|
| powrót |
Polityka
"Myslovitz gra inaczej"
(luty 2000)

Scenariusz dla moich sąsiadów. Kiedy zakładali zespół muzyczny, ktoś powiedział, żeby nazwali go tak jak ich rodzinne miasto - Mysłowice. "Napiszmy to jak na drzwiach starego pieca w mieszkaniu rodziców" - podchwycił Lala. Tak w 1994 roku powstał Myslovitz. Wyspa gitarowej melancholii na rzece śląskiego grania dętego.
Wszyscy urodzili się w Szpitalu Miejskim nr 1, wielkim ceglanym gmaszysku z neogotyckimi witrażami. Artur Rojek i Wojtek Kuderski w 1972 roku, kiedy miasto zwiedzał Fidel Castro. Artur został pływackim mistrzem Polski juniorów. Wojtek, zwany Lalą, przepracował osiem lat na dole kopalni jako hydraulik. Jego starszy brat Jacek jest inżynierem (praca magisterska: "Analiza płynięcia materiału podczas walcowania na walcarce kulowej"). Wojtek Powaga też jest inżynierem ("Badanie wypadkowości na drodze krajowej nr 1"). Tylko Przemek Myszor skończył muzyczne studia i pracował jako nauczyciel. Udało im się: wydali cztery duże płyty, okładkę do ostatniego krążka zaprojektował im Ryszard Horowitz (nie wiedzieli wtedy, kim jest).
Dżon, Pol i Dżordż. W ogromnej, samotnej, ceglanej kamienicy z początków wieku mieszkają rodzice braci Kuderskich. Ojciec (30 lat pracy w zakładach mięsnych) był mistrzem kontrabasu na weselach i potańcówkach. Zespół Kuderskiego seniora nazywał się Band i dostał nawet zaproszenie do telewizji katowickiej do popularnego programu "Sobota w Bytkowie". "Jeszcze trzydzieści lat temu w okolicach miasta było 200 knajpek, Przemsza była żeglowna, a nad jej brzegami urządzano potańcówki. Ktoś musiał grać do tańca" - opowiada Józef Kuderski.
Starszy syn Jacek zajmuje się muzyką, od kiedy skończył cztery lata: "Jacuś wszędzie śpiewał. Jak jechaliśmy gdzieś pociągiem albo autobusem, to też śpiewał. Najładniej wychodziły mu piosenki z repertuaru Zdzisławy Sośnickiej. Obcy ludzie częstowali go czekoladą i cukierkami". Ale pierwszą poważną fascynacją braci Kuderskich byli Beatlesi. Artur Rojek, wokalista, odnalazł wstydliwie skrywany ich młodzieńczy album z wyciętymi główkami bohaterów i podpisami: Dżon, Pol i Dżordż.
Pierwsza zorganizowana grupa muzyczna powstała w Mysłowicach w 1920 roku. Założył ją Antoni Dawid, znany w okolicy miłośnik instrumentów dętych. Nazywała się Lira i występowała przede wszystkim na weselach i festynach. Grali w niej górnicy z kopalni Myslovitz. Czasy były takie, że jak ktoś porządnie grał na instrumencie dętym, to łatwiej mu było o pracę w kopalni. Otto Fritsch, dyrektor, sprowadził nawet dla Liry drogie instrumenty i galowe stroje z Niemiec. Lira miała własne pomieszczenie w cechowni. Mogła swobodnie próbować.
Orkiestra kopalni Mysłowice obchodzi właśnie swoje 80-lecie. W każdy piątek ma próbę w wynajętej salce w hotelu Gościniec. Chętnych do dęcia brakuje. Nawet założona przez kapelmistrza w 1983 roku szkółka werblistów (Kuderscy wycinają jeszcze albumy z Dżonem, Polem i Dżordżem) miała żywot krótki i nietrwały. "Gramy teraz częściej na pogrzebach niż na weselach" - podsumowuje Fryderyk Mularczyk, lat 90, były bokser, spawacz i muzyk, który do orkiestry trafił w 1945 roku. Młodzież garnie się do gitary. "A w górniczej orkiestrze dętej na gitarze nie zagrasz" - tłumaczą klarneciści.
Artur i Generał. Drugim po Lirze zespołem, który zelektryzował Mysłowice, był Generał Stilwell. Olśnił Artura Rojka: "Grali jak wtedy nikt w Polsce: melancholijnie, prosto, gitarowo. Dowiedziałem się, że tak grają w Anglii, w Manchesterze. Postanowiłem sam założyć zespół. Moim idolem był oczywiście Generał i ich lider - Marek Jałowiecki, zwany Dżałówą".
W 1987 roku (Artur zdobywa mistrzostwo Polski w pływaniu) Dżałówa skończył 20 lat, odrabiał wojsko w kopalni, a po szychcie ćwiczył w Miejskim Domu Kultury. Wspomina: "Wcześniej do mysłowickiego MDK ciągnęły pielgrzymki wynudzonej młodzieży. Grzecznie, na jasełka, kukiełkowe teatrzyki. Nagle my z gitarowym postpunkiem. Za bileciki nie trzeba płacić, sala pęka w szwach, wszyscy w mieście śpiewają "O Peggy Brown". Dzięki Myslovitz tę piosenkę poznała potem cała Polska. Wtedy, kiedy ją grał Generał Stilwell, czasy były smutne, marazm. Nawet najmniejsza dawka energii rozsadzała to leniwe miasto".
Potem na moment MDK stał się oazą dla wszystkich nieprzystosowanych. Tu pod koniec lat 80. (Lala wybiera zawodówkę) było siedlisko Pomarańczowej Alternatywy, nadaktywni filmowcy-amatorzy zakładali tu swoje kółka dyskusyjne. Marek Jałowiecki pracuje dziś w świetlicy profilaktyczno-wychowawczej w Mysłowicach. Grywa od święta. Do dawnego budynku MDK wprowadziła się szkoła handlowa.
Goło i wesoło. Prawie trzysta lat temu pruscy właściciele miasta postawili na wydobywanie węgla. Sto pięćdziesiąt lat temu w okolicach fedrowało kilkanaście kopalń. W czasie drugiej wojny światowej największą kopalnię Myslovitz przejął niemiecki koncern państwowy Herman Goring (ojciec Kuderskich przez całe dzieciństwo mówił tylko po niemiecku), a po wojnie lud pracujący miast i wsi.
Centrum to ceglane, czerwone kamienice z początku wieku. Ażurowe klatki schodowe, neogotyckie wieże, czerwone okna familoków, przetykane prostopadłościenną gierkowską superprodukcją. Mysłowice, tak jak cały Śląsk, zapadają się pod własnym ciężarem.
W 1976 roku (Jacek śpiewał Sośnicką) gazet krzyczały: "Realizacja zaplanowanych zadań wyprzedziła w ostatnim okresie przyjęte uprzednio założenia, zgodnie z uchwałą VI Zjazdu PZPR (...) Prognozy realizacji ambitnego programu rozwoju Mysłowic rysują się niezwykle pomyślnie".
Historia potoczyła się jednak jak w filmie "Goło i wesoło", bo prognozy nie zarysowały się pomyślnie: już nie ma komu wysyłać węgla, jego wydobycie jest kosztowniejsze niż cena na rynku. Więc od 10 lat wielkie zakłady nie obejmują nikogo matczynym ramieniem. W angielskim filmie "Goło i wesoło" mężczyźni zwolnieni z plajtującej huty, utrzymującej przy życiu miasteczko, decydują się na krok desperacki: zakładają męski zespół estradowy bawiący panie striptizem. Jakoś trzeba zarabiać.
Wojciech Kuderski, były górnik, obecnie perkusista: "Goła pensja górnika to 800 zł. Nawet nie ma się za co uchlać. Kopalnia nie wytrzyma następnego roku".
Czarna Przemsza zamieniła się w brunatną zupę, na brzegach nie ma potańcówek. Po pracy można zabawić się tylko w "Czterech porach roku". To lokal urządzony w siedzibie klubu Górnik 09. Ale nie gra orkiestra, tylko pan Władek na syntezatorze Casio.
Dziennikarze często pytają muzyków Myslovitz, dlaczego wszystkie piosenki są takie ponure i smutne? "Bo my jesteśmy smutni" - odpowiadają. "Bo miasto, w którym mieszkamy, jest smutne".
