|
| powrót |
Student.pl
"Wywiad z Arturem Rojkiem"
(sierpień 2000)

Artur okazał się bardzo miłym i otwartym facetem. Chętnie oraz - jak sądzę - szczerze opowiadał o zespole, muzyce, którą tworzą oraz o mieście, z którego pochodzą. Miło zaskoczył mnie fakt, że naturalny wygląd i usposobienie wokalisty Myslovitz tak mocno odbiegają od ponurego wizerunku, jaki kreuje on w mediach, na swoich płytach oraz scenie.
W jednym z wywiadów powiedziałeś, iż cenisz sobie profesjonalizm wewnętrzny, który powoduje, że cały czas jesteś autentyczny. Że robisz to, co lubisz i możesz się z tym identyfikować. Czy rzeczywiście wszystko, co znalazło się na czterech płytach Myslovitz jest zgodne z Tobą, wypływa z Twojego wnętrza?
- Myślę, iż generalnie tak. Chociaż, są rzeczy, które bym zmienił, których nie byłem pewien już w trakcie ich realizacji. To głównie kwestie wynikające z decyzji całego zespołu. Po prostu wiem, że gdyby niektóre sprawy zależały tylko ode mnie, a nie od nas pięciu zadecydowałbym inaczej. Tak było, na przykład, z utworem "Scenariusz dla moich sąsiadów" na płycie "Z rozmyślań przy śniadaniu". Ta piosenka odstawała, według mnie, od reszty materiału. Była najbardziej przebojowa i nie pasowała do całości, która miała być jedną długą historią, opowiadaniem człowieka na temat siebie. Natomiast decyzja zespołu była taka, żeby ją zostawić. I tak się stało.
Muzyka, którą tworzycie jest bardzo spójna i konsekwentna, więc albo tak dobrze wychodzą wam te kompromisy, albo po prostu jesteście do siebie bardzo podobni.
- Mamy podobną wrażliwość muzyczną, a poza tym potrafimy dogadać się na temat tekstów, które są przecież równie ważne. O muzyce nie trzeba koniecznie dyskutować, można po prostu zgodzić się na coś, co wszyscy odczuwamy jako dobre, bo płyną przez nas podobne fale. Ale o tekstach trzeba rozmawiać. Myślę, że Przemek Myszor, Wojtek Powaga i ja, którzy je piszemy, umiemy ze sobą rozmawiać.
Czy takie podobne odczuwanie muzyki, taką podobną wrażliwość można tłumaczyć tym, że wszyscy pochodzicie z jednego, dość specyficznego miejsca - z Mysłowic?
- Nie, myślę, że nie. Moim zdaniem większe znaczenie ma tutaj fakt, iż słuchamy podobnej muzyki, że wychowaliśmy się na takich rzeczach, które teraz bardzo dobrze ze sobą współgrają. Bracia Jacek i Wojtek, basista i perkusista, zawsze byli i nadal są wielkimi fanami The Beatles, Przemek, gitarzysta, był wielkim fanem U2, ja byłem wielkim fanem Pink Floyd, a Wojtek Powaga, gitarzysta, był fanem i Pink Floyd i Hendrixa. To są rzeczy, od których zaczynaliśmy, a dopiero później pojawiło się coś co między nami wspólne. To "coś" nas potem kształtowało i dlatego teraz możemy się kłócić, nie lubić, nie spotykać ze sobą, ale kiedy wchodzimy razem na scenę lub kiedy nagrywamy jakiś utwór, rozumiemy się bez słów. Przenika nas jakaś wspólna wibracja.
Spytałam o Mysłowice, ponieważ bardzo często tłumaczy się ponury klimat waszych piosenek właśnie klimatem waszego rodzinnego miasta. Teraz rozumiem, że sporo w tym przesady...
- Tak, raczej tak. To znaczy, na pewno w jakimś sensie to miasto na nas oddziałuje. Na każdego przecież działa miejsce, w którym mieszka. Ale to nie jest dla nas rzecz decydująca. Chociaż dziennikarze z pewnością by tego chcieli, bo tam są dwie kopalnie, jest tak brudno i jest bieda... Bo to dodaje smaczku temu wszystkiemu i oni to wykorzystują.
Przyznasz jednak, że dużo jest w waszych utworach smutku, szarości i pesymizmu.
- Tak, ale znam wielu ludzi, którzy też lubią smutne piosenki, a mieszkają, na przykład, w Sopocie. Myślę, że tu chodzi tylko o wewnętrzne nastawienie człowieka, o to, co chce robić i w jaki sposób ma zamiar przekazywać to, co ma do przekazania. Ja zawsze mówiłem, że smutne piosenki są najpiękniejsze, chłopaka też taką muzykę lubią i dlatego tak to wygląda.
Zaczęliśmy rozmowę od tego, że identyfikujesz się z tym, co robisz, że to wypływa z ciebie. Czy mam więc rozumieć, że - skoro śpiewasz głównie o smutnych, wręcz przygnębiających rzeczach - jesteś smutnym, nastawionym krytycznie do świata człowiekiem?
