Ostatnia modyfikacja tej strony: 2 kwietnia 2004    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Cgm.pl
 "Prawdziwa Historia o Myslovitz"
 (2 kwietnia 2004)

  Henry McGroggan od 26 lat jest tour menagerem Iggy Popa. Od dwóch lat wraz z Anną Marzec zajmuje się zagranicznymi sprawami Myslovitz. Przeczytajcie, co potrzebuje wykonawca, aby mógł zaistnieć na Zachodzie.

Anna Marzec i Henry McGroggan tworzą Agencję Koncertową zajmującą się zagranicznymi koncertami Myslovitz. To dzięki ich kontaktom zespół grał koncerty z Simple Minds i Iggy Popem, wystąpił na wielu europejskich festiwalach i zapowiadają, że to dopiero początek, w czerwcu zagra przecież przed legendarnymi The Stooges. Henry od 25 lat jest tour menagerem Iggy Popa. Od czterech zajmuje się też The Corrs, a wcześniej współpracował m.in. z Davidem Byrnem, Leonardem Cohenem, The Damned. Jest też agentem koncertowym Marianne Faithfull i Myslovitz. Ponadto zajmuje się różnymi elementami logistyki tras koncertowych (m.in. Patti Smith, Davida Bowie, Joe Satrianiego, Phila Collinsa, Westlife). Jest Szkotem spod Glasgow. W magazynach branżowych trzykrotnie wybierano go tour menadżerem roku.


  Co ściągnęło cię do Polski?

  - Henry McGroggan: W 1993 roku przyjechałem tu z Iggy Popem na koncert i poznałem Anię. Przeprowadziłem się cztery lata później. To w dużym skrócie.

  Chciałeś popracować z polskimi zespołami?

  - H.McG: Na początku nie miałem takiego zamiaru. Ania mnie nimi zainteresowała. Aż dziwne, jak niewielu świetnych polskich artystów dostaje szansę zaistnienia za granicą i jak bardzo nie potrafią z tych możliwości skorzystać. Osobliwością są też mechanizmy funkcjonowania branży fonograficznej - to zniechęca.
  - Anna Marzec: Grałam mu trochę polskich rzeczy, zabierałam na koncerty, żeby wiedział, co się w Polsce dzieje. W pewnym momencie uznaliśmy, że są w Polsce kapele, które zasługują, żeby wyjść poza granice własnego kraju.

  Czyli Myslovitz zasługuje.

  - A.M.: Zaczęło się, jak zwykle, przypadkiem. Przyniosłam do domu płytę "Miłość w czasach popkultury". Szczególnie spodobała się Henry'emu "Długość dźwięku samotności". Graliśmy ten album bez przerwy i w pewnym momencie Henry stwierdził, że "Długość..." to po prostu nośny numer i równie dobrze mógłby zagrać go zespół James, a formatowo nie odbiega od tego, co jest grane w zachodnich stacjach radiowych. Pierwotnie mieliśmy plan przygotowania kompilacji polskich zespołów dla zagranicznych promotorów. Traf chciał, że najpierw zgłosiłam się do menadżera Myslovitz Maćka Pilarczyka i okazało się, że on miał gotową prezentację na międzynarodowe rynki. To był koniec 2001 roku. Na początku 2002 zrobiliśmy samplery z wybranymi przez Henry'ego kawałkami i wysłaliśmy do zagranicznych promotorów. Najpierw jeden z agentów zaprosił Myslovitz na majową trasę z Simple Minds. W ciągu czterech miesięcy zrobiliśmy rzecz, która niektórym zespołom nie udawała się przez wiele lat. Trafiliśmy do właściwych ludzi. Było to o tyle trudniejsze, że albumy Myslovitz dostępne były jedynie w Polsce, nikt o zespole nic nie wiedział, trzeba było przekonać promotorów, że warto zaryzykować. To może zrobić tylko ktoś z takimi kontaktami i pozycja jak Henry.

  Jaki był Myslovitz jak go poznałeś?

  - H.McG.: Zespołem, który osiągnął już to, co sobie wyznaczył. Oni czekali, aby otworzono im kolejne drzwi. Dzięki temu odrodzili się. Byli skromni. Wciąż tacy są. I pokorni, ale ta pokora jest bardzo kreatywna. Różnica między wczoraj a dziś polega na tym, że mają teraz okazje uczyć się, jak w ciągu dwudziestu minut przekonać dziewięć tysięcy osób, że są najfajniejszym zespołem na świecie. I potrafią to zrobić. Tak, jak podczas ostatnich, grudniowych koncertów z Simple Minds, gdzie podczas trzech występów obejrzało ich 23 tys. ludzi. Poza tym zdają sobie sprawę, że muszą jechać tam z nastawieniem na najgorsze i do nich należy wykorzystanie każdej szansy na zaprezentowanie się.

  Czy jest jakiś oddźwięk od zespołów, które poprzedzali?

  - A.M.: Wiem że panowie z Myslovitz zawsze mówią, że nic o tym nie wiedza, tacy są skromni. My wiemy, kto ich widział i jak bardzo pozytywny jest oddźwięk. Muzycy Simple Minds są pod wrażeniem. Iggy aż dwukrotnie obejrzał występ Myslovitz w całości. No i bardzo entuzjastyczne recenzje otrzymali od The Corrs!

  Jakie kryteria musi spełnić zespół, który chciałby osiągnąć coś na zachodnich rynkach?

  - H.McG.: Na sukces składa się bardzo wiele elementów. Jeżeli chodzi o granie zagranicznych koncertów musi być to bardzo dobra, doświadczona, charyzmatyczna kapela, mająca dobre piosenki. Muszą być bardzo zdyscyplinowani i mieć wystarczająco dużo zapału, aby wrócić do małych klubów, ciężkiej pracy i statusu artysty zaczynającego karierę. A przede wszystkim powinni mieć w sobie dużo pokory. Wkraczają przecież na teren, gdzie konkurencja jest ogromna a, aby wbić się w ten układ, nie tylko trzeba być we właściwym miejscu i czasie, ale też czymś się wyróżniać. Sukcesu nie osiąga się przez noc, nawet przez dwa lata. To długoterminowe przedsięwzięcie.

  Czy chcecie jeszcze kimś się zająć?

  - H.McG.: Tak, zastanawiamy się...
  - A.M.: Wielu polskich artystów czuje się komfortowo w swoim środowisku. Osiągnęli tutaj wysoki status i to im odpowiada. Nie chcą, nie muszą, nie mają potrzeby ryzykować. Z takimi nie chcemy pracować.

  Ostatnio znów zaczęła się niemal "sprawa narodowa" na temat "Myslovitz: odniósł sukces czy też nie". Co wy na to?

  - A.M.: Dobrze, że Henry nie rozumie po polsku i nie musi słuchać tego, co tu się mówi i pisze. My robimy swoje. Osiągamy wyznaczone cele i idziemy we właściwym kierunku.

  Jacy polscy artyści jeszcze Ci się spodobali?

  - H.McG.: Oczywiście Kayah, Blue Cafe. Wilki, Kukiz, Anna Maria Jopek, Dezerter, Hey, Sistars i zachęcająco brzmią bracia Cugowscy.

  Kiedy będzie można powiedzieć, że Myslovitz osiągnie sukces?

  - H.McG.: Jak zdobędzie pierwszą złotą płytę poza Polską. Zapotrzebowanie na zespół jest, zamierzamy z tego skorzystać.

Leszek Gnoiński

Opracowanie: Rafał 'GulasH' Zatorski.

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT