|
| powrót |
Agata Sendecka
"Pogoda na Myslovitz"
(3 maja 2003)

W 1992 roku z inicjatywy Artura Rojka powstała grupa The Freshman. W 1994 roku już jako Myslovitz wystąpili na Przeglądzie Mokotowska Jesień Muzyczna, który wygrali. Kilka miesięcy potem nagrali swoją pierwsza płytę. Mają za sobą współpracę m.in. z Andrzejem Smolikiem. Autorem jednego z ich teledysków jest, pracujący na co dzień ze Stevenem Spielbergiem, Janusz Kamiński. Obecnie zajęli się także aktorstwem. Wokalista Artur Rojek zgodził się przed koncertem z okazji Dni Sulęcina odpowiedzieć na kilka pytań.
Jesteście po pierwszym dniu zdjęciowym na planie filmu. Jak wrażenia?
- Pozytywne. Zagraliśmy epizod w filmie "Pogoda na jutro", którego premiera spodziewana jest na jesień. Reżyserem i współscenażystą tego przedsięwzięcia jest Jerzy Stuhr. Gramy tam mnichów, tworzymy zespół, występujemy na festiwalu, który wygrywamy. Jest to nasza pierwsza filmowa rola, ale nie różni się to zbytnio od pracy na planie teledysku, nie mieliśmy tam jakiś poważnych aktorskich zajęć. Było może śmieszniej niż podczas kręcenia klipu, bo byliśmy przebrani, no i mogliśmy spotkać się i pracować z zawodowymi aktorami, m.in. z Władysławem Kowalskim, Małgorzatą Korzuchowską i paroma jeszcze innymi sympatycznymi aktorami z klasą.
Czy praca z Januszem Kamińskim różni się poziomem od pracy przy wcześniejszych teledyskach?
- Janusz Kamiński to bardzo specyficzny człowiek, który pracuje w charakterystyczny dla siebie sposób. Każdy, kto pracuje razem z nim, bardzo się tym cieszy. Janusz potrafi wprowadzić fajną atmosferę na plan, jest osobą, która szybko łapie kontakt z ludźmi. Nie ma w nim pozerstwa, żadnego wywyższania się z powodu tego, kim on jest i co osiągnął, jest normalnym facetem. Powiedziałbym wręcz, że ma chłopięcy charakter. Pracowaliśmy przez dwa dni, różniło się to od wcześniejszych planów teledysków, na których pracowaliśmy, przede wszystkim ilością sprzętu, ludzi, większym rozmachem. Janusz Kamiński to specyficzna osoba i praca z nim też jest wyjątkowa.
Janusz Kamiński powiedział o was "Każdy z chłopaków jest atrakcyjny, ubiera się modnie, można go pokazać bez kompleksów". Sami pracujecie nad tą atrakcyjnością?
- Nikt z zewnątrz nad tym nie pracuje, sami to robimy, tzn. nie jakoś specjalnie, każdy z nas ma jakąś estetykę i wrażliwość i ubiera się tak jak mu się podoba i tak jak jest mu wygodnie. Nikt nas nigdy nie ubierał, nie mieliśmy stylistów. Ubieramy się tak samo prywatnie i tak samo na scenę, nie ma chyba jakiegoś podziału. Jeszcze na początku czasem się nad tym zastanawiałem, kiedy robiłem zakupy, że może w potarganej koszulce to raczej nie wypada iść do kina, a nadaje się bardziej na koncert, teraz się to jakoś zatarło i nie ma znaczenia.
Czy Twój projekt Lenny Valentino będzie kontynuowany?
- Na razie się nad tym nie zastanawiam, mamy tyle pracy w zespole, dużo koncertów, płytę, którą mamy wydać na zachodzie i dwie płyty w najbliższym czasie w Polsce, trudno byłoby robić jeszcze coś ponad. Zawsze jest szansa, że do tego wrócę, ale nie w najbliższym czasie.
Pisząc teksty musisz mieć spokój i ciszę, czy możesz równie dobrze pisać w pubie na serwetce?
- Jeżeli piszę jakiś tekst, to piszę, bo muszę napisać, raczej nie zapisuję na co dzień rzeczy które przyjdą mi do głowy. U nas teksty piszą trzy osoby i chyba każdy ma inną metodę na to.
Na temat waszych tekstów piosenek powstało ponad 100 stron pracy magisterskiej. Inaczej patrzycie na to, co piszecie po jej przeczytaniu?
- Przyznaję, że ja nie czytałem tej pracy, ale wiem mniej więcej, co jest w niej zawarte. Nie miała ona jednak wpływu na dalszą naszą twórczość. Zawsze staraliśmy się pisać teksty tak, aby nikogo nie urazić, zawsze też konsultujemy to wspólnie. Mieliśmy kiedyś sytuację, że właśnie ze względu na tekst nie chciano puszczać w wielu rozgłośniach radiowych naszego utworu pt. "To nie był film". Odebrano go całkiem inaczej niż mieliśmy zamiar. Czasem tak niestety bywa. Został po prostu źle zrozumiany, kogoś może uraziły słowa, jakie zostały użyte, a wcale nie mieliśmy takiego zamiaru. O rzeczach, o których chcieliśmy powiedzieć poprzez ten tekst nie można chyba powiedzieć używając innych słów, aby dobrze oddać potęgę tego zjawiska i uzmysłowić istniejący problem i zło, jakie się w tym mieści. Z tego wynikało całe nieporozumienie. Taki kraj.
Łatwiej Ci się żyje będąc popularnym, rozpoznawalnym?
- Muszę przyznać, że chyba jednak tak i nie ma, co tego ukrywać. Nie wpychamy się w kolejki na poczcie, zresztą chyba nikt z nas nie płaci rachunków na poczcie, wszystko robimy przez internet. Teraz nie ma już takich kolejek jak kiedyś, a poza tym byłoby to chyba z naszej strony bezczelne i nie wykorzystujemy popularności do takich celów. Ale generalnie czasem jest to pomocne.
Macie specjalne wymagania podczas trasy koncertowej?
- Musimy mieć garderobę i dostęp do ubikacji, nawet nie ma chyba takiego wymogu, żeby była ciepła woda, bo zwykle jej nie ma. Nie mamy chyba jakiś wygórowanych wymagań w kontrakcie.
Czy to, ile kosztuje zaproszenie was na występ, jest tajemnicą?
- Tak i nie powiemy.
Jesteście żywą reklamą Mysłowic, są tam z was dumni?
- Wydaje mi się, że tak, raczej nas chyba lubią. Nie zdarzyło się, żeby przyszedł ktoś z władz miasta i jakoś specjalnie nam gratulował, ale mamy dobre kontakty i nie odcinamy się od miasta. Urząd Miasta bardzo nam w ostatnim czasie pomógł, mamy salę prób. Cały czas też tam mieszkamy. Od dziesięciu lat istniejemy jako zespół, od ośmiu nagrywamy płyty, gramy koncerty i jakoś nie było potrzeby, żeby przeprowadzić się np. do Warszawy, więc wydaje mi się, że w przyszłości też takiej konieczności nie będzie. Mamy o tyle dobrą sytuację, że zajmujemy się tylko zespołem, zawsze, kiedy trzeba gdzieś pojechać, to jedziemy, nic nas nie trzyma. Nie musimy się dobijać do nikogo, żeby coś mieć.
Oby tak pozostało. Dziękuję za rozmowę.
- Dzięki.

| powrót | |