- Nie. Gdybym tylko tak postrzegał świat, to bym musiał cały czas chodzić zdołowany. Jestem normalnym człowiekiem. Potrafię się cieszyć i potrafię też się smucić, jak każdy. Natomiast w tym, co tworzę chcę zawrzeć i przekazać to, co najbardziej lubię. To, co mnie najbardziej porusza. Kiedy idę do kina albo słucham płyt, najbardziej poruszają mnie rzeczy w pewnym sensie tragiczne. Piękne, ale tragiczne zarazem. Takie, które - nawet jeśli się dobrze kończą - i tak pozostają smutne. Bo cały ich klimat jest taki, bo zdjęcia są takie, bo pejzaże są takie, bo postacie są takie. To mnie właśnie pociąga, więc chciałbym, żeby tak brzmiały moje piosenki. Rzeczy wesołe mogą być fajne do zabawy, ale one nie do końca poruszają człowieka i nie prowokują go, żeby myślał, żeby się wgłębił jakoś wewnętrznie w siebie. Natomiast rzeczy smutne powodują że człowiek zaczyna się zastanawiać nad sobą. Nie chcę tylko, żeby to zabrzmiało zbyt psychologicznie. Piosenki, które śpiewam, są jakie są, bo taka jest moja wewnętrzna potrzeba.
Cieszę się, że nie jesteś rozgoryczony, ani zawiedziony rzeczywistością...
- Myślę, że nie trzeba się strasznie wysilać ani być szczególnie rozgoryczonym, żeby zauważać rzeczy, o których śpiewa Myslovitz. Chodzi tylko o to, żeby je jakoś odpowiednio ubrać w słowa, a my trzej w miarę potrafimy to robić.
Jest jednak wiele zespołów, które widzą wokół siebie same wesołe, przyjemne sprawy. Śpiewają o słonku, o kwiatkach. Dlatego uważam, że to, co robicie, zasługuje na image.
- Według mnie oni się po prostu słabo starają i dlatego my zawsze dążyliśmy do tego, żeby robić coś innego niż oni. W naszej naturze leży po prostu nieustanne dążenie do odkrywania czegoś nowego. I wiem, że kiedy przyjdzie taki moment, że zespół się zatrzyma, to stracę komfort psychiczny, który mam.
Póki co, zaczęliście jednak kolejny rozdział swojej twórczości. Wydaliście niedawno singiel z utworem "Polowanie na wielbłąda", który jest pierwszą w waszej karierze piosenką napisaną specjalnie do filmu.
- My zawsze chcieliśmy pisać muzykę do filmów, bo to nas bardzo interesuje, ale do tej pory mieliśmy same przykre doświadczenia w tej kwestii. Nasze utwory trafiały do takich miernot jak "To my" albo "Młode wilki 1/2", z którymi się w ogóle nie utożsamialiśmy. Natomiast z Jerzym Stuhrem chcieliśmy współpracować już przy "Tygodniu z życia mężczyzny", tylko że zgłosiliśmy się z tym pomysłem za późno. I dopiero teraz, podczas realizacji filmu "Duże zwierzę" zaproponowano nam napisanie piosenki. Bardzo się cieszymy, ponieważ jest to jeden z naszych ulubionych reżyserów. Cenimy w nim to, że robi rzeczy, jakich nie można się wstydzić, a jednocześnie nie jest zadufany w sobie. Jest przecież wielu takich twórców, którym wydaje się, iż naprawiają cały świat, chociaż robią gnioty.
A czy wy macie ambicje, żeby wasze piosenki zmieniały, naprawiały świat?
- Nie, to są tylko piosenki. Chcę, żeby były takie, jakie są, a reszta mnie nie obchodzi. Nie mamy absolutnie zamiaru zmieniać świata. Myślę, że jak komuś będzie na tym zależało, to poradzi sobie i bez naszych piosenek.
Chcesz powiedzieć, że poruszenie, jakie wywołała piosenka "To nie był film" (stylizowany zapis z przesłuchania młodocianego przestępcy), nie było zamierzone?
- To jest właśnie problem, ponieważ czasami reakcje ludzi nas przerastają. Przemek, autor tej piosenki, zupełnie się przeraził, bo to całe zamieszanie nie było jego zamiarem. Oczywiście chodziło o zrobienie mocnego wrażenia, ale nikt z nas nie wyobrażał sobie, że pociągnie to za sobą jakieś artykuły o przemocy, że piosenka zostanie zdjęta z anteny. Przemek napisał ten tekst, bo czuł taką potrzebę.
Czyli tworzycie sztukę dla sztuki?
- Tworzymy coś, co, przede wszystkim, ma się nam podobać. Ale mamy też nadzieję, że spodoba się innym. Że kiedy staniemy na scenie, to zagramy to w taki sposób, że ludzi to porwie, że poczują ten sam klimat, który czujemy my. Mamy świadomość, że to dzięki ludziom żyjemy i dzięki nim zarabiamy. To oni kupują płyty, oni słuchają tych utworów w radiu i na nie głosują. Ale na pewno nie szukamy w tych piosenkach drugiego dna. Jeśli ktoś ma potrzebę napisania tekstu o utraconej miłości, to ją po prostu pisze. A jeśli ma potrzebę napisania o przemocy to też ją pisze. I już.
0 czym śpiewałby Myslovitz, gdyby nasze życie nagle stało się kolorowe i beztroskie? Gdyby nie było już utraconych miłości ani przemocy?
- Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, bo byłaby ona strasznie nienaturalna. Ten cały smutek wokół nas jest potrzebny, on po prostu ma być i nie należy się oszukiwać, że jest inaczej. Ja nie chcę pisać wesołych piosenek tylko dlatego, że one się dobrze sprzedają, bo to byłoby nieszczere. Chcemy tworzyć rzeczy zgodne z tym, jak rzeczywiście jest. Wielu innych ludzi też potrafiłoby to zrobić, ale niewielu tego chce.
Twierdzisz, że to nie Mysłowice ukształtowały tą waszą szczególną wrażliwość, ale czy chociaż, w jakiś sposób identyfikujecie się z tym miejscem?
- Myślę, że wszyscy w jakiś sposób kochamy to miasto i zawsze z chęcią do niego wracamy. Poza tym ludzie stamtąd już się do nas przyzwyczaili, na pewno o nas plotkują, ale też w jakimś stopniu są z nas dumni. Bo kiedy jadą, na przykład, na wczasy do Świnoujścia i mówią, że są z Mysłowic, to słyszą: "a to tam, skąd jest ten zespół"? Myślę, że dobrze się z tym czują. Poza tym sądzę, że to dobrze, iż nadal tam mieszkamy, bo tym samym udowadniamy ludziom, którzy myślą, że całym biznesem rządzi Warszawa, że można też coś robić i coś osiągnąć nie mieszkając w niej. Oczywiście wtedy jest trudniej, ale jeśli rzeczywiście chcesz coś robić, to nie ma znaczenia, gdzie mieszkasz.
Rozumiem zatem, że śpiewając w utworze "Chłopcy": "Chłopcy robią wszystko, żeby stąd uciec", nie masz na myśli ucieczki z tego konkretnego miejsca, lecz raczej ogólną sytuację, w jakiej znaleźli się dzisiaj młodzi - pozbawieni ideałów i pomysłów na życie - ludzie?
- Myślałem o pewnym stanie, w jaki popadli niektórzy moi znajomi. Wydawało się, że dobrze wystartowali, a potem znaleźli się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim towarzystwie, może w nieodpowiednim czasie i to wszystko się gdzieś zatrzymało. Nie mogą odbić się z tego miejsca, w które spadli, mimo że ich zdolności są naprawdę nieprzeciętne. Chodziło mi więc o małą grupę ludzi i to raczej w moim wieku, którzy mogą, oczywiście, być reprezentatywni dla iluś tam milionów innych, także młodszych osób.
A jak wspominasz czas swojej szkoły średniej czy studiów?
- Ja, na przykład, w ogóle nie przeżyłem okresu buntu. Nie jeździłem na festiwal do Jarocina, nie byłem punkowcem. Grać zacząłem dopiero, jak miałem 22 lata. Wcześniej nigdy nie grałem. Nigdy nie myślałem nawet, że zostanę muzykiem. Nie miałem takiej wewnętrznej potrzeby, ona pojawiła się we mnie bardzo późno. Kiedy patrzę wstecz, to najważniejszy dla mnie jest moment, od którego zacząłem świadomie i krytycznie patrzeć na to, co jest wokół mnie.
Czy wtedy już mogłeś powiedzieć sobie: "przede mną droga, którą znam, którą ja wybrałem sam"?
- Ja cały czas się jeszcze zastanawiam, czy dobrze wybrałem. Był po prostu taki moment w moim życiu kiedy pracowałem w szkole, kończyłem studia oraz zaczynałem nagrywać drugą płytę i kiedy musiałem zdecydować, co tak naprawdę chcę robić. Zdecydowałem, że to będzie muzyka, ale mówiłem sobie, że to na pewno tylko na jakiś czas. I tak mijały kolejne lata, a ostatnio dochodzę do wniosku, że to jest chyba jednak to, czym powinienem się zajmować. Po prostu kręci mnie muzyka i niesamowicie chłonę wszystko, co jest z nią związane. Czuję największą energię, gdy myślę o muzyce.
A czy fakt, że odnieśliście prawdziwy sukces, nie jest wystarczająco przekonującym argumentem?
- To znaczy, my nie przypuszczaliśmy w ogóle, że to wszystko zajdzie tak daleko. W pewnym sensie wymknęło nam się to jakoś z rąk i pognało gdzieś bardzo do przodu. Zaskoczyło nas. Teraz, po tej czwartej płycie, musieliśmy już, uwierzyć w sukces, ale to nie on będzie naszym wyznacznikiem na przyszłość. Dla nas najważniejsze jest, żeby nagrać płytę inną, żeby znowu coś odkryć. A jeśli nadal kierować się będziemy myślą, iż to ma być szczere i autentyczne, to wyjdzie nam coś dobrego. Szczerość musi zwyciężyć.
Dziękuję za rozmowę.
Kaśka Lech
| powrót | |