|
| powrót |
Tylko Rock
"Myslovitz spalanie"
(wrzesień 1995)

Tak to już jakoś jest, że polskie zespoły zafascynowane są głównie tym, co dzieje się na amerykańskiej scenie rockowej. Formacja, którą inspirują przede wszystkim wykonawcy brytyjscy, traktowana jest na naszym rynku jak coś wyjątkowego. Tak w każdym razie jest z grupą Myslovitz...
Raz. W przygotowanej przez wytwórnię płytową notce informacyjnej Myslovitz porównywany jest do... Beatlesów! To bardzo poważne i zobowiązujące porównanie. "Lubimy Beatlesów" - przyznaje Artur Rojek, wokalista i gitarzysta zespołu. "Ale żeby od razu nas do nich porównywać... Nigdy nie będziemy tacy, jak oni. Nigdy nie będziemy tak grać, nie będziemy pisać takich piosenek". Może i tak. Ale Myslovitz sam prowokuje takie porównania. W końcu jedyna cudza kompozycja, jaką gra na koncertach, to właśnie beatlesowskie "A Hard Day's Night". Artur zastrzega jednak, że Beatlesi to tylko jedna z wielu inspiracji. Że na muzykę Myslovitz wpływa wiele innych zespołów. Wymienia jednym tchem: The Velvet Underground i grupy spod znaku New Brits: My Bloody Valentine i przede wszystkim Ride...
W tej samej notatce pojawia się jeszcze jedno słowo charakteryzujące Myslovitz. Psychodelia. Na to określenie Artur zgadza się bardzo chętnie. "W tym, co robimy, są elementy, które można nazwać psychodelicznymi" - przyznaje. "Takie robienie piosenek na fajny wokal i gitarową ścianę dźwięku już jest psychodeliczne. Dla człowieka, który wcześniej tego nie słyszał, musi być to bardzo dziwne...".
Nie jest ważne, jakich słów użyjemy na określenie muzyki zespołu. Jedno jest pewne. Myslovitz zafascynowany jest rockiem brytyjskim. "To na pewno ma związek z tym, czego słuchaliśmy wcześniej" - wyjaśnia Artur. "Jeśli ktoś zaczynał od Black Sabbath, teraz będzie mu się podobało to, co ma związek z jego korzeniami. A jeśli zaczynał od Beatlesów i Floydów, bardziej będzie mu odpowiadało to, co dzieje się w Wielkiej Brytanii. A raczej to, co działo się tam kilka lat temu...".
Muzyka to nie wszystko. Są też charakterystyczne teksty. Teksty, w których podobno nie treść jest najważniejsza. Liczy się przede wszystkim klimat, nastrój, jaki tworzą. Tak przynajmniej twierdzą muzycy zespołu. "Z pewnością wynika to z tego, jak komponujemy. Teksty są bardzo zbliżone do muzyki. Przez to są może też trochę psychodeliczne. Dużo jest w nich o miłości, o rzeczach, z którymi jesteśmy silnie związani. Nie mamy żadnej ideologii, którą chcielibyśmy przekazać ludziom. Robimy piosenki, śpiewamy piosenki. Jeśli ktoś chce słuchać, niech słucha, jeśli nie, niech nie słucha. Po prostu...".
Jest też coś jeszcze. Włosy obcięte na pazia, sportowe koszulki, pozy przyjmowane na scenie. Także jakaś specyficzna aura chłopięcej nieśmiałości. A może i nawet swoista aseksualność. Swego czasu bardzo podobnie prezentowała się brytyjska grupa Ride. "To naturalna droga" - podkreśla Artur. "To, czego słuchamy ma wpływ i na to, jak wyglądamy. A czy jesteśmy aseksualni? Nie chciałbym się na ten temat wypowiadać. To, jak nas ktoś zinterpretuje to jego sprawa. To nie ma żadnego związku z naszą muzyką".
Dwa. Przed Myslovitz było już w Polsce kilka grup, które nawiązywały do tego, co dzieje się we współczesnym rocku brytyjskim. Latawce, Malarze i Żołnierze... Była też pierwsza płyta Golden Life. A jednak w przypadku tych wszystkich zespołów ta brytyjskość nie była aż tak wyraźna, aż tak jednoznaczna. Zaryzykowałem stwierdzenie, że Myslovitz jest pierwszą tego typu grupą na naszym rynku. Dla Artura nie było to jednak tak oczywiste. "Słyszałem od faceta pracującego w jakimś trójmiejskim radiu, że sporo takich zespołów jest na wybrzeżu. Tyle tylko, że do tej pory nikt nie zwrócił na nie uwagi. Ale ja zawsze myślałem, że tam musi być coś takiego. Trójmiasto zawsze łapało różne nowinki...".
