|
| powrót |
Tylko Rock
"Przesłuchanie"
(styczeń 1997)

Artur Rojek: kiedyś miałem takie podejście, że od razu kupowałem płytę, jeżeli jeden utwór mi się spodobał. To było niedobre, bo potem okazywało się, że jedna dobra piosenka nie czyni z zespołu jakiegoś wielkiego zjawiska. Chociaż trafiłem na kilka wspaniałych płyt dzięki jednemu utworowi... Ale w większości przypadków po jakimś czasie zamieniałem się albo pozbywałem płyt. Myślę, że ostatnio już się uspokoiłem. Ta fala muzyki, która dochodzi teraz do mnie, to już nie to, co dawniej. Jestem o parę lat starszy, mam już pewien dystans.
Pink Floyd
"The Wall", "Wish You Were Here", "Atom Heart Mother", "Meddle", "Final Cut"...
(właściwie wszystkie płyty do momentu, gdy odszedł Roger Waters)
Zacząłem słuchać Flojdów dosyć wcześnie. Gdy byłem jeszcze dzieckiem i usłyszałem "Another Brick In The Wall", ktoś mi powiedział, że to śpiewają dzieci, które straciły rodziców na wojnie. Strasznie się tym przejąłem i potem zawsze wracałem do nagrań tego zespołu z takim szczególnym odczuciem. Dopiero zacząłem to inaczej odbierać, gdy obejrzałem film "The Wall". Cała moja przygoda ze zbieraniem płyt zaczęła się właśnie od Pink Floyd. Moje pierwsze cztery płyty to były ich albumy: "Ummagumma", "Atom Heart Mother", "Meddle" i "Ciemna strona księżyca". Wszystko zaczęło się w moim przypadku od Flojdów... Ostatnio kupuję ich płyty na kompaktach. Słucham i stwierdzam, że jest w nich coś takiego, co chciałbym usłyszeć też w naszej muzyce. Przebojowość z dawką ambicji, z psychodelią. Na wcześniejszych płytach dużo rzeczy - jak mi się wydaje - powstawało na zasadzie improwizacji. I my też wiele utworów zrobiliśmy w ten sposób. Tylko, oczywiście, nie wyszło nam tak, jak u Pink Floyd... W pewnym momencie przeraziła mnie wielkość Flojdów. Te ich przedstawienia dla dziesiątków tysięcy ludzi... Na ogół wolę wokalistów, którzy śpiewają wysokim głosem, ale bardzo lubię śpiew Watersa. A David Gilmour, to już nie to, chociaż z początku podobała mi się płyta "A Momentary Lapse Of Reason". Późniejszych nagrań Flojdów już nie słuchałem i tylko czułem potrzebę, żeby lepiej poznać te starsze... Myślę, że pojedynczy utwór, który mógłbym wyróżnić, to "Echoes" z "Meddle". Jest to bardziej pierwotne, niż "Dark Side Of The Moon". Takie świeże. Poza tym "Dark Side..." już wszyscy odkryli.
Ride, Slowdive
(patrz niżej)
Potem przeszedłem przez Marillion, U2, aż wreszcie ktoś mi podrzucił pierwszą płytę Beautiful South. Wcześniej nie znałem brytyjskich zespołów o takim gitarowym, popowym brzmieniu. Dopiero po Beautiful South usłyszałem The Housemartins z pierwszych dwóch płyt. I jeszcze bardziej mi się to spodobało. Takie piosenki, które łączą prostotę i szczerość. Poza tym zawsze byłem zdania, że nie trzeba umieć bardzo dobrze grać na gitarze, żeby robić dobrą muzykę. Ale punkowcem nigdy nie byłem - nie wiem dlaczego...
Podobała mi się ta cała idea Housemartins, bo praktycznie nie było żadnej idei. Było to na zasadzie, że pisali ładne melodie i wyglądali prawie jak chuligani. Potem zacząłem drążyć muzykę brytyjską - już takie trochę cięższe rzeczy. Ktoś mi podrzucił pierwszą płytę Ride - "Nowhere"... Z początku nie wiedziałem o co tu chodzi. Bo nie słyszałem ani melodii, ani wokalu. Wszystko to było "zabrudzone" gitarami. Dopiero za którymś z rzędu słuchaniem coś tam odkryłem... Potem usłyszałem "Smile" - z tamtej płyty graliśmy kiedyś "Drive Blind" i nagraliśmy to nawet na singlu... Ride jest zespołem, do którego wracam. Podobają mi się ich wokale, podoba mi się styl gry perkusisty - ma dopracowane do perfekcji "przejścia", które robią początkujący perkusiści. I podobał mi się klimat ich piosenek. Zainteresował mnie też inny zespół angielski, Blind Mister Jones... Grał muzykę zbliżoną do tego, co robił Ride. Tylko mniej ostrą. I jeszcze Slowdive. Ich "Just For A Day" jest dla mnie świetne. Podobają mi się rzeczy smutne, a Slowdive nie miał chyba ani jednej wesołej kompozycji. Z czasem zaczęli odchodzić od tego, co było dla nich najbardziej charakterystyczne. Na płycie "Pygmalion" trochę zaczął to już być taki ambient: mało dźwięków, wokale "porozpływane". Ale wszystko nadal ma sens. Bo u wielu zespołów ambientowych, które słyszałem, jest tylko takie bawienie się dźwiękiem... No i Mojave 3 - taki bardziej akustyczny Slowdive. Ten sam klimat, bardzo dobra płyta. Słuchałem jej na okrągło przez ostatnie miesiące. Ze starszych kapel brytyjskich doskonałą rzeczą jest także dla mnie House Of Love. Podoba mi się ten popowo-garażowy klimat.
