|
| powrót |
Kaleidoscope
"Eksport z Mysłowic"
(??? 2003)

W Polsce mają platynowe płyty i pierwsze miejsca na listach przebojów. Ale Polska to za mało. Ruszają więc na podbój Europy.
Pracuję tylko dla Spielberga i Myslovitz - śmieje się Janusz Kamiński, zdobywca dwóch Oscarów i etatowy operator Stevena Spielberga. By nakręcić teledysk "Sound of Solitude" zespołu Myslovitz, odmówił swego oka Martinowi Scorsese. Mieli razem nakręcić film, ale reżyser ciągle przekładał terminy. Zdjęcia rozpoczęły się w marcu, ale Kamiński był już wtedy umówiony z Myslovitz. Choć z drugiej strony, kto wie, co by wybrał, gdyby nie był fanem ich muzyki. Bo przecież obowiązkiem fana jest wspieranie swoich idoli.
Kiedy 9 lat temu dawali swój pierwszy w życiu koncert, na przeglądzie młodych talentów w Częstochowie, publiczność przyjęła ich chłodno. I choć dziś dałaby się za nich pokroić, na scenie przywitał ich wtedy śmiech. Byli ugotowani. Polski stereotyp rockmana nie przewidywał odstępstwa od reguły długich włosów, skór i heavy metalu. Myslovitz przeciwstawili mu beatlesowskie garnitury, fryzury na pazia i melancholijną, gitarową muzykę w brytyjskim stylu. Zajęli drugie miejsce. Jeszcze przez kilka lat mięli większe szczęście do krytyków i jurorów niż publiczności.
Dziś fanów zdobywają przebojem. W ubiegłym roku na letnich festiwalach w Belgii i Niemczech potrzebowali na to zaledwie kilku minut. Po dwóch-trzech piosenkach przed sceną kłębił się tłum. Podobnie było w Hiszpanii, Portugalii i na Wyspach Brytyjskich, gdzie rozgrzewali publiczność przed koncertami Simple Minds i Iggy'ego Popa. Było tak dobrze, że w tym roku zaproszono ich do Hamburga, Aarhus, Berlina, Dublina i Glenrothes. Warto też dodać, że plonem zagranicznych wojaży Myslovitz jest fanowska witryna internetowa. Po duńsku.
Artur Rojek wokalista i "twarz" Myslovitz, nie nadaje się na idola. Skromny, wyciszony, poukładany, typ intelektualisty. Nie ma włosów ufarbowanych na czerwono, kolczyków, tatuaży. Od pokoncertowych ekscesów w garderobie i hotelu woli książkę. A poranne bieganie to dla niego świętość. To ma być idol? Koledzy z zespołu też od niego nie odstają. Gitarzysta Wojtek Powaga równie metodycznie, jak Artur do biegania, podchodzi do zwiedzania miast, gdzie koncertują. W Barcelonie skoro świt biegł do muzeum Gaudiego, a w Lizbonie objechał miasto turystycznym tramwajem. Reszta też nie mogłaby się ubiegać o tytuł hulaki roku. Najlepszy dowód, że po sukcesie albumu "Miłość w czasach popkultury" zamiast przeprowadzić się do Warszawy, woleli zostać w podkatowickich Mysłowicach.
Jakie są Mysłowice? Zdaniem Artura nie ma w nich nic osobliwego, typowe miasteczko na granicy Śląska i Zagłębia: szare domy, górnicze familoki z czerwonej cegły, park, dwie kopalnie. Mimo to, gdy zakładali zespół, ktoś zaproponował, by nazwali go tak jak ich miasto. "Napiszemy to jak na drzwiczkach starego pieca w mieszkaniu rodziców" - podchwycił perkusista Lala. Więcej z tego było kłopotów niż pożytku. Niemiecka nazwa działała na władze lokalne jak płachta na byka. Miasto nie chciało udostępniać sali na próby zespołowi, który kalał własne gniazdo. To nastawienie zmieniła dopiero "Miłość w czasach popkultury". Czytelnicy "Trybuny Śląskiej" wyróżnili nagrodą "za przebicie się na szczyty warszawskich list przebojów".
