeszowie. Potem policja, jacyś kolesie robią zdjęcia. Strażacy podnoszą samochód. Jedziemy na przesłuchanie. Pytają się mnie, czy miałem zapięte pasy. Mówię że tak, ale chyba się z nich wysunąłem. Po dwóch godzinach nas puszczają. Nie do końca przekonani, że to dobry pomysł, jedziemy do Poznania. Bez Wojtka. Ludzie czekają. Mamy trzy godziny opóźnienia. Wychodzimy na scenę. Chyba jeszcze każdy z nas myśli, że o mały włos mogłoby tego koncertu nie być. Mogłoby nie być żadnych koncertów Myslovitz. Jest gorąco i jest mi słabo. Coś dzieje się z gitarą, a w odsłuchach nie słyszę swojego głosu. Wszystko się pieprzy. Koniec. Mamy dosyć.

  Wczoraj dostałem list. "W Częstochowie było zajebiście, ale w Poznaniu totalna klapa. Myslovitz bez Powagi to nie Myslovitz". Uważajcie na siebie.

Artur Rojek

Artykuł pochodzi ze strony www.onet.pl.

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT