Ostatnia modyfikacja tej strony: 5 czerwca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Polityka
 "Śląski spleen"
 (luty 2000)

  Po ukazaniu się pierwszej płyty warszawscy krytycy nie mieli wątpliwości: prowincjonalna kapela Myslovitz usiłuje grać britpop, czyli muzykę najsilniej kojarzoną z angielską grupą Oasis. Ostatnia, czwarta płyta, wydana w zeszłym roku przekonała, jak się zdaje, ostatecznie, nawet tych nieprzekonanych: Myslovitz gra po prostu jak Myslovitz. Wokalista Artur Rojek przy każdej prawie okazji przypomina, że kiedy zaczynali karierę, nie słuchali britpopu i nie mieli pojęcia jak gra Oasis. On sam najchętniej słuchał wtedy The Velvet Underground, legendarnej amerykańskiej kapeli z późnych lat 60-tych, założonej przez Andy Warhola.

  "Miłość w czasach popkultury", najnowsza i zdecydowanie najlepsza płyta Myslovitz dobrze trafiła w swój czas. Inny zupełnie niż ten, kiedy mówiło się o polskim boomie rockowym. Wtedy, na początku lat 80. najlepiej przyjmował się nieokiełznany bunt zaznaczony w tekstach, z których jedne z trudem przechodziły przez sito cenzury, a inne można było poznać tylko z nagrywanych prywatnie kaset krążących w alternatywnym obiegu. Teraz można śpiewać o wszystkim, ale śpiewana publicystyka rockowa trochę się już przejadła i nawet nieobyczajne bluzgi hip-hopowców nie prowokują tak, jak jeszcze dwa, trzy lata temu.

  Myslovitz postawił na inną poetykę, zarówno w słowach piosenek, jak i w brzmieniu. Słowa najczęściej są o miłości, samotności tej dosłownej albo bardziej metaforycznej. Jeśli zdarza się przywołanie tego, co na zewnątrz, to słyszymy, że "zakochałem się na nowo w brukowej gazecie i internecie, bo lubię zjawisko popkulturowe". Albo o chłopcach, którzy "wychodzą na ulicę, szukają czegoś, co wypełni im czas (...) dyskutują o amerykańskich filmach (...) siadają na chodniku i palą jointy". Niekiedy o autodestrukcji, myślach samobójczych albo agresji, jak w piosence "To nie był film" z przedostatniej płyty, gdzie mamy wyznanie gangstera, który zabił na zlecenie.

  Nastrój, jaki towarzyszy większości piosenek Myslovitz jest w istocie dość ponury. Najlepiej pasuje do tego słowo spleen spopularyzowane przez słynny wiersz Baudelaire'a. Ale jeśli tak, to znaczy, że piosenki Myslovitz, choć opowiadają o sprawach beznadziejnych, nie mogą być bez tonu lirycznego. I takie właśnie są - miejsce dawniej eksponowanej agresywności zajęła melancholia.

  Muzyka Myslovitz jest osobliwa, bo z jednej strony, głównie z racji chwytliwych melodii da się ją zaliczyć do szeroko rozumianego popu, z drugiej zaś dynamiczne, niespokojne brzmienie gitar towarzyszących wysoko ustawionemu głosowi Rojka kazałoby widzieć w niej kontynuację rockowej "nowej fali".

  Nietrudno zauważyć, że odbija się w tym klimat dzisiejszego Śląska. Coś jest tu w atmosferze, co każe przetwarzać ją na melodie i słowa. Kiedyś grał zespół SBB, Janek "Kyks" Skrzek komponował bluesy i śpiewał je w śląskiej gwarze, bluesem i rock'n'rollem podbijał Polskę Ireneusz Dudek. Tutaj żył Ryszard Riedel, rockowy straceniec. Do tej pory co roku odbywają się festiwale - Rawa Blues i Metalmania, a od paru lat zyskują sławę śląskie kapele hiphopowe. Teraz nowy rozdział w historii muzycznego Śląska otwiera Myslovitz.

Mirosław Pęczak

Opracowanie: Agnieszka Koza.

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT