|
| powrót |
Gazeta Wyborcza
"Napisałem piosenkę dla taty"
(18 kwietnia 2003)

"Przez cały tydzień słuchałem pierwszej płyty Myslovitz - chodziłem z gitarą po pokoju, grałem i wkurzałem się. Nie była to muzyka, której nie znałem. Słuchałem gitarowej muzyki, ale cięższej niż Stone Roses czy Ride - wolałem grunge i rzeczy w stylu Soundgarden. Trudno mi się było przestawić, bo ja grałem dużo szybciej. Musiałem się zmuszać, żeby grać wolno" - mówi Przemek Myszor, muzyk zespołu Myslovitz, kompozytor i autor tekstów.
Kiedy zainteresowałeś się muzyką?
- Mam w głowie taki obraz: stoję przy pianinie, gram jakieś dźwięki i śpiewam coś o krowie. Cała moja rodzina była bardzo muzykalna: dziadek śpiewał w chórze - miał zadatki na bardzo dobrego tenora i propozycje z operetek Warszawie. Ale tutaj miał rodzinę, więc został. Babcia grała na mandolinie, a mama była nauczycielką wychowania muzycznego w Szkole Podstawowej nr 5 - uczyła m.in. braci Kuderskich, którzy tworzą sekcję rytmiczną Myslovitz. Tato ukończył szkołę muzyczną średniego stopnia w klasie skrzypiec.
W przedszkolu mama zapisała mnie na prywatne lekcje pianina. Ukończyłem szkołę muzyczną I stopnia, a później, już w liceum, ognisko muzyczne w klasie gitary klasycznej. Przez pewien czas zastanawialiśmy się w domu, czy nie powinienem pójść do liceum muzycznego, ale wtedy nie wyobrażałem sobie życia jako muzyk. To chyba dobrze, bo podoba mi się miejsce, w którym dziś jestem. Liceum muzyczne mogłoby wszystko zmienić.
Jak wspominasz dzieciństwo w Mysłowicach?
- Nie wychowałem się w blokowisku wśród kolegów. Moje dzieciństwo to ogródek przed domem i park na Skotnicy. Wychowywałem się razem z bratem Piotrem, starszym o 2,5 roku.
Nie miałeś kolegów?
- Oczywiście, że miałem, byłem normalnym chłopakiem. Tyle że nie wychowałem się na osiedlu. Pamiętam, że zawsze jak jechałem na kolonie, to byłem przerażony. Sztuczna grupowość i prymitywne układy, do których trzeba się zniżać. Chyba że uda ci się w takiej grupie wodzić rej, ale do tego trzeba być zwykle najsilniejszym i najbardziej prymitywnym.
Co dziś robią Twoi rówieśnicy? Spotykasz ich na ulicy?
- Rzadko, bo prawie nie przebywam w Mysłowicach. Albo gram koncerty i mnie nie ma, albo jak już jestem, to siedzę tylko w domu. Kocham Mysłowice, ale nie chodzę po knajpach, więc rzadko wychodzę na miasto. Ale mam kontakty z kilkoma starymi kolegami.
Traktują Cię jak gwiazdę, zazdroszczą?
- Ci najbliżsi na pewno nie. Poza tym, jeśli chodzi o ludzi z ogólniaka, to prawie wszystkim się udało. Wielu z nich ma dużo więcej kasy niż ja, są dyrektorami, mają hurtownie i tak dalej. Cały czas mam kontakt z ludźmi z October's Children, mojego pierwszego zespołu.
W Mysłowicach byliście gwiazdami.
- Tak (śmiech). Graliśmy razem jakieś osiem lat i przez cały czas wydawało się nam, że coś zrobimy. Tekstowo było to niezłe - wiele pomysłów na piosenki z płyty "Miłość w czasach podkultury" wziąłem właśnie z utworów Octobersów, np. tekst do "Chłopców".
Były sukcesy: wygrane przeglądy, demówki, dwa koncerty w Spodku. Teraz widzę, że byliśmy słabi muzycznie i przede wszystkim nieprofesjonalni. Ten zespół nie mógł nic osiągnąć, głównie ze względu na związki psychiczne między nami. Nie mieliśmy już siły czekać, aż ktoś nas zauważy. Poszła plotka, że October's Children się rozpadł i wtedy Artur Rojek zaproponował mi granie w Myslovitz.
