|
| powrót |
MegaŚciemniacz
"Nie mamy zmysłu komercyjnego"
(kwiecień 2001)

Z zupełnie nieznanej grupy - po numer jeden polskiej sceny rockowej. Bez kompromisów, zmian stylu i osobowości, konsekwentnie, zwalczając przeciwności i potknięcia. Brzmi to wszystko niemal idealnie - jak jakiś amerykański sen. Jest w Polsce zespół, do którego ten opis pasuje. Rok 2000 należał do grupy Myslovitz. W świątecznym wydaniu MegaŚciemniacza wywiad z wokalistą zespołu - Arturem Rojkiem.
Umieściliście nazwę miasta, z którego pochodzicie - Mysłowice - w nazwie zespołu - Myslovitz. Czy coś szczególnego łączy Was z tym miejscem, że zostało ono aż tak wyróżnione?
- Na początku grupa funkcjonowała pod nazwą The Freshmen, ale to nie brzmiało, nie pasowało nam. Wtedy padł pomysł, żeby nazwać się Myslovitz. Nazwa rzeczywiście związana jest z miastem, ale nie było żadnych konkretnych powodów. Ot, po prostu dobrze brzmiąca nazwa, która nam się spodobała, lepsza niż poprzednia.
A same Mysłowice - co to jest za miejsce? Wiadomo, miasto niespecjalnie duże. Czy chciałeś się kiedyś stamtąd wyrwać?
- Tu się urodziłem, wychowałem i mimo że nie jest to szczególnie sympatyczne miasto, wiąże się z wieloma wspomnieniami z dzieciństwa. Dlatego działa na mnie jakoś specjalnie i nawet, gdy od czasu do czasu mam ochotę się stąd wynieść, to zawsze wracam.
Początki kapeli datowane są na 1992 rok. W momencie, gdy pojawiliście się w mediach (1994) okrzyknięto zespół Myslovitz sztandarowym reprezentantem nurtu britrockowego. Czy graliście tak właśnie od samego początku?
- Zawsze fascynował nas rock brytyjski. Tego słuchaliśmy najwięcej i tak chcieliśmy grać jeszcze jako The Freshmen i już jako Myslovitz. Nie odbyliśmy żadnej ewolucji od innych nurtów. Po prostu rock z Wysp zawsze najbardziej nam się podobał.
Myslovitz to zespół dziś bardzo popularny i doświadczony. Zaczynaliście jednak w 1994 roku jako amatorzy na częstochowskim przeglądzie Garaż i Mokotowskiej Jesieni Muzycznej. Jak sądzisz, czego pozbyliście się z tamtych czasów na swoją korzyść?
- Różnica jest ogromna, zwłaszcza jeżeli chodzi o nasze porozumienie wewnętrzne. O wiele lepiej się ze sobą rozumiemy, również na scenie. Łatwiej możemy określić nasze emocje przy tworzeniu materiału. Jesteśmy bardziej zgraną grupą. No i trudniej nas teraz zrobić "w balona". Na początku wszystko nas fascynowało. Pierwsze wyjazdy do Warszawy i pierwszy kontakt z branżą budziły dużą nieufność, ale strasznie nam się to podobało. Po czasie zaczęliśmy sobie pewne rzeczy układać, żeby odrzucić to, co może być dla nas złe.
Jak, na przykład, przy drugiej płycie, która została wydana niejako "za was"? Wielokrotnie podkreślałeś, że nie chciałeś płyty "Sun Machine", bo nie była to klasyczna druga płyta, tylko reszta nagrań z pierwszej sesji. Czy po latach uważasz, że dobrze się stało, że wydano ten krążek?
- To jest jak dwie strony medalu. Z jednej dobrze, że "Sun Machine" ujrzała światło dzienne, bo znalazły się tam przebojowe "Z twarzą Marilyn Monroe" i "Peggy Brown". Z drugiej jednak strony wydanie tej płyty spowodowało mój wewnętrzny bunt. Mimo wszystko uważam, że jest to płyta niechciana i nasza droga mogła się równie dobrze pomyślnie potoczyć bez niej.
W podsumowaniu miesięcznika "Tylko Rock" za 1996 rok wylądowaliście w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych polskich kapel, przed Maanamem, T. Love, Closterkellerem i Hey'em. Pamiętasz ten moment?
- Doskonale, bo przeglądałem rankingi, w których pojawiała się nazwa zespołu Myslovitz. Jednak dziś z perspektywy czasu uważam, że to nie ma żadnego przełożenia na sytuację, jaka jest na rynku muzycznym.
Ostatnia płyta - "Miłość w czasach popkultury" od strony komercyjnej jest Waszym największym sukcesem. Jak wyglądały przygotowania przed wydaniem albumu?
- "Miłość..." jest płytą zrobioną od początku do końca bardzo świadomie. Nikt nas do niczego nie zmuszał, nie było żadnych nacisków. Nikt z nas nie przypuszczał, że ma ona jakikolwiek komercyjny potencjał. Pracowaliśmy nad tym materiałem bardzo długo. Mieliśmy problemy z firmą wydawniczą, z drugiej strony z naszym managerem, agentem koncertowym. To był dość ciężki dla nas okres, bo wydanie materiału odwlekało się w nieskończoność. Był taki moment ponad rocznej ciszy z naszej strony (1998/99). Ogarnęły nas czarne myśli, bo wszystko wskazywało na to, że będziemy musieli wrócić do swoich poprzednich zajęć. Szczęśliwie udało się dograć formalności i nagle zdaliśmy sobie sprawę, że okres wyciszenia został przez nas dobrze wykorzystany. Dopracowaliśmy demo do zadowalającego nas kształtu. Pomimo tego niemal do końca nie wierzyłem, że "Miłość..." może odnieść jakiś sukces. Podchodzili do nas różni ludzie, poklepywali i mówili, że muzyka jest OK. Traktowałem to wszystko z dystansem, choć wiedziałem, że z samej muzyki jestem zadowolony. Trudno jest oceniać samego siebie i swoją pracę.
Nie czujesz ciśnienia oczekiwań po takim sukcesie?
- Przez cały czas uważnie szukamy jakiejś drogi, żeby się nie zgubić. Po takim sukcesie oczekiwania ludzi są bardzo duże i na pewno wielu - niejako automatycznie oceni nowy materiał jako słabszy. Lekarstwem może być próba znalezienia na nową płytę czegoś innego. Nie iść sprawdzoną drogą tylko zrobić coś, co mogłoby być zaskoczeniem.
Na rynku muzycznym panuje kryzys. Spada sprzedaż płyt i kaset, mniej jest koncertów. Czy odczuliście go na sobie?
- Wiem, że tak jest, ale nie odczuliśmy skutków kryzysu. Nasza płyta sprzedała się bardzo dobrze. W 2000 roku zagraliśmy mnóstwo koncertów i jako jeden z niewielu zespołów odbyliśmy trasę koncertową. Jesteśmy w dobrej sytuacji i możemy stawiać warunki sprzętowe. Choć dawniej nie zawsze tak było. Mamy własnego realizatora i dzięki temu udaje nam się przenieść dopracowane brzmienie studyjne na scenę. Mówi się, że w tym roku z koncertami będzie gorzej, ale zobaczymy.
Szykujesz się do solowego projektu Lenny Valentino. Co to takiego?
- Nie jest to do końca solowy projekt, tylko wspólny, którego jestem pomysłodawcą. Pracuję nad tym z Mietallem z Mysłowic. Znamy się od dłuższego czasu i w wolnej chwili postanowiliśmy coś razem nagrać. Towarzyszą nam muzycy trójmiejskiego zespołu Ścianka. Płyta pojawi się na rynku we wrześniu. Jestem właśnie na etapie nagrań w Sopocie. Nic na razie nie mogę powiedzieć więcej, bo sam jestem ciekaw co z tego wyjdzie.
Czy jest jakiś polski wykonawca, którego sobie wyjątkowo cenisz?
- Zawsze bardzo lubiłem Marka Grechutę. Nie znam całej jego twórczości, ale parę jego rzeczy lubię. Świetna jest też muzyka Krzysztofa Komedy. Jego twórczość nadal jest u nas niedoceniana. Z nowszych rzeczy podoba mi się bardzo zespół Ścianka. Teraz robimy razem płytę i bardzo się z tego cieszę.
Zbliżają się święta. Czy jesteś łakomczuchem i łasuchem, czy starasz się być raczej wstrzemięźliwy?
- To zależy. Raz jestem wstrzemięźliwy, kiedy indziej jem ponad miarę. Ale kiedy jem to dania podjeżdżają jak na taśmociągu. Generalnie nie jem mięsa. Lubię za to ryby. Nie ma w tym żadnej ideologii wegetariańskiej. Po prostu jestem jaroszem i już.
Dziękuję za rozmowę.
Umpa
| powrót | |