Jeff Buckley
"Grace"
Przyznam się, że nie znam nagrań jego słynnego ojca, Tima. A jeśli chodzi o Jeffa - od początku spodobało mi się to, co robił z wokalem. To taka "amerykańska muzyka". Ma bardzo rockową sekcję rytmiczną, ma wspaniałe gitary... Jest to płyta, która do dziś mnie powala.
Tindersticks
"Tindersticks", "The Second Tindersticks Album"
Nigdy nie byłem wielkim miłośnikiem Nicka Cave'a i Leonarda Cohena, a o tym zespole mówi się, że jego muzyka jest w takich klimatach. Dlatego podszedłem do Tindersticks zupełnie na świeżo, bez tych obciążeń - z niczym mi się to nie kojarzyło. Albo raczej - to, co robią Tindersticks, kojarzy mi się z taką zadymioną knajpą, z niedopitym alkoholem w butelce. Cenię ich za to, jak układają melodie, jak budują napięcie. Również za to, że używają dziwnych instrumentów i każdy z nich świetnie pasuje do klimatu piosenki. Nawet nie wiem dokładnie, co to były za instrumenty, ale chciałbym je kiedyś wykorzystać w naszych nagraniach. Tak bardzo mi się to podobało. Nie znam za dobrze angielskiego, czasami nie rozumiem, co śpiewa Stuart Staples, ale wydaje mi się, że zależy im na pokazaniu ciemnej strony życia.
Lloyd Cole
(chyba wszystko)
Dla mnie to taki rockowy dżentelmen. Taki balladzista z rockowym podejściem. Akustyczne granie z rockową sekcją, z rockowym kopem. Taki ambitny poo. Odpowiada mi jego głos, jego sposób tworzenia melodii - taki trochę zakręcony.
Suede
"Coming Up"
Chyba najbardziej podoba mi się ich ostatnia płyta. Jakoś nigdy nie potrafiłem się dosłuchać Davida Bowiego w ich dwóch pierwszych płytach. Dopiero na tej... Jest taki utwór - trzeci od końca - w którym Brett Anderson śpiewa zupełnie jak Bowie... Jednak to mnie nie razi. Lubię Bowiego, te jego wczesne nagrania: "Ziggy Stardust", "Hunky Dory", "Space Oddity". Doszedłem do "Low", a potem kompakt mi się zepsuł, zaczął przeskakiwać. I przestałem słuchać (śmiech). A właściwie zacząłem słuchać Bowiego, jak usłyszałem Suede (śmiech). Bo przedtem znałem go tylko z takich rzeczy, jak "Let's Dance"... Najnowsza płyta Suede podoba mi się, bo jest radosna. Nie ma tu już złych emocji... Ja też w pewnym momencie życia zacząłem jakoś radośniej odbierać świat. Chyba ta płyta dodaje mi sił, kiedy jej słucham.
Afghan Whigs
"Black Love"
Wcześniejsze płyty Afghan Whigs też mi się podobają, ale "Black Love" chyba najbardziej. Co tu jest fajne? W śpiewie Grega Duli raczej liczy się coś innego, niż warsztatowe umiejętności. Nawet kiedyś sam zacząłem tak eksperymentować: żeby raczej wykrzyczeć coś z siebie niż wyśpiewać. Lubię też ten ich sposób robienia piosenek. Są one oparte na takich dziwnych riffach gitarowych. To są riffy na "wysokich strunach", mało znam zespołów, które by tak robiły... Ale co innego uważam za bardziej istotne: cała płyta świadczy o tym, iż samo podejście do muzyki - włożone w nią emocje - jest ważniejsze od tego, jak się macha palcami.
Soundgarden
"Down On The Upside"
Chyba każdy w Myslovitz doszedł do takiego stanu przesycenia muzyką brytyjską... Nasz nowy gitarzysta, Przemek Myszor, też wychował się na muzyce brytyjskiej, ale zawsze był otwarty na muzykę amerykańską. Powiedział kiedyś, że "Down On The Upside" to dla niego płyta roku i muszę ją kupić. To ta płyta rzeczywiście sprawiła, że ich polubiłem. Podoba mi się ta wściekłość w głosie Chrisa Cornella. Są tu świetne melodie. Są też bardzo psychodeliczni - trochę to odbieram jako taki nowoczesny Pink Floyd. Na pewno są tu jakieś powroty do lat siedemdziesiątych: czasami słyszę w ich muzyce Black Sabbath, Led Zeppelin... Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś w Polsce mógł zrobić takie gitary. To na pewno zasługa gitarzystów i producenta. Produkcyjnie płyta jest dopracowana do perfekcji... Z takiej mocnej amerykańskiej muzyki Smashing Pumpkins też bardzo lubię. Właściwie mógłbym wymienić tu "Nevermind" Nirvany. To płyta, która w jakiś sposób na mnie oddziaływuje. Te emocje, ta zadziorność, punkowość, ten "brud"... Słuchałem jej do momentu, gdy ogarnęła już prawie wszystkich... Tak jak muzyka kilku innych zespołów, do których z tego powodu już nie dotarłem. A jeśli chodzi o Pearl Jam, to nawet dostałem kiedyś urazu: za dużo ludzi zaczęło w Polsce grać jak oni. Ale ostatnio byłem na koncercie Pearl Jam w Warszawie i dzięki temu chyba lepiej ich zrozumiałem. Wcześniej znałem "Ten". Teraz lubię "Vs" i ich ostatnią płytę "No Code".
Wiesław Królikowski
| powrót | |