Gitarowy krok. Tak więc, kiedy Artur Rojek poznał Generała (Powaga dostaje się do liceum), sam postanowił założyć grupę. "Szukałem w mieście ludzi, którzy potrafiliby grać i odpowiednio wyglądali". Najpierw znalazł Wojtka Powagę. "Nie wyglądał najlepiej, miał długie włosy, a co najgorsze - słuchał bluesa". Na pierwszej próbie grali "Krakowski spleen" Maanamu.
Jacka Kuderskiego Artur widywał w studenckim klubie Pod Różą w Katowicach, jeździli tymi samymi autobusami. Okazało się, że Jacek świetnie gra na basie. "Co więcej, wyglądał gitarowo, a w dodatku miał młodszego brata, który grał na perkusji". Jak wygląda gitarowy człowiek? Gitarowy człowiek ma długi gitarowy krok. Chodzi na ugiętych nogach, powinien być też lekko przygarbiony. Nosi niedbałe luźne, proste ciuchy.
Artur odwiedził Kuderskich w domu i zaproponował współpracę. Ćwiczyli w MDK. Grali na wspólnym sprzęcie, we wspólnej sali. Po trzech latach nagrali na kasetę magnetofonową pierwsze utwory (Myszor gra w innych mysłowickich kapelach i wkuwa muzykę na studiach) i wysłali na konkurs Garaż '94 do Częstochowy. Wcześniej na Garażu grał m.in. T.Love, Formacja Nieżywych Schabuff. Sami wymiatacze. I oni, chłopcy znikąd. Artur Rojek: "Wyszliśmy na scenę z równymi grzywkami, w garniturach. A tu z sali hasło: "Sp... pedały". Ktoś z sali bronił: "Dajcie im grać". Byliśmy ugotowani".
Ale po koncercie przyszedł do nich gość w berecie. Wojtek Powaga: "Myśleliśmy, że to Kapitan Nemo. Powiedział: gracie trochę weselnie, ale linia basów i chórki w porządku". To był Janusz Janina Iwański. Zajęli drugie miejsce. Dostali nagrodę od Radia Łódź. Radio zafundowało im profesjonalną sesję nagraniową. Następny konkurs to wygrana Mokotowska Jesień Muzyczna. Od wytwórni MJM Music (potem Sony) dostali propozycję kontraktu płytowego. Artur: "Oddelegowany facet z wytwórni przyjeżdżał do miasta, słuchał, czy gramy prosto czy krzywo, czy już nadajemy się do studia, czy jeszcze nie. Zarządziłem codzienne próby. Tylko że następnego dnia Lala przyszedł z szychty lekko zawiany i zasnął za perkusją. Wściekłem się. Była awantura, zespół o mało się nie rozleciał. Ale Lala wziął się w garść".
Nagrali pierwszą, a zaraz potem drugą płytę. Do zespołu dołączył Przemek Myszor, muzyk, który miał już inny znany w Mysłowicach zespół October's Children. Ale wtedy okazało się, że ludzie w mieści nie bardzo chcą przychodzić na koncerty. Kiedyś zespoły grały za darmo, a teraz bilety kosztowały 5 zł. Uznali, że muzykom sodówa uderzyła do głowy. Mietall, 21-letni muzyk z Mysłowic, uważa, że ludzie w jego wieku nabrali niepotrzebnego dystansu do kolesi ze znanej grupy. "A przecież to są dalej normalni ludzie".
Zmiana jest taka, że kiedy muzycy Myslovitz pojawiają się w miejskich klubach, wzrasta oczekiwanie, że postawią następną kolejkę. Lala: "Ja stawiam, szczególnie jak widzę, że ktoś nie ma kasy, co się dość często zdarza". Lala narzeka na zanik obyczajów biesiadnych w rodzinnym mieście: "Dawniej przychodziło się do knajpy na kielicha, pogadać, teraz chodzi wyłącznie o to, żeby drugiemu dać w mordę".
Miejskie życie towarzyskie prowadzą Lala, Jacek i Artur. Wojtek ostatnio się zakochał, więc jest raczej nieobecny. Przemek Myszor jest zmęczony tym, że do Mysłowic przyjeżdżają fotoreporterzy i od razu ciągną ich pod kopalnię. "Ja mieszkam na skraju miasta w domu pod lasem, uczyłem się muzyki i z górnictwem, prócz zameldowania, nie mam nic wspólnego".
