|
| powrót |
Twist
"Wywiad z Myslovitz"
(lipiec 2002)

Jeśli myślicie, że o piątce facetów z Mysłowic wiecie już wszystko - jesteście w błędzie! Twistowi opowiedzieli nie tylko o nowej płycie, ale i o tym, że za nic nie wróciliby do szkoły.
Niedawno ukazała się wasza piąta płyta. Jedyną radosną piosenką na niej jest znany z pierwszego singla "Acidland". Skąd tyle pesymizmu w sympatycznych, odnoszących sukcesy chłopakach?
- Przemek: "Korova Milky Bar" to zbiór fajnych, choć może nieco melancholijnych kawałków. Śpiewamy w nich o tym wszystkim, co dzieje się wokół nas. Rzeczywistość wydaje się nam raczej smutna, więc opowiadające o niej piosenki też takie muszą być. Poza tym słuchaczom najbardziej podobają się smętne nagrania, szczególnie te o miłości... Szczerze mówiąc, to łatwiej nam się pisze o takich właśnie rzeczach. Tak naprawdę jednak wesołe z nas chłopaki, więc kiedy napisaliśmy już wszystkie dołujące teksty na płytę, postanowiliśmy dorzucić do niej coś pogodniejszego. Tak powstał "Acidland". Wiele osób zarzuca nam, że to banalny kawałek. Nie zgadzamy się z tym.
Skąd pomysł na taki tytuł płyty: "Korova Milky Bar"?
- Przemek: Pożyczyliśmy go sobie z powieści "Mechaniczna pomarańcza". Opisane w niej było tak właśnie zwane, niesamowite miejsce, gdzie ludzie zmieniali się i zaczynali robić dziwne rzeczy. Na pomysł, by nazwać w ten sposób nowy album, wpadł Artur, a reszcie zespołu bardzo się to spodobało. W końcu nasza płyta też opowiada o różnych, dziwnych stanach świadomości.
Na samym końcu albumu ukryty jest "bezimienny" kawałek w wykonaniu Przemka. Dlaczego tak dobrze "schowaliście" to nagranie? Wstydzicie się go?
- Przemek: Skąd! To najlepszy utwór na całej płycie i dlatego właśnie trzeba na niego poczekać aż pięć minut. Naprawdę warto!
Promujecie "Korovę" w całej Europie. Wybraliście się w trasę koncertową wspólnie z legendarną kapelą Simple Minds. Jak było?
- Wojtek: Wystąpiliśmy razem na siedmiu koncertach. Na początku każdego z nich Artur mówił coś w języku mieszkańców danego kraju, czym od razu podbijaliśmy ich serca. Wspólna trasa z artystami formatu Simple Minds była dla nas wielką przygodą, jakiej nigdy wcześniej nie przeżyliśmy. Nie traktujemy jej jednak jak czegoś wyjątkowego. W końcu przecież byliśmy tylko rozgrzewającym supportem, a nie gwiazdą wieczoru, cha, cha! To kolejny szczebel, który musieliśmy przejść na naszej muzycznej drodze. Zresztą kolesie z Simple Minds byli dla nas bardzo mili. Podobała się im nasza muzyka. Zawsze też dobrze wypowiadali się na temat Polaków, szczególnie wokalista - Jim Kerr, który nawet chodził z Polką...
Gdybyście mieli możliwość zrobienia sobie przerwy w karierze i powrotu do szkoły...
- Przemek: Raczej nie dalibyśmy się na to namówić. Teraz przeżywamy najlepszy okres. Styl życia, jaki teraz prowadzimy, bardzo nam odpowiada. Daje nam wiele swobody, z której trudno byłoby zrezygnować. Co tu dużo mówić: ciężko byłoby znów chodzić w kieracie. Za bardzo odwykliśmy od jakichkolwiek ograniczeń...
Może wrócilibyście tam nie jako uczniowie, lecz jako nauczyciele... W końcu Przemek i Artur są pedagogami z wykształcenia.
- Artur: Oj, chyba nie poradzilibyśmy sobie ze współczesnymi dzieciakami.
A dalibyście się zamknąć w domu jakiegoś Wielkiego Brata?
- Artur: Tak, ale tylko całą piątką. To byłby niezły show. Zresztą takie "niewole" przydarzają nam się co jakiś czas, jak choćby na trasie z Simple Minds - 11 dni w jednym autobusie! Gdyby ktoś nakręcił to, co się w nim działo i pokazał w telewizji, to oglądalnością przebilibyśmy niejeden reality show.
Czym wypełniacie sobie czas w trasie? Pewnie oglądaniem ambitnych filmów? Czy po wielkie produkcje też czasem sięgacie?
- Przemek: Tak. Jesteśmy fanami "Gwiezdnych wojen", ale tych starych, pierwszych trzech części. Były oryginalne, znakomicie wymyślone. Można się od nich uzależnić!
Opracowanie: Sonia Wrzesińska.
| powrót | |