|
| powrót |
Gazeta Wyborcza
"Myslovitz zagrał w Rotundzie"
(9 grudnia 2003)

Publiczność, która po brzegi wypełniła we wtorek wieczorem salę Rotundy, stała jak wryta, kiedy zespół Myslovitz przez półtora godziny grał różnorodne improwizacje.
Piosenki tego wieczoru dało się policzyć na palcach jednej ręki. Osoby, które liczyły na koncert z przebojami kapeli, mogły wyjść z klubu niezadowolone. Taki występ to efekt promocji najnowszej płyty Myslovitz "Skalary, mieczyki, neonki". Album jest w sprzedaży od kilku dni. Znalazło się na nim kilkadziesiąt minut improwizacji.
Tuż przed rozpoczęciem koncertu udało mi się porozmawiać z Wojtkiem Powagą, gitarzystą Myslovitz. Mówił o zagranicznych koncertach, wypadku na scenie w Krakowie oraz planach wydania nowej płyty, po czym poszedł obejrzeć "laski z Andy".
Bartek Borowicz: Rozmawialiśmy w tym samym miejscu dwa i pół roku temu. Już wtedy album "Skalary, mieczyki, neonki" był przygotowywany, już miał tytuł. Dlaczego tak długo czekaliście z jego wydaniem?
Wojtek Powaga: Mieliśmy aż dziewięć godzin improwizacji (włączaliśmy komputer i nagrywaliśmy tak długo, aż się dysk nie zapchał) i nikomu nie chciało się za to porządnie zabrać. Trzeba było wybrać najlepsze fragmenty nagrań i dopracować je. Każdy z nas zrzucał tę pracę na innego. W końcu Przemek [Myszor, gitarzysta Myslovitz - przyp. BB] się zdenerwował i choć miał masę rzeczy do zrobienia, wziął się za "Skalary...". Później czekaliśmy trochę na producenta i realizatora.
Niewiele osób słyszało już płytę. Jaka jest?
- Dam przykład. Kiedy graliśmy w Łodzi, po koncercie, gdy byliśmy już w szatni, publiczność zaczęła skandować "Peggy Brown"! Zagraliśmy ten utwór, bo wcześniej nie pojawił się żaden nasz przebój. A podczas koncertu niektórzy wychodzili. To dużo mówi o tej płycie. Ona jest po prostu inna od poprzednich. Początkowo zresztą nie miała trafić do sklepów, chcieliśmy sprzedawać ją tylko na koncertach.
Na koncertach staracie się powtórzyć fragmenty z płyty czy improwizujecie na nowo?
- Mamy spisane na kartce nuty i wokół nich improwizujemy. To jest tak jak w jazzie. Jest temat i wokół tego się kręcimy. Ze starszych utworów prezentujemy zazwyczaj tylko "Good day my angel" i "Mickey".
Na kiedy Myslovitz planuje wydanie kolejnego, tradycyjnego albumu?
- A jaki teraz mamy rok?
2004.
- No to na 2005 rok planujemy nowy krążek. Kiedy byliśmy w trasie z The Corrs, w autobusie tworzyliśmy nowe utwory. Mamy już trzy piosenki. Chcemy wejść do studia w kwietniu.
Dużo ostatnio podróżowaliście. Co dały wam zagraniczne koncerty?
- Graliśmy z Iggy Popem, zespołami Simple Minds i The Corrs. Pierwsze koncerty pokazały nam, że jesteśmy tylko supportem i że ludzie ziewają podczas naszych występów, patrzą na zegarek. Straszne były koncerty w Anglii, gdzie publiczność siedziała. Z drugiej strony zawsze dziękowali nam oklaskami po każdym utworze. Na występy Iggy'ego Popa przychodziły stare punki i grając przed nim, żeby zainteresować publiczność, lataliśmy po scenie jak poparzeni. To była dobra szkoła dla nas. Słyszał nas menedżer koncertowy U2, spodobało mu się i wstępnie zaprosił nas na kilka festiwali. Za granicą nauczyliśmy się pokory. W Polsce - cokolwiek zagramy - są oklaski. Tam tak nie było.
Bartek Borowicz
| powrót | |