- Mysłowice są nudne wtedy, kiedy nie mam co robić - opowiada Artur. - A ja muszę zorganizować sobie jakieś zajęcie, żeby się dobrze czuć. W Mysłowicach ciężko było to zrealizować. Zawsze musiałem gdzieś wyjechać, albo do Warszawy, albo pojechać nad morze, gdzie z muzykami Ścianki nagrałem płytę jako Lenny Valentino. Po płycie "Korova Milky Bar" zespół nabrał jednak takiego rozpędu, że nie potrzebują już więcej zajęć, tylko więcej spokoju. A w razie czego mamy bardzo dobre połączenie z Warszawą - dodaje. - Pociąg z Katowic do Warszawy jedzie 2 godziny 40 minut.
Nieco dłużej, bo 3 godziny 23 minuty, zajęło Arturowi przebiegnięcie maratonu. Do tej pory startował tylko raz, w Poznaniu. Przybiegł mniej więcej w połowie stawki. W tym roku chcę wystartować w Berlinie. Powinno być lepiej.
- Wstaję o 6:00 i biegam do 9:00. Tak do 15. kilometra przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły. Potem jest już kiepsko - śmieje się. - Wiem, że to mało rockandrollowe zajęcie, ale bieganie działa na mnie bardzo pozytywnie. Wcześniej nie pomyślałbym nawet, że na Śląsku żyją wiewiórki i sarny.
Myslovitz są na fali. Cztery lata temu piosenką "Długość dźwięku samotności" rzucili na kolana pół Polski. Teraz jej angielskojęzyczna wersja, "Sound of Solitude", przypuściła szturm na europejskie listy przebojów. Towarzyszy jej wideoklip Kamińskiego. Lada chwila w sukurs przyjdzie im eksportowa edycja albumu "Korova Milky Bar". W tym roku nie będą już mieli wakacji.
W Polsce też nie zasypiają gruszek w popiele. Właśnie ukazał się wybór ich najlepszych utworów, wsparty wspólnym nagraniem z Markiem Grechutą, żywą legendą polskiej piosenki. Niedawno gitarzysta grupy, Przemek Myszor, wsparł swoją kompozycją innego dinozaura polskiej rozrywki, Krzysztofa Krawczyka. Wyszedł z tego wielki przebój "Bo marzę i śnię".
Anglojęzyczną płytę traktują jako paszport do europejskiego raju. Nie będzie łatwo. Co tydzień w Europie ukazuje się parę setek nowych singli, w najbliższym czasie nie planują więc przeprowadzki z Mysłowic do londyńskiego Notting Hill. Na etapie podbijania Ameryki byli już 7 lat temu. Występ w polonijnej dyskotece sprowadził ich szybko na ziemię. Nigdy nie mieli klezmerskich ambicji, choć mają przygodę taperską - kiedyś zagrali własną ilustrację muzyczną do "Brzdąca" Charliego Chaplina.
Układa im się koncertowo. Mają swobodę działań artystycznych i nie żałują zbyt wielu rzeczy, np. okładki płyty zaprojektowanej przez Ryszarda Horowitza, mistrza fotografii reklamowej. O swoim romansie z młodzieżowym kinem, filmie "To my", Artur nie chce nawet, by mu przypominać. O wiele lepiej pracowało im się z Jerzym Stuhrem przy "Dużym zwierzęciu". Udział w "To my" traktują jako frycowe, które musieli zapłacić jako nieopierzeni debiutanci na głębokich wodach show-biznesu.
- Dziś - gdyba Artur - po prostu bym wyszedł.
On i cały zespół są mocniejsi niż kiedykolwiek wcześniej. Nagrali pięć dobrych płyt, z czego co najmniej jedna przejdzie do historii polskiej muzyki. A może i światowej. Bo przecież Myslovitz rusza w tym roku na podbój Europy.
Hubert Musiał
| powrót | |