|
| powrót |
Tylko Rock
"Myslovitz za ciosem"
(czerwiec 1996)

"Czujemy się doceniani przez publiczność. Ale jednocześnie nie możemy pozbyć się wrażenia, że nadal jesteśmy małą kapelą, która po prostu miała szczęście".
Z gitarzystą Myslovitz Wojtkiem Powagą umówiłem się wczesnym popołudniem w warszawskim klubie Harenda. Zależało mi na miejscu, w którym moglibyśmy względnie spokojnie porozmawiać. A w Harendzie o tej porze z reguły nie ma zbyt wielkiego ruchu. Tym razem jednak wszystko stanęło na głowie. Cały pub pełen był rozbawionych, poprzebieranych w krzykliwe, kolorowe stroje licealistów. Dopiero po chwili zrozumiałem co się dzieje. Umówiliśmy się dwudziestego pierwszego marca. Dokładnie w święto wagarowicza. W pierwszy dzień wiosny... Z początku trochę mnie to przestraszyło. W takim hałasie i tłoku trudno przeprowadzić naprawdę sensowny wywiad. Po chwili pomyślałem sobie jednak, że ta wiosenna atmosfera, która panowała dookoła, całkiem nieźle pasowała do tematu naszej rozmowy. Bo nowy materiał Myslovitz to przecież kilkanaście bardzo pogodnych, ciepłych, właśnie wiosennych piosenek...
Pierwszy raz rozmawiałem z muzykami Myslovitz w lipcu ubiegłego roku. To znowu nie tak dawno. Wtedy zespół nie miał na swoim koncie żadnych nagrań płytowych. Do sukcesów mógł zaliczyć co najwyżej kilka udanych koncertów i podpisany kontrakt ze znaczącą wytwórnią. To było zaledwie kilka miesięcy temu. Od tamtego czasu zdarzyło się naprawdę dużo. Ukazała się debiutancka płyta, której towarzyszyła niezła akcja promocyjna. Piosenki w radiu, single, teledyski. Do tego obecność Myslovitz w rozmaitych podsumowaniach roku. Bez względu na to, jak nazywała się kategoria, czy była to "nadzieja", "debiut" czy "nowa twarz roku", jedno jest pewne - fani zauważyli ten zespół. "Według mnie wszystko, co dzieje się wokół nas, jest po prostu zajebiste" - mówi Wojtek. "Pomyśl, zespół z piwnicy nominowany do Fryderyka! Szok! Tak samo te wszystkie wyróżnienia, te głosowania, gdzie pojawialiśmy się przecież w pierwszej trójce. To wszystko jest bardzo przyjemne...".
Zapytałem Wojtka, czy ma wrażenie, że jego grupa odniosła prawdziwy sukces. Że dołączyła do grona tych kilkunastu najbardziej znanych polskich zespołów. "O, nie. Czujemy się doceniani przez publiczność. Ale jednocześnie nie możemy pozbyć się wrażenia, że nadal jesteśmy małą kapelą, która po prostu miała szczęście". Na razie nie ma więc mowy o wyprowadzce z rodzinnej miejscowości i przeprowadzce, dajmy na to, do Warszawy. W końcu nie byłoby to takie bezsensowne. Przecież to tutaj mieści się firma płytowa, dla której nagrywa grupa. I tutaj mają swoje siedziby wszystkie ważniejsze media. Ale... "Nie jesteśmy jeszcze na tym etapie rozwoju" - śmieje się gitarzysta Myslovitz. "Aczkolwiek ja akurat chciałbym się wynieść ze Śląska. Uciec gdzieś, gdzie powietrze byłoby przyjemniejsze. Nie wiem jednak, czy chłopcy też zechcieliby się przenieść gdzieś indziej. Wiesz, powody sercowe...".
W Myslovitz ostatnio sporo się zmieniło. Tę najważniejszą zmianę dostrzega się natychmiast, gdy tylko spojrzy się na nowe zdjęcia grupy. "W zespole pojawił się jeszcze jeden gitarzysta. Nazywa się Przemek Myszor" - przedstawia go Wojtek. "Jest nauczycielem muzyki w szkole podstawowej u nas w Mysłowicach. A poza tym gra na gitarze w zespole October's Children. Wzięliśmy go, żeby wzbogacić brzmienie, żeby był większy pałer. Bo nasze nowe brzmienie będzie zdecydowanie różniło się od tego starego. Decyduje o tym sposób gry. Czasem na gitarze prowadzącej gram ja, czasem Przemek. On jest zdecydowanie bardziej sprawny. Czasami słychać, że gra różne przebierki... Nie oznacza to jednak, że z grania na gitarze zrezygnował wokalista Artur Rojek. Chwilami więc w Myslovitz usłyszeć można trzy grające równolegle gitary. Wtedy dopiero jest taka jazda, przestrzeń... Ale nie można tego oddać na płycie. To słychać dopiero na koncercie...".