Ponad miasto. Prócz ambicji muzycznych zespół Myslovitz miał zacięcie piłkarskie. Jacek Kuderski zakwalifikował się nawet do ligi terenowej. Miłość do piłki została, choć teraz rzadko kiedy mają czas pograć.
Na początku kariery w piłkę gra się na mysłowickiej Promenadzie. To zarośnięte resztki Mysłowickiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Kawał parku i przyzwoite boisko. Lala był najbardziej zawzięty. Gdy zaczęło mu się lepiej powodzić, chciał zostać sponsorem własnej drużyny. Ale jak ogłosił, że za każdą bramkę płaci z własnej kieszeni czterysta złotych, to gole zaczęli strzelać przeciwnicy. Więc Lala się wycofał. W każdą sobotę na Promenadzie gra liga terenowa. Najczęściej Concordia Knurów z LZS Brzęczkowice.
Z Promenady widać Niwkę, inne stare górnicze miasteczko, teraz dzielnicę Sosnowca. To już nie Śląsk, ale Zagłębie, obca kraina, inna mowa, inna tradycja, inna kultura, gorolska. Jeśli zapytać Ślązaka z Mysłowic, dlaczego przez dziesięciolecia przeganiał Zagłębiaków przez Przemszę, odpowie, że ze względów cywilizacyjnych. Kiedy w Mysłowicach był prąd i kanalizacja, ludzie w Niwce nosili drewniane walizki i bali się żarówki. Z kolei człowiek z Niwki jest zdania, że ten zza Przemszy to Niemiec i wróg. Jeszcze 10 lat temu, kto zapuścił się na obcy teren, mógł dostać tęgie baty.
W Sosnowcu dodatkowo mieszkali skini. Wojtek Powaga: "Miałem długie włosy, mój kolega też. To wystarczyło, żeby oni nas zmasakrowali. Kumpel miał potem twarz jak budyń".
Przemek Myszor: "Teraz jest spokój, bo już nikomu się nie chce bić. Ale jeśli przypadkowo jest się z Sosnowca, lepiej nie powtarzać tego głośno między familokami".
Familoki - górnicze bloki, biedadomy, w wersji podstawowej z ubikacją na podwórku. Dziś większość w ruinie. Pierwszy ważny teledysk zespołu nazywa się "Scenariusz dla moich sąsiadów". To czarno-biały, leniwy, melancholijny, krótki film, którego bohater wznosi się ponad swoje miasto na własnoręcznie skonstruowanej drewnianej maszynie latającej.
To nie był film. Po nagraniu drugiej płyty okazało się, że nie da się pogodzić fedrowania pod ziemią ani pracy na uczelni z profesjonalnym graniem.
Ukazała się trzecia, najbardziej dojrzała płyta: "Z rozmyślań przy śniadaniu". Teraz to Przemek Myszor jest głównym inspiratorem pisania tekstów. Mocno przeżył skandal związany z piosenką towarzyszącą filmowi "Młode wilki 1/2". Kiedy w sprzedaży ukazał się singiel z piosenką "To nie był film", niektóre rozgłośnie zakazały jej emisji. Uznały, że jest groźna i że może prowokować do zbrodni. Przemek: "Nawet moja żona miała na zajęciach na studiach problemy, zapytali ją, jak ja mogłem taką rzecz napisać? A przecież ta piosenka ma wręcz przeciwną wymowę. Wystarczyło jej posłuchać. Wystarczyło rozejrzeć się wokół i zobaczyć, co się dzieje wśród ludzi, którzy nie mają co zrobić ze swoim życiem".
Są zgodni: na pewno karierę łatwiej zrobić w stolicy. Wiadomo: ośrodki decyzyjne, kontrakty, promocja, pieniądze. Wielu życzliwych namawia na przeprowadzkę. "Bez dyskusji. Zostajemy u siebie" - odpowiadają.
Mietall, który podziwia Myslovitz, a także idzie ich śladem (razem z Rojkiem założył kapelę Lenny Valentino), ma swoją teorię co do szans ludzi z małych miast. "Nie ma się co załamywać. Pełno tu siedzi młodzieży w kilku klubach, w Pink Cafe czy Walterze. Piją piwo, nudzą się i nie mają żadnych zainteresowań. Mieliby cel, gdyby się zainteresowali szachami albo znaczkami. Albo chociaż muzyką".
Ewa Winnicka
Opracowanie: Agnieszka Koza.
| powrót | |