Ostatnia modyfikacja tej strony: 10 sierpnia 2004    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Kamil Brzózka
 "Pijcie koktajl!"
 (styczeń 2000)


  Swoją najnowszą płytę nazwaliście "Miłość w czasach popkultury". Dlaczego właśnie taki tytuł?

  - Artur: Tytuł wziął się tak naprawdę z powietrza, jest to tytuł jednej z naszych piosenek, który wydawał się nam najbardziej interesujący, uznaliśmy, ze będzie to dobra nazwa płyty. Z reguły staramy się wymyślać dosyć intrygujące tytuły. Oprócz pierwszej płyty wszystkie nasze pozostałe albumy mają z założenia dosyć intrygujące nazwy. Po czasie doszliśmy jednak do wniosku, że popełniliśmy bardzo duży błąd.

  - Przemek: Byliśmy na bańce, gdy wydawało nam się, że ten tytuł jest intrygujący.

  - Artur: Tak. To znaczy on może jest intrygujący, natomiast wpędził nas w taki stan, że teraz musimy się tłumaczyć z tego jak wygląda miłość w czasach popkultury.

  - Przemek: I wszyscy myślą, że płyta jest o miłości i tak dalej. Jest może dużo takich klimatów, ale jednak nie do końca.

  A co sądzicie o popkulturze?

  - Przemek: Nie oceniamy jej, ponieważ żyjemy w zalewie popkultury. Nie ma nawet co ukrywać, że jesteśmy jej elementem. Popkultura jest w tej chwili tak szerokim zjawiskiem, że ma bardzo wiele dobrych, jak i złych stron, więc nie da się jej tak jednoznacznie ocenić.

  Wasz najnowszy singiel zatytułowany jest "Długość dźwięku samotności", bardzo ciekawe sformułowanie. Jak powstał ten tekst, czy jest to piosenka o konkretnej osobie?

  - Artur: W naszym zespole teksty piszą 3 osoby, akurat ta piosenka została napisana przez Wojtka [Powagę - przyp. red.], a my z Przemkiem tylko trochę go pozmienialiśmy. Z tego co mówił Wojtek, to jest to piosenka o kimś konkretnym, natomiast kim on jest to tajemnica autora tego tekstu. Natomiast sam tytuł jest delikatnie zmienioną nazwą jednej z piosenek, którą wymienia bohater książki "Wierność stereo". Wymienia tam 5 najsmutniejszych piosenek o miłości, a wśród nich utwór pt. "Szybkość dźwięku samotności". Przez półtora roku po przeczytaniu tej książki cały czas wydawało mi się, że ten tytuł brzmiał właśnie "Długość dźwięku samotności". Kiedy czytałem tę książkę zapamiętałem ten tytuł. Tak bardzo mi się spodobał, że chciałem go wykorzystać w którejś z naszych piosenek. I wykorzystaliśmy go, tylko że w nieco zmienionej wersji.

  - Przemek: I dobrze, przynajmniej nikt nam nie zabierze copyrightu.

  A czy wy czujecie się samotni? Dużo waszych piosenek ma bardzo smutny wydźwięk.

  - Artur: Ja jestem osobą, która narzuca chłopakom po części...

  - Przemek: To jest straszny smutas po prostu.

  - Artur: ...smutny klimat piosenek. Lubię je i uważam, że smutne piosenki są najpiękniejsze. Natomiast Przemek to osoba, która sprowadza mnie na ziemię i mówi "nie możemy grać samych smutnych piosenek, jak ty sobie wyobrażasz koncerty, cały czas będziemy smucić?".

  - Przemek: Chodzi o to, że już 2 razy usnąłem na próbach.

  Jeśli mowa już o koncertach, to lepiej czujecie się na scenie grając szybkie utwory, czy te wolniejsze?

  - Artur: To zależy od koncertu. Jeżeli spotykamy się z ludźmi, którzy naprawdę przychodzą na koncert Myslovitz i rzeczywiście znają nasze piosenki, to nie ma to dla nas żadnego znaczenia. Lubimy wtedy grać zarówno te wolne, smutne kawałki, jak i te bardziej energiczne, czadowe. Natomiast zdarzają się koncerty, na które przychodzi dość przypadkowa publiczność i wtedy mamy czasem wrażenie, że oni po prostu się nudzą przy tych spokojnych utworach. Oni chcą aby był puls na perkusji, żeby mogli sobie trochę poskakać.

  Co jest inspiracją waszych tekstów?

  - Przemek: Życie kolego, życie! Poważnie, życie, wszystko co obserwujemy wokół, nasze przemyślenia, różne rzeczy. Kiedyś mieliśmy inspiracje kinowe, na tej płycie jest jednak tego mniej.

  W jakich warunkach najlepiej wam się pracuje? Czy każdy sam wymyśla jakiś riff i potem gracie go na próbach, czy spotykacie się wszyscy i po prostu zaczynacie razem tworzyć?

  - Artur: Nasze utwory powstają przez długi czas, przede wszystkim na próbach, czasem na próbach przed koncertami, kiedy ktoś zagra przypadkowo jakiś riff, a ktoś inny powie "zagraj to jeszcze raz". Osiemdziesiąt procent powstaje jednak na próbach w naszej sali i tam też kończymy aranżacje utworów. Jeśli chodzi o studio, to są to tylko zabiegi kosmetyczne. Na przykład producent przy miksowaniu materiału wycisza jedną a podgłaśnia drugą solówkę, wpływa studyjnie na kształt utworu.

  To już wasza czwarta płyta. Jak to wszystko się zaczęło, jak powstał zespół Myslovitz?

  - Artur: Zespół Myslovitz powstał w 1992 roku, czyli w okresie, gdy byłem bardzo zafascynowany brytyjską sceną muzyczną i programem "120 minut muzyki niezależnej", a także mysłowickim zespołem, który nazywał się Generał Stilwell. W końcu wymyśliłem sobie, że można by spróbować założyć własną kapelę. Wcześniej zacząłem grać na gitarze akustycznej jakieś tam harcerskie melodie. Pierwszym człowiekiem, do którego się zgłosiłem był Wojtek Powaga, dlatego że wszyscy inni gitarzyści z Mysłowic byli w tym czasie zajęci, grali w innych zespołach. Pamiętam, że na pierwszej próbie graliśmy w kółko 2 piosenki, ponieważ nie mieliśmy swoich własnych utworów. Pierwsza z nich to była piosenka Daabu, jakaś ze śpiewnika i "Krakowski Spleen" Maanamu. Tę drugą grałem kiedyś w akademikach na imprezach, więc miałem ją dobrze opanowaną. Tak wyglądała pierwsza próba zespołu Myslovitz.

  Wiele osób podkreśla, że rozwijacie się muzycznie z każdą płytą. Czy obecne brzmienie Myslovitz jest tym co chcecie grać, czy na nowej płycie będziecie nadal poszukiwać czegoś nowego?

  - Artur: Myślę, że zawsze będziemy się starać iść do przodu i szukać czegoś nowego. Wątpię, żebyśmy się nagle zatrzymali, chyba że stosunki wewnętrzne spowodują iż nagle zwolnimy tempo. Nasz rozwój wiąże się z tym, że rozpoczynaliśmy jako stuprocentowi debiutanci. To nie byt debiut w postaci np. O.N.A., gdzie Agnieszka była nowa, a reszta to starzy wyjadacze. U nas to była grupa absolutnych debiutantów, ludzi, którzy dopiero w tym zespole uczyli się grać. Z tego właśnie chyba wynika nasz rozwój. Być może przyjdzie w końcu taki moment, że będziemy już tyle potrafić, że przestaniemy się rozwijać. Ale z drugiej strony myślę, że nie umiejętności decydują o tym, że twój materiał jest świeży, nowy i w pewnym sensie odkrywczy i robisz dzięki temu pewien krok naprzód, tylko twoje nastawienie do tego, potrzeba zmian. Tak jak w życiu, gdy chcesz ciągle się, zmieniać, ulepszać, czy mądrzeć.