Wcześniej zostałeś nauczycielem muzyki.
- Po ogólniaku oblałem egzaminy na kulturoznawstwo i żeby nie iść do wojska, razem z Pawłem, basistą z October's Children, poszedłem na wychowanie muzyczne do Katowic do Studium Nauczycielskiego na ul. Tyszki. Potem dostałem się na WSP w Kielcach. Już po tej katowickiej szkole mogłem uczyć dzieci, studiowałem więc zaocznie i pracowałem w szkole. Przez jakieś osiem lat uczyłem muzyki w Szkole Podstawowej nr 24 w Mysłowicach.
W styczniu 1996 roku chłopcy przyjęli mnie do Myslovitz, w tym samym czasie Artur wskoczył na etat nauczyciela WF w tej samej szkole. Graliśmy i pracowaliśmy w szkole. Wszystko było dobrze, dopóki koncerty zdarzały się tylko w weekendy. Potem zaczęły się coraz większe trasy i już nie dało się pogodzić pracy z muzyką. Wyszła "Sun Machine" [druga płyta Myslovitz - przyp. autora], na której były dwa duże przeboje: "Peggy Brown" i "Z twarzą Marilyn Monroe" i nasza popularność zaczęła rosnąć. 1 września poszliśmy więc z Arturem do pani dyrektor i powiedzieliśmy, że nie możemy już dłużej u niej pracować. Mało nie zemdlała. W szkole takie rzeczy załatwia się przed wakacjami, żeby był czas na znalezienie nowych nauczycieli itd. Poprosiła, żebyśmy zostali jeszcze jedno półrocze, aż kogoś znajdzie. Umówiliśmy się, że będzie nas zwalniać na koncerty i zostaliśmy do stycznia.
Bez zastanowienia rzuciłeś pracę? Przecież zespół nie był jeszcze wtedy tak popularny.
- Nie byłem pewien, tym bardziej że pieniądze z muzyki nie były jeszcze duże. Największy problem sprawiło mi to, że byłem wtedy wychowawcą klasy, która właśnie kończyła szkołę. Opuściłem ich w połowie ósmej klasy. W zasadzie to zostawiłem ich już wcześniej, we wrześniu. Lekcje wychowawcze były w piątki, a ja miałem wtedy koncerty. Miałem wyrzuty sumienia, bo czułem, że jestem za nich odpowiedzialny. Ich rodzice też mieli pretensje.
Ale muzyka była ważniejsza?
- Wiadomo.
Szybko zaaklimatyzowałeś się w Myslovitz?
- Przyszedłem do zespołu i za tydzień był pierwszy koncert. Chłopcy zapraszali mnie już wcześniej, żebym zagrał na ich pierwszej płycie, ale się nie pojawiłem. Uważałem się wtedy za gwiazdę, to nic, że lokalną (śmiech), a oni byli parę lat młodsi i nie robiło na mnie wrażenia, że nagrywają płytę. Potem zaprosili mnie jeszcze raz. W Octobersach nie działo się wtedy najlepiej, więc się zgodziłem. Artur miał wtedy problemy z palcami rąk i nie mógł grać na gitarze. Potem mu przeszło i w zespole zostały trzy gitary.
Przez cały tamten tydzień słuchałem pierwszej płyty Myslovitz - chodziłem z gitarą po pokoju, grałem i wkurzałem się. Nie była to muzyka, której nie znałem. Słuchałem gitarowej muzyki, ale cięższej niż Stone Roses czy Ride - wolałem grunge i rzeczy w stylu Soundgarden. Trudno mi się było przestawić, bo ja grałem dużo szybciej. Musiałem się zmuszać, żeby grać wolno.
Na "Sun Machine" byłeś już pełnoprawnym członkiem zespołu?
- Do studia weszliśmy, gdy grałem z nimi od dwóch miesięcy. Mało grałem na tej płycie, bo większość piosenek była gotowa już wcześniej. Do głosu doszedłem dopiero przy trzeciej płycie - "Z rozmyślań przy śniadaniu". Pojawiło się kilka moich kompozycji, po prostu zaczęliśmu razem grać. Byliśmy już zespołem. Po drugiej płycie Myslovitz stał się popularny - trzeba było razem zmierzyć się z recenzjami, nie zawsze pozytywnymi. Okazało się, że jeśli piszesz i śpiewasz tekst, to potem ktoś tego słucha i ocenia. Tak było z piosenką "To nie był film", pierwszym tekstem jaki napisałem dla Myslovitz, który wielu ludzi zrozumiało opacznie.
Piosenka piętnowała przemoc, przesłanie jednak odebrano odwrotnie...
- Nie byłem przygotowany na coś takiego. Nie sądziłem, że można tyle hałasu wywołać jedną piosenką. Na dodatek wielu ludzi jej nie zrozumiało. To były czasy, że gazety krzyczały co dzień, że znowu gdzieś kogoś zakatowali. W całej Polsce szły Czarne Marsze, no i do tego był rok wyborów. Różni dziwni ludzie podchwycili temat. Zrobiło się duże halo w mediach, piosenka dostała szlaban w wielu stacjach. Za puszczenie jej groziły sankcje. Moja żona na zajęciach z psychopatologii społecznej analizowała "morderczą balladę". Kiedy z RMF-u zadzwonił Piotrek Mec i powiedział, że będzie program o tej piosence, bo jest histeria, jakaś głupota i w ogóle zła wola i żebym się wypowiedział, to miałem już dość... Teraz patrzę już na to inaczej. W piosence było wszystko na miejscu, jak ktoś nie zrozumiał, to już jego intelektualny problem.
Czy Myslovitz to pop czy alternatywa?
- Uważam, że jesteśmy zespołem alternatywnym, tak jak kiedyś alternatywna była Nirvana, a dziś Radiohead czy Coldplay. Z drugiej strony mamy melodyjne piosenki, jesteśmy obecni w mediach i nasze płyty się sprzedają. Ale przekaz, który znajdziesz w naszych tekstach, bliższy jest scenie alternatywnej niż rynkowi pop. Wszystko zależy oczywiście od tego, z czym nas porównać. Na Zachodzie muzyka taka jak nasza zaliczana jest do kategorii alternatywa, a nie rock czy pop.
Myślisz o muzyce jako o działalności zarobkowej?
- Mając tyle lat co ja i rodzinę, na pewno o każdej formie działalności będziesz tak myślał. Rodzinie trzeba zabezpieczyć byt. Jestem zawodowym muzykiem i za każdy koncert biorę pieniądze. Oczywiście oprócz imprez charytatywnych i promocyjnych. Więc co, mam ci powiedzieć, że nie myślę? Nie jest jednak prawdą, że gdy układam piosenkę czy wychodzę na scenę, to myślę o pieniądzach. W ten sposób nigdzie jako zespół byśmy nie zaszli, pewnie skończyłoby się na dwóch płytach. Zresztą dziwi mnie, że muzyk, zwłaszcza alternatywny, zawsze musi tłumaczyć się z tego, że zarabia pieniądze. Aktorów czy plastyków nikt o to nie pyta.
Masz żonę i dwójkę dzieci. Nie męczą Cię długie trasy koncertowe, zdala od domu?
- Fizjologicznie jestem uzależniony od koncertów. Jak za długo siedzę w domu, to odbija się to na mojej kondycji psychicznej. Dostaję paranoi. Ale jak za długo jestem w trasie, to czuję niechęć do tego wszystkiego i chcę wracać do domu. Tęsknota pojawia się wieczorami. Najgorzej się tęskni jak jesteś bardzo daleko i przeżywasz coś niesamowitego. Tak było w zeszłe wakacje w Dublinie i w Madrycie. Graliśmy tam supporty przed Simple Minds i Iggym Popem. Byłem załamany i nawet nie chciało mi się wyjść na miasto. Wsiadłem w jakiś autobus turystyczny i zasnąłem w nim. Po prostu miałem depresję. Madryt mi przepadł, tak samo Dublin. Źle się czułem, nic mnie nie cieszyło. Przeżywanie radości ma sens, gdy możesz się tym podzielić, a ja byłem sam.
W ubiegłym roku napisałeś piosenkę dla Krzysztofa Krawczyka "Bo jesteś Ty". Co czujesz, gdy piosenka Twojego autorstwa staje się przebojem numer jeden, grają ją wszystkie radia i stacje telewizyjne?
