|
| powrót |
Gazeta Wyborcza
"Myslovitz na Europę"
(15 lipca 2003)

Czy Myslovitz będzie pierwszym zespołem, który szerzej zaistnieje w świadomości nie tylko polskich słuchaczy? To całkiem możliwe. Podczas niedawnego koncertu w Berlinie grupa spotkała się ze znakomitym przyjęciem.
W ubiegłym tygodniu do sklepów muzycznych w kilku krajach Europy trafił anglojęzyczny album grupy Myslovitz "Korova Milky Bar". Płyta dostępna jest między innymi w Niemczech, Szwecji, Norwegii, Belgii, ale także w Rosji, Czechach i na Węgrzech. Jesienią pojawi się w Hiszpanii i we Włoszech. Czy Myslovitz ma szanse stać się tym polskim wykonawcą, który w końcu będzie potrafił przełożyć popularność na rodzimym rynku na międzynarodowy sukces?
Powrót mody na gitarę. Próba wyjścia poza granice Polski to naturalny wynik przebiegu kariery Myslovitz. Od powstania na początku lat 90. grupa konsekwentnie trwała przy stylistyce inspirowanej głównie dokonaniami współczesnych gitarowych zespołów brytyjskich. Przeszła drogę od formacji niszowej, nagrywającej jedynie dla małej grupy fanów, do zespołu, który dziś zaliczany jest do absolutnej czołówki polskiego rocka. Przełomowy dla Myslovitz album, "Miłość w czasach popkultury" z 1999 roku, rozszedł się w nakładzie ponad stu pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy. Pochodzący z ubiegłego roku "Korova Milky Bar" (nagrany wtedy jeszcze tylko po polsku), uzyskał status złotej płyty. Także wydana kilka tygodni temu płyta "The Best Of", podsumowująca współpracę grupy z jej dotychczasową wytwórnią, zajmuje czwarte miejsce w oficjalnym zestawieniu sprzedaży ZPAV, a promująca ją, nagrana razem z Markiem Grechutą, piosenka "Kraków" wciąż jest na polskich listach przebojów.
Chwila na wejście na europejskie rynki jest więc idealna. Z dwóch powodów. Po pierwsze, stylistyka, której hołduje grupa, ma swoich wielbicieli na całym świecie. Dodatkowo grupie przysłużyć się może moda na muzykę gitarową. Co prawda Myslovitz odległy jest od najpopularniejszego ostatnio, ostrego, garażowego grania, ale i tak koniunktura dla rocka jest dziś dużo lepsza niż jeszcze dwa czy trzy lata temu.
Już w ubiegłym roku Myslovitz zagrał na Zachodzie sporo koncertów poprzedzając takie gwiazdy, jak Simple Minds czy Iggy'ego Popa. W tym roku pojawi się na całej serii festiwali oraz samodzielnych występów promocyjnych w krajach Europy Zachodniej. W tym samym czasie MTV nadaje zrealizowany przez Janusza Kamińskiego teledysk do utworu "Sound Of Solitude", angielskiej wersji przeboju "Długość dźwięku samotności". Wideoklip zyskał w tej stacji tak zwane "Network Priority". Oznacza to, że ma zapewnione co najmniej czternaście emisji tygodniowo w programach emitowanych przez wszystkie europejskie oddziały tej stacji. Nigdy wcześniej żaden inny polski wykonawca nie doczekał się w MTV takiej promocji.
Czy to wystarczy? Przekonamy się wkrótce. Próba zaistnienia w Europie może dać Myslovitz także artystyczny impuls, o który zespołowi, gdyby zadowolił się statusem gwiazdy i grał tylko w Polsce, mogłoby być trudno.
Możliwy jest jednak i inny scenariusz. Atak na rynki zagraniczne może okazać się tylko epizodem. Nie byłoby w tym nic wyjątkowego. Myslovitz tylko podążyłby drogą, którą wcześniej przeszło wiele gwiazd naszego show biznesu.
Lata 60., lata 70.. Szukając szansy na karierę zagraniczną polscy artyści obierali czasami bardzo zaskakujące kierunki ekspansji. W 1963 roku grupa wokalistów skupiona wokół zespołu bigbitowego Niebiesko-Czarni wystąpiła w kraju, w którym akurat anglosaska popkultura nigdy nie zdobyła pozycji jednoznacznie dominującej. We Francji. Ich koncert w sali paryskiej Olympii w Polsce odnotowano jako wielki sukces. Polscy bigbitowcy szybko zorientowali się jednak, że to nie Francja jest rynkiem, na którym mają szansę zaistnieć ze swoim repertuarem i wzięli kurs na Republikę Federalną Niemiec, Skandynawię i Stany Zjednoczone. W większości ich kariery zakończyły się w klubach polonijnych. Wykonawcą, który naprawdę zmierzył się z rzeczywistością zachodniego rynku, był tylko Czesław Niemen.
Niemen miał wszystko, żeby stać się gwiazdą międzynarodowego formatu. Głos, styl, osobowość. Pod koniec lat 60. występował w Paryżu i Londynie. Pojawił się także na festiwalu w Montreux, a na potrzeby włoskiego rynku nagrał specjalną wersję "Dziwny jest ten świat". Potem, w latach 70., już z bardziej eksperymentalnym repertuarem regularnie wydawał płyty w RFN. W 1975 nagrał też album dla amerykańskiej wytwórni CBS. Wszystkie te działania nie przełożyły się jednak na wymierny sukces komercyjny.
Szansę na karierę na Zachodzie miała też grupa Breakout. Zespół wyjechał w roku 1968 na kilka miesięcy do krajów Beneluxu. Występował w klubach rockowych i na dużych festiwalach. Spodobał się bardzo, ale grupa odmówiła pozostania na Zachodzie. Wróciła jeszcze na koncerty w Belgii i Holandii rok później, po czym skoncentrowała się na polskim rynku.
Lata 80., lata 90.. Polityczny podział Europy jednym przeszkadzał, innym, paradoksalnie, szansę na sukces dawał. Po eksplozji "Solidarności" na Zachodzie przez kilka lat panowała moda na Polskę. Na fali tego zainteresowania na podbój światowych rynków muzycznych ruszyła grupa nowych polskich zespołów. Szybko jednak okazało się, że sama moda nie wystarcza. Równie ważna jak interesująca oferta artystyczna, była odpowiednia promocja i wsparcie firmy płytowej. Republika, która w 1984 roku wydała anglojęzyczną, stosownie do czasu zatytułowaną płytę "1984", przepadła na rynkach zachodnich bez śladu. Dużo większe szanse na sukces miał Maanam. Grupa konsekwentnie stawiała na rynek niemiecki, gdzie dorobiła się sporej grupy fanów. Niestety, gdy w 1985 nakładem firmy RCA ukazał się anglojęzyczny album "Wet Cat", akurat przechodziła kryzys i postanowiła zawiesić działalność na kilka lat.
Lepiej powiodło się Lady Pank. W 1985 roku formacja wydała w USA album "Drop Everything". Płytę promował teledysk wyreżyserowany przez Zbigniewa Rybczyńskiego, a o zespole pisały między innymi "Newsweek", "Washington Post" i brytyjski "New Musical Express". Na drodze do wielkiej kariery stanęła wówczas podobno tylko niezbyt dobra znajomość angielskiego.
Przełom roku 1989 nie zmienił wiele w sytuacji polskich wykonawców próbujących wejść na zachodnie rynki. W połowie lat 90. sporo mówiło się o międzynarodowych kontraktach grupy Hey i Edyty Bartosiewicz. Na pogłoskach się skończyło. Płytą wydaną na Zachodzie pochwalić może się za to Kayah. Po sukcesie albumu nagranego z Bregoviciem jej płyta "Jakajakayah" ukazała się w ubiegłym roku także za granicami Polski. Przeszła jednak bez większego echa.
Do dziś najbardziej znanymi na świecie naszymi wykonawcami pozostają Edyta Górniak, która od lat z różnym powodzeniem stara się dyskontować sukces na festiwalu Eurowizji, oraz formacja Vader, uchodząca za gwiazdę na niszowym rynku muzyki deathmetalowej.
Wielka polska gwiazda? Czy Myslovitz będzie pierwszym polskim zespołem rockowym, który szerzej zaistnieje w świadomości nie tylko polskich słuchaczy? To całkiem możliwe. A jeśli Myslovitz nie podbije rynków europejskich? Cóż, ciągle będziemy musieli czekać na wielką polską gwiazdę, ale za to będziemy mogli się pochwalić normalnym europejskim zespołem. A to też już jest coś.
Robert Sankowski
| powrót | |