Myslovitz powstał w 1992 roku w Mysłowicach. A właściwie wtedy powstał zespół The Freshmen. Skład był jednak ten sam. Artur, basista i wokalista Jacek Kuderski, gitarzysta Wojtek Powaga i perkusista Wojtek Kuderski. Nazwę zmienili niedawno, bo niespełna rok temu - w listopadzie 1994 roku. Nie oznaczało to jednak żadnych przewartościowań stylistycznych. Po prostu nowa nazwa bardziej im odpowiadała. Bardziej podobała...
W marcu 1994 roku wysłali kasetę na pierwszy poważny przegląd. To był Garaż '94, zorganizowany w Częstochowie. Wtedy zajęli drugie miejsce. Potem był jeszcze ważniejszy sukces. Zwycięstwo na festiwalu Mokotowska Jesień Muzyczna. W efekcie podpisali kontrakt płytowy z firmą MJM...
Porozmawialiśmy chwilę o efektach tego kontraktu. O pierwszej płycie w historii Myslovitz. "Na pewno nie będą to utwory po prostu powybierane z tego, co robiliśmy w ciągu kilku ostatnich lat. Wszystkie one będą miały ze sobą coś wspólnego. Mają podobne brzmienie, są śpiewane na dwa głosy, jest melodia... Może tylko jedna czy dwie piosenki różnią się od całości. Ale to nic. Nie chcemy czekać z ich wydaniem na inną okazję".
Ta płyta ma dla Myslovitz bardzo duże znaczenie. Zespołowi zależy na uzyskaniu własnego, wymarzonego brzmienia. "Do tej pory na koncertach nie zawsze się to udawało. Z różnych powodów. Chociażby dlatego, że nie każdy akustyk potrafi nagłośnić dwóch jednocześnie śpiewających wokalistów. A tak właśnie śpiewa Myslovitz. To wymaga sporo koncentracji" - opowiada Jacek Kuderski. "Trzeba grać na instrumencie, słuchać, jak brzmi twój głos i jak współbrzmią oba głosy razem. Czasami zdarzają się nam fałsze. Ale to nie nasza wina. Po prostu często się nie słyszymy. Ale w studiu wypadnie to nieźle...".
Trzy. Organizatorzy przeglądów i koncertów zawsze mają z Myslovitz spory kłopot. Nie za bardzo wiedzą, jak dopasować zespół do programu imprezy. Czasami dochodzi z tego powodu do zabawnych sytuacji. W Sopocie na przykład grupa zagrała przed... Vaderem i Paradise Lost. "W takich sytuacjach w ogóle o tym nie myślimy" - komentuje Artur. "Dla mnie dużą przyjemnością jest po prostu granie. Występ przed Vaderem nie był chyba najlepiej dobrany. Ale na dobrą sprawę my nie pasowalibyśmy do żadnego z trzech dni tej imprezy. Ciężko byłoby cokolwiek do nas dopasować". Być może właśnie dlatego Myslovitz najłatwiej zobaczyć na koncertach, które gromadzą wykonawców reprezentujących mniej znane, a i mniej komercyjne nurty polskiego rocka. To właśnie z tego powodu zespół pojawił się w tym roku w Opolu. Znalazł się też wśród wykonawców zaproszonych do udziału w zorganizowanym nad Jeziorem Żarnowieckim festiwalu Przystanek Woodstock. Zapytałem Artura, czy tak sytuacja mu nie przeszkadza. "Na pewno jesteśmy trochę inni. Może to decyduje o tym, że wsadzono nas do takiej szufladki. Być może wszystko się zmieni, gdy pojawi się kilka nowych, podobnych do nas, zespołów...".
Na razie jednak tych zespołów nie widać. Myslovitz musi grać koncerty sam. "Najlepiej gra się nam u nas, w Mysłowicach" - opowiada Artur. "Ale zdarzają się i takie koncerty, gdy gramy dla publiczności metalowej. Podoba im się, gdy jest głośniej... Poza tym bywa różnie. Czasami sztywno. Ale ja jestem zadowolony z tych koncertów. Mogłoby być gorzej...".
Widziałem już kilka występów Myslovitz. I zauważyłem jedno. Ich programy praktycznie się nie pokrywały. "My najpierw układamy program, a potem go zmieniamy" - śmieją się muzycy grupy. "Czasami gramy utwory, których w ogóle nie planowaliśmy. Czasami zdarza nam się ułożyć repertuar bardzo niefortunnie. Tak było w Opolu. Ktoś powiedział nam, że zagraliśmy trzy piosenki z trzech zupełnie różnych sfer naszej twórczości. Poza tym szybko przeszliśmy z małych koncertów na duże sceny. Lubimy duże festiwale, mimo że granie na nich strasznie spala...".
Robert Sankowski
Opracowanie: Agnieszka Koza.
| powrót | |