- Gdy zaproponowano mi uczestniczenie w tym projekcie, spodobało mi się niebanalne podejście do tematu. Krawczyk to synonim kiczu i złego smaku - tyle już o nim powiedziano, że pewnie się nie obrazi. Z drugiej strony Maleńczuk, Adam Nowak z Raz Dwa Trzy, Muniek Staszczyk, Robert Gawliński i Jacek Lachowicz ze Ścianki - ludzie, których szanuję za to, co robią i jaką grają muzykę. Pomyślałem, że dobrze byłoby się znaleźć w ich gronie i nawet nie zastanawiałem się nad faktem, że chodzi tu o płytę dla Krawczyka. Chciałem znaleźć się w gronie tych ludzi jako autor.
Napisałeś ten utwór na zamówienie?
- Muzykę miałem już od jakiś dwóch lat - to nie był numer, który pasowałby do repertuaru Myslovitz. Nad tekstem męczyłem się długo. Nie wiedziałem, co napisać, bo wiedziałem kto będzie tą piosenkę śpiewał. Przepaść pokoleniowa wydawała mi się nie do przeskoczenia - czułem, jakbym miał pisać dla taty. Siedziałem nad tym pół nocy. W końcu rano pojechałem na Trzy Stawy. Powiedziałem, że się stamtąd nie ruszę, dopóki nie napiszę. Napisałem i zaraz potem zadzwoniłem do Andrzeja Smolika [producenta płyty Krawczyka - przyp. autora] i przedyktowałem mu tekst przez telefon.
Nie obawiałeś się komentarzy?
- Bardzo. Gdy tylko ukazał się singiel i płyta, cały czas siedziałem w internecie i szukałem jakichś opinii. Bałem się reakcji w stylu: Myslovitz stracił dla mnie sens, bo zrobiłeś piosenkę dla tego oszołoma. Na szczęście nic takiego do mnie nie doszło.
Na ostatniej płycie Myslovitz znalazł się Twój tekst "Siódmy koktajl", w którym m.in. ostro krytykujesz obecną sytuację ekonomiczną i polityczną w naszym kraju, Co Ci się tak bardzo nie podoba?
- Przykro mi, gdy widzę inteligentną dziewczynę, która mówi mi, że zapieprza na półtora etatu, żeby mieć za co żyć. I głupio mi, bo to jedna z moich uczennic, a ja cały czas pamiętam, co im mówiłem w podstawówce. Tłukłem im do głów, że oni to mają super: wolność, możliwości, świat bez granic itp. Minęło kilka lat i okazało się, że jest całkiem inaczej. Wchodzą w życie i nie mają co ze sobą zrobić. Dla nich to coś strasznego. Gdy pomyślę, że moje dzieci też mogą trafić na taki zły czas... Kiedyś mogłem sobie pozwolić z żoną na to, żeby powiedzieć: "Srać na to. Nas to nie dotyczy. Odwracamy się plecami. Najwyżej nie zjemy dziś kolacji". Ale dzieci muszą jeść codziennie.
Poza tym dotyka nas złe prawo, uchwalane przez niekompetentnych, często po prostu głupich polityków. Te wszystkie ustawy regulują na co dzień nasze życie i to my płacimy za ich błędy. Każdy załatwia sobie jakiś partyjny interes. Jeszcze rozumiem sprawy gospodarcze, podatki... muszą, ale nie umieją. Ale wpieprzanie się w życie osobiste?
Czy Unia Europejska wydaje Ci się jakimś wyjściem?
- Jedynym. Jak tu się zawali, to będzie można spróbować tam. Myslovitz dostał nawet propozycję, żeby promować wejście do Unii Europejskiej. Pokłóciliśmy się o to w zespole, bo kiedyś postanowiliśmy nie wchodzić w żadne akcje polityczne. Cały czas nie możemy się zdecydować - ja jestem za i jeśli będzie trzeba, to mogę wspierać Unię sam.
Wydaje mi się, że w Unii będzie lepiej. Na pewno korupcja będzie pod większą kontrolą. Przecież od tych wszystkich rzeczy, które codziennie się u nas dzieją, włosy stają dęba. To dlatego napisałem "Siódmy koktajl".
Ludzie, którzy mówią, że w Unii będzie nam źle, nigdy przecież w niej nie byli, więc skąd wiedzą? Myślę, że to przyszłość - nawet jeśli nie poprawi się nam, to na pewno naszym dzieciom. Będą mogły robić to, co będą chciały i mieszkać tam, gdzie będą chciały.
Marcin Babko
| powrót | |