Jest jeszcze jedna zmiana. "Sun Machine". Nowy materiał zespołu. Nowy materiał, a nie nowa, druga płyta. Tak mówią o tych kilkunastu piosenkach, które właśnie ukazały się na rynku, muzycy grupy. Dlaczego? "To po prostu swego rodzaju remanent. Ostateczne pożegnanie z sesją nagraniową, w czasie której powstał materiał na debiut. To właściwie jest przypadek" - wyjaśnia Wojtek. "Nasza firma postanowiła pójść za ciosem. Nie chciała, żeby nazwa Myslovitz zginęła gdzieś w powodzi innych wydawnictw, które się teraz ukazują. A że z poprzedniej sesji zostało parę dobrych numerów, że w swoim repertuarze też mieliśmy kilka przebojowych piosenek, dodaliśmy do tego dwa kowery, no i mamy nowy materiał. To taka płyta na lato. Kolorowa, letnia muzyka". Właśnie. Na próżno szukać tu rozbudowanych, długo narastających kompozycji pełnych rozlanych brzmień. W większości to po prostu trzy- lub czterominutowe chwytliwe piosenki. Jak mówi o nich Wojtek - przeboje. "Mówię, że to są przeboje, bo widzę, jak ludzie reagują na te piosenki na koncertach. Na przykład na "Peggy Brown", "Funny Hill" czy "Z twarzą Marilyn Monroe". Słuchają, skaczą, po prostu bawią się...".
"Sun Machine" jest zdecydowanie mniej psychodeliczne od tego, co grupa zaproponowała na debiucie. Nie oznacza to jednak, że Myslovitz zrezygnował z zabawy dźwiękiem, z rozmaitych brzmieniowych eksperymentów. Choć nie zawsze są to eksperymenty, do jakich zdążył wcześniej przyzwyczaić słuchaczy. Czasami, jak na przykład w "Z twarzą Marilyn Monroe", brzmi bardzo surowo, bardzo sucho, czysto, wręcz ascetycznie. A w nowej wersji "Good Day My Angel" zaskakuje zmianą linii wokalnej. Teraz w tej znanej z debiutanckiego albumu kompozycji zamiast głosu Artura Rojka usłyszeć można melodeklamację realizatora nagrań Myslovitz, Iana Harrisa. "Moim zdaniem ta wersja jest zajebista" - entuzjazmuje się Wojtek. "Lepsza niż oryginał. Harris robi w tym kawałku taki klimat, jak trzeba. Ma taki ciepły, miękki głos. Przygotowaliśmy tę wersję na singiel, którego wydanie planowaliśmy. Ostatecznie plany jednak się zmieniły. Szkoda było nam tej piosenki. Więc daliśmy ją na płytę. To będzie spora niespodzianka dla ludzi, którzy znają tylko pierwszą wersję...".
Oprócz własnych piosenek na "Sun Machine" znalazły się także dwie cudze kompozycje. Jedną z nich jest "Historia jednej znajomości". "Zawsze chcieliśmy nagrać coś Czerwonych Gitar" - opowiada Wojtek. "Ale cokolwiek zagraliśmy, brzmiało jak jakieś disco polo albo wesele. Więc wzięliśmy ten kawałek i zrobiliśmy go trochę w stylu Slowdive. Wszystko takie uspokojone, subtelne. I to chwyciło... A druga obca piosenka to kończące płytę "Memory Of A Free Festival". To właściwie nie jest cały utwór" - mówi Wojtek. "To tylko fragment wyrwany z piosenki Bowiego. Na okrągło śpiewamy w nim: "Sun Machine is coming down/ And we gonna have a party". Zrobiliśmy go w studiu na żywca, wszyscy razem, do jednego mikrofonu".
Nie zmieniły się teksty piosenek Myslovitz. Artur Rojek i Jacek Kuderski nadal śpiewają o tym, co jest im najbliższe. Najchętniej o uczuciach. Przede wszystkim o miłości. Zresztą, jak mówi Wojtek, teksty mają przede wszystkim pasować do nastroju muzyki i nie ma ich co analizować. "Tak jest na ogół, bo na Sun Machine jest przynajmniej jedna piosenka, która ma głębsze przesłanie. "Amfetaminowa siostra". U nas w Mysłowicach dużo się tego używa. I ten tekst powstał trochę w natłoku tego wszystkiego. W sumie jest przeciw. Choć może po pierwszym przesłuchaniu tego nie słychać. Może wydawać się, że jest totalnie za. Ale jest przeciw...".
Chociaż nowy materiał Myslovitz ukazał się na rynku dopiero kilkanaście dni temu, zespół myśli już o nowej płycie. Tej "prawdziwej" drugiej płycie. Z tego, co mówi Wojtek, kompozycje są już właściwie gotowe. "Materiał będzie przypominał to, co znalazło się na drugiej stronie naszego debiutanckiego albumu. Dużo psychodelii, dużo ciepłych, rozlanych brzmień. Mam nadzieję, że wszystko potoczy się bardzo szybko, bardzo sprawnie. Zresztą teraz mieliśmy taki okres, że praktycznie na każdej próbie robiliśmy nowy kawałek...". Słowem, Myslovitz utrzymuje ostre tempo...
Robert Sankowski
Opracowanie: Agnieszka Koza.
| powrót | |