|
| powrót |
Rzeczpospolita
"Bilans euro nam nie rośnie"
(26 listopada 2003)

Rozmowa z Arturem Rojkiem i Przemysławem Myszorem z grupy Myslovitz.
Wasza anglojęzyczna płyta "Korova Milky Bar" sprzedała się na Zachodzie w kilku tysiącach egzemplarzy. Jak to ocenić?
- Przemek: To pierwsza informacja, jaką mamy na ten temat. Całkiem fajna ilość.
Kilka tysięcy albumów sprzedało się w 23 krajach.
- Przemek: Myślisz, że to nie jest dużo?
- Artur: Jeśli ktoś spodziewa się miliona sprzedanych płyt, nie mamy dla niego takich informacji. Nikt nie oczekiwał natychmiastowego sukcesu. Płyty wstawiono do sklepów, ale nie poparto jej promocją. Znajdujemy się na takim samym etapie, jak w czasach, gdy wydawaliśmy pierwszy album w Polsce. Kupiono kilka tysięcy sztuk, gdy inni sprzedawali ponad dwieście tysięcy. Liczymy się z tym, że długo będziemy przebijać się na Zachodzie. Potrzebny jest duży hit. Na razie go nie mamy.
- Przemek: Na Zachodzie, żeby sprzedać płytę, trzeba zainwestować. Na razie takich inwestycji nie było. Nie wystarczy rozesłać single do stacji radiowych, należy walczyć o to, żeby nadawano piosenki. Pojawiły się natomiast recenzje. Złej jeszcze nie mieliśmy. Żyjemy w zawieszeniu. Płyta już wyszła, ale działy promocji firm zagranicznych nie pracują dla nas tak jak w Polsce. Działamy jak zespoły niezależne. Przyjeżdżamy i gramy koncerty. Zawsze chcieliśmy być zespołem niezależnym.
A czy nie ma racji Kayah, która mówi, że wydawcom z zagranicznych rynków nie zależy na sprzedaży płyt artystów z Polski, bo dbają o własnych, a najważniejszy jest dla nich zwrot poniesionych kosztów?
- Gdyby tak było, nie wydalibyśmy na Zachodzie płyty. Na nowe zespoły zawsze przeznacza się małe fundusze, potem jeden z nich przynosi wielkie pieniądze i bilans jest dodatni. Tak było z Nirvaną i Pearl Jam.
Wierzycie w to, że Anglicy będą wydawać więcej pieniędzy na was niż na własny zespół?
- W Anglii nie wydaliśmy jeszcze płyty. Kiedy nam się to uda, będziemy bliżej sukcesu. Prędzej czy później nasza płyta ukaże się w Wielkiej Brytanii. Jeśli nie pod szyldem jednego z głównych oddziałów EMI, to w mniejszej, niezależnej firmie.
Czy koncerty na Zachodzie polepszyły wasz status finansowy?
- To nasza inwestycja w promocję płyty. Wpływy z biletów pokrywają koszty przejazdów i hoteli. Konto nam nie rośnie.
A jakie są wasze najważniejsze doświadczenia po serii zagranicznych koncertów?
- Artur: W Polsce czuliśmy się już komfortowo ze względu na pozycję, jaką udało nam się osiągnąć. Tam jesteśmy nikomu nieznanym zespołem, jednym z tysiąca. Kiedy gramy na festiwalu, występujemy jako pierwsi.
- Przemek: To odświeżające uczucie. W Polsce wszyscy obchodzą się z nami jak z jajkiem. Tam uczymy się pokory. Śpimy w gorszych hotelach, przejeżdżamy tysiące kilometrów, występujemy bez prób. Czasami mamy tylko 15 minut na zainstalowanie sprzętu. Gdybyśmy w Polsce mieli takie warunki, powiedzielibyśmy "do widzenia" i poszlibyśmy do domu. A tam trzeba grać i przekonać do siebie widownię.
Dlaczego zgadzacie się na takie warunki?
- Artur: Nie uderza nam woda sodowa do głowy. Jeżeli dostaliśmy szansę wydania płyty na Zachodzie jako jedyny z polskich zespołów, trzeba zrobić, co się da. A poza tym granie, występowanie przed nową publicznością sprawia nam frajdę.
Jakie są reakcje zachodniej publiczności?
- Przemek: Pozytywne, zarówno w klubach, do których przychodzi sto osób, jak i na festiwalach, gdzie jest dziewięć tysięcy. Nie przychodzą na nas, ale przy okazji słuchają także i naszych piosenek. Nie gwiżdżą i nie tupią. Dostajemy maile z gratulacjami. Muszę uważać na to, co mówię, bo kiedy razem z Travis i Skin braliśmy udział w londyńskim koncercie "Droga do Edynburga", tej ostatniej podpadliśmy. W wywiadzie dla MTV powiedzieliśmy, że nie znamy jej dobrze i nie jesteśmy jej fanami. Słyszała to. Powiedziała, że pierwszy raz ktoś, kto gra z nią koncert, tak źle ją potraktował.
Czy wspólne koncerty z Simple Minds i Iggym Popem przyniosły pożytek?
- Przemek: Widujemy się, rozmawiamy, ale grają inną muzykę niż my. Iggy Pop jest jak walec, rozgniecie każdego. Nie ma gdzie się przed nim schować.
- Artur: Simple Minds zatrzymało swój rozwój w latach 80., od dawna nie miało żadnego przeboju, gra to samo od lat. A wciąż robi bardzo dobre wrażenie, ma wyprzedane wszystkie bilety, potrafi zgromadzić 9 tysięcy widzów. Chciałbym, żeby nasze starsze zespoły miały równie komfortową sytuację. Ale tak nie jest. Jeśli ich nowej piosenki nie gra Zetka albo RMF FM, muzycy muszą pakować walizki i szukać pracy w kopalni.
Czy pomógł wam teledysk nakręcony przez Janusza Kamińskiego?
- Przemek: MTV to największe medium, które mamy po swojej stronie. Ale konkretnych profitów nie ma. Na razie próbujemy rozkręcić naszą muzyczną machinę, nagraliśmy