  A jak byście określili muzykę którą gracie?

  - Artur: Przemek jest specjalistą w tym temacie.

  - Przemek: Gramy muzykę z Mysłowic.

  Rodzaj muzyki stworzony przez was?

  - Przemek: Nie, nie jest jakoś specjalnie stworzony przez nas.

  - Artur: Chociaż fajnie by było stworzyć własny gatunek muzyki.

  - Przemek: No, właściwie... Tak, gramy stworzony przez nas rock z Mysłowic!

  A jak reagujecie na porównywanie was do kapel brit-popowych?

  - Przemek: Ja ściągam buta i zaczynam po prostu być agresywny.

  - Artur: Dlatego tak kontrolnie się pytasz?

  Tak czułem, że taka może być wasza reakcja.

  - Przemek: Przed zadaniem następnych pytań, chciałeś zadać pytanie wstępne, tak?

  Jakie są wasze ulubione kapele?

  - Artur: Każdy z nas odpowiedziałby na to pytanie inaczej. Mnie bardzo podoba się ostatnia płyta Mercury Rev, zasłuchuję się ostatnio w bootlegach Radiohead. Akurat to jest jeden z zespołów, które lubimy i tolerujemy wszyscy, bo jest też wiele kapel, które ja bardzo lubię i przynoszę do samochodu, a oni wszyscy od razu wrzeszczą żebym to wyłączył. A Przemek to stary grunge'owiec.

  - Przemek: Tak, ja jestem bardziej ostry, ale tym razem cię chyba trochę zaskoczę. Z nowych płyt podoba mi się nowy Deus.

  A z polskich zespołów?

  - Artur: Z polskich to ciężko... Podobają mi się na przykład zespoły Ścianka i Homosapiens, chciałbym ich zobaczyć na koncercie.

  - Przemek: Lubię Marka Grechutę, taki krakowski zespół. Podoba mi się wiele zespołów, żaden może w takim stopniu, że pochłaniam każdą piosenkę, ale każda kapela napisała kilka wartościowych kawałków i ja to doceniam. Nawet u zespołów, o których mogę generalnie powiedzieć, że ich nie lubię, na przykład Budka Suflera. Ale oni mieli okres, który kocham, z którego płyty lubię i ich słucham.

  A co sądzicie o T.Love? Kiedy rozmawiałem z Muńkiem, jako ulubiony polski zespół wymienił właśnie was.

  - Przemek: T.Love to są nasi koledzy. Lubimy ich, mnie zwłaszcza podoba się płyta "Prymityw". Ze wstydem przyznaję się, że nie poznałem jeszcze najnowszej płyty, o której słyszałem od zaufanej osoby, że jest zajebista. Zresztą widać to już po wstępnym singlu. Zresztą T.Love to zespół, na którym się wychowałem. Nie ma co ukrywać, że chociaż teraz są naszymi kumplami, to jeśli chodzi o staż zespołowy to mogliby być naszymi ojcami i matkami!!! Trudno się odnieść w tej chwili do takich kapel, tak samo jak nie wymieniamy wśród ulubionych zespołów U2 czy Pearl Jam, bo one po prostu płyną we krwi i ich się nie wymienia. Chociaż wiem, że się powinno, to jednak to dla mnie aż nazbyt oczywiste.

  Czy i ewentualnie w jakim stopniu wytwórnia miesza się w waszą pracę artystyczną? Bardzo wam przeszkadzają?

  - Przemek: Mamy takie szczęście z wytwórnią, że akceptują od początku do końca wszystko co im przyniesiemy, przynajmniej do tej pory. Nie ma żadnych nacisków typu, że mamy zmienić teksty, muzykę, czy napisać kilka skocznych piosenek. Powiem ci nawet, że nie przypominam sobie, żebyśmy słyszeli jakiekolwiek sugestie.

  Jak znosicie trudy seryjnych koncertów podczas tras?

  - Artur: My rzadko gramy właśnie takie seryjne trasy. Tak naprawdę dużą trasę koncertową mieliśmy tylko raz, 2 lata temu, przy okazji płyty "Z rozmyślań przy śniadaniu". Na dziesiątym koncercie czułem się już naprawdę zmęczony.

  - Przemek: Nie mówiąc już, że na czwartym, w Katowicach wysiadł mu głos.

  - Artur: Ewidentnie powodem tego wszystkiego było to, że źle się przygotowałem do tej trasy i źle postępowałem już na samej trasie, po prostu nie dbałem o siebie... w sensie wypoczynku. Myślę, że stąd wynikało moje zmęczenie. Teraz mam nauczkę i na pewno wyglądałoby to inaczej.

  Czy jest jakieś wasze ulubione i odwrotnie, najbardziej znienawidzone miejsce, gdzie graliście koncert?

  - Przemek: Ja, szczerze mówiąc, najbardziej lubię grać u nas na próbie, ale wiem, że nie o to ci idzie.

  - Artur: Nie wiem, chyba nie ma takich miejsc, które jakoś specjalnie uwielbiamy, czy nienawidzimy.

  - Przemek: Ja, na przykład, bardzo lubię grać w Lublinie w Hadesie, bardzo fajne miejsce.

  - Artur: Tak, to jest mały, bardzo klimatyczny klub. A, no i trzeba jeszcze koniecznie wymienić klub Tunel w Kędzierzynie-Koźlu, któremu szefuje Mateusz i ma znakomitą ekipę bramkarzy, kelnerów, barmanów. Czyli jednak zmiana opcji.

  - Przemek: To się naprawdę rzadko spotyka, że wchodzisz do klubu i wszyscy ludzie są jakby z jednej ekipy, wszyscy się znają i ty też czujesz, że ich znasz.

  Pytam dlatego, że niektóre zespoły otwarcie przyznają, że nie lubią grać w Warszawie. "Drętwa publiczność, mało zabawy" to bardzo częste określenia.

  - Artur: My też nie przepadamy jakby za Warszawą, natomiast nie graliśmy tu bardzo dawno i być może nie przepadaliśmy za nią dlatego, że kiedy mieliśmy tu swoje koncerty zawsze mogłoby być więcej ludzi niż było i lepsza atmosfera niż była. Być może to się zmieni, może po dzisiejszym koncercie stwierdzimy, że jednak bardzo dobrze gra się w Warszawie.

  - Przemek: W Warszawie gra się ciężko, dlatego, że publika jest rozpieszczona.

  Czy występowaliście kiedyś za granicą. Piosenkę "Długość dźwięku samotności" można usłyszeć również w wersji angielskiej. Czy planujecie koncerty poza Polską?

  - Przemek: W lutym mamy trasę po południu Stanów Zjednoczonych, ale tak poza tym to dopiero wszystko przed nami.

  - Artur: Graliśmy koncerty w Sztokholmie, w Niemczech niedaleko Stuttgartu, wcześniej graliśmy 2 razy w Stanach dla Polonii, ale to wszystko raczej okazjonalne wypady, nie wiążące się z jakimiś przyszłościowymi akcjami. Natomiast singiel w wersji Anthony'ego został zrobiony na zasadzie przyjacielskiej, to nie był zabieg, żeby posyłać piosenkę na Zachód.

  Czy jest w waszych dotychczasowych dokonaniach coś, czego żałujecie?

  - Artur: Każda sytuacja ma swoje dobre i złe strony, nie wiem czy jest sens mówić o tym co chciałbym zmienić. Każda rzecz miała pewien skutek, niekoniecznie zawsze pozytywny.

