|
| powrót |
Przekrój
"Snuje, brzęczyki i zonki"
(grudzień 2004)

Czekacie na płytę, która pokaże pełnię możliwości Myslovitz?
To jeszcze nie ta.
Tętna nikomu ta płyta nie przyspieszy. Składają się na nią powolne, często na pograniczu ciszy prowadzone psychodeliczne improwizacje, które zespół tworzył w studiu, zapewne dla
odreagowania pisania tak zwanych przebojów. Innymi słowy:
Myslovitz dla najbardziej wytrwałych.
Ich ostatni album "Korova Milky Bar" nie był ani najbardziej przebojowy, ani najbardziej ambitny w dorobku grupy. Trudno więc wymagać, by to, co zostało z sesji nagraniowej tej płyty, nagle okazało się dziełem genialnym. A że Myslovitz to największa grupa rockowa ostatnich lat w Polsce - ten status niewielu uważnych słuchaczy próbowałoby podważać - nie wydaje mi się, by jej muzycy powinni w takim momencie aż tyle ryzykować.
Cud się nie wydarzył. Album to raczej odrzuty z sesji niż skończone, przełomowe eksperymenty. Znakomity "Nr 9" sąsiaduje na nim z nudnym "Beastie Fish". A przyjemnie snujowaty, bo miniaturowy "Marie Minn Reataurant" - ze snujowatym na potęgę "Czerwonym Notesem". Ten ostatni stoi może na pograniczu jakiegoś kapitalnego, osobistego wyznania, ale naszkicowany jest lewą reką i niedbale zaśpiewany (o ileż lepiej brzmiał Artur Rojek na "Uwaga, jedzie tramwaj" Lenny Valentino!). Muzycy zapomnieli, że psychodelia nie musi oznaczać monotonii. Ich zamierzenie, by do wielkiego przebojowego sukcesu "Miłości w czasach popkultury" dorzucić teraz artystyczny, tak znaczny, by pochylili się nad nim miłośnicy Radiohead, a fani Mogwai czy innych cenionych grup z tego kręgu zdjęli czapki z głów, jest wielce zbożne. Co więcej muzyków Myslovitz pewnie na to stać, ale tu przedstawili serię szkiców, ślepych uliczek, niewyszlifowanych diamentów zimnych jak tytułowe ryby. Dojechali do połowy drogi, a za pół geniuszu można im przyznać pół oceny.
Jednocześnie z tą płytą ukazuje się wart uwagi, bo wzbogacony o obszerne materiały wizualne, singiel "Życie to surfing". Jedna i druga płyta powinny trafić przede wszystkim pod choinkę fanów śląskiej grupy, choć ci w pierwszej kolejności zasłużyli na porządny album koncertowy Myslovitz - ten pokazywałby, jak w scenicznych wykonaniach zespół potrafi wykrzesać ze swoich piosenek ogień, który na "Skalarach, mieczykach, neonkach" jakoś nie chciał zapłonąć.
Bartek Chaciński
Opracowanie: Alicja Ciura.
| powrót | |