  Jak wygląda zwyczajny dzień członków Myslovitz, poza trasą, bez prób? Nie nudzicie się, nie brakuje wam muzyki?

  - Artur: Nie gramy tak wiele koncertów, więc każdy z nas potrafi sobie zorganizować czas. Dużo czasu spędzamy w domu, w Mysłowicach. Każdy z nas inaczej. Musielibyśmy ustawić się w pięciu, gęsiego do odpowiedzi na pytanie. Ja bardzo dużo czasu spędzam w domu, czytam książki, oglądam filmy, rozmawiam z moją dziewczyną.

  Czy ogarnął was szał nowego tysiąclecia?

  - Przemek: Jest coś takiego?

  Ludziom odbija, wszędzie reklamy, wszyscy krzyczą co tu zrobić.

  - Przemek: Muszę ci powiedzieć, że właśnie mnie uświadomiłeś. To ja muszę się najpierw rozejrzeć po popkulturze.

  Jakie są wasze plany na przyszły rok, czy będziecie gdzieś grali w Sylwestra?

  - Artur: W tym roku nie będziemy grać w Sylwestra. W zeszłym roku graliśmy na 3 imprezach w jedną noc i postanowiliśmy, że akurat w tego Sylwestra, który jest w pewnym sensie wyjątkowy nie zagramy. W 2000 roku będziemy chcieli zagrać jak najwięcej koncertów, już teraz wiadomo na 90 procent, że w wakacje odbędzie się trasa składająca się z 35 koncertów, pierwsza w naszej karierze tak długa trasa.

  Co możecie powiedzieć o swojej najnowszej płycie, czym różni się od poprzednich?

  - Przemek: Jest to nasza czwarta płyta i jakby kontynuacja drogi, którą obraliśmy przed poprzednim albumem. Po drugiej płycie postanowiliśmy pójść lekko w inną stronę. Wydaje mi się, że jest to właśnie kontynuacja tego co zapoczątkowaliśmy na poprzedniej płycie, tyle, że może trochę, lepiej wyważona w proporcjach: tekstowo, muzycznie i aranżacyjnie. Ja bynajmniej nie oceniam, że jest to nasza najlepsza płyta, tylko przytaczam to, co mówią inni. Wiesz, nam jest trudno o tym mówić, łatwiej jest ocenić temu, który słucha, a my zawsze będziemy mieli kupę idei, teorii, które niekoniecznie muszą być prawdziwe. Myślę, że do kupna naszej płyty najskuteczniej mogą zachęcić single, chociaż muszę dodać, że należy pamiętać, iż są to z reguły piosenki najbardziej komercyjne, łatwo wpadające w ucho, nie zawsze najlepsze. W naszym przypadku, na płytach oprócz tych singli znajduje się co najmniej kilka piosenek, które po prostu nie nadają się, na singiel, bo są zbyt poważne, ciężkie, może czasem zbyt ambitne. Natomiast są to piosenki, które zaliczamy do grona naszych najlepszych. Nie tylko my, ale także ludzie, którzy nas słuchają. Tego należy się po nas spodziewać. Nie można oceniać płyty wyłącznie po singlach, chociaż akurat my jeśli o nie chodzi nie mamy się czego wstydzić. Myślę, że najnowszy singiel skutecznie zachęca do kupna płyty, tyle że można się na niej spodziewać rzeczy lepszych i głębszych, i jeszcze chciałem powiedzieć lepszych i jeszcze głębszych!

  Co chcielibyście powiedzieć czytelnikom Magla? Cokolwiek na dowolny temat.

  - Przemek: Pijcie koktajl! Truskawkowy. Z rana bardzo dobry jest koktajl z kiwi, gorąco polecam, stawia na nogi jak kawa, potrafi z miejsca doprowadzić mózg do stanu gotowości.

  Dziękuję serdecznie za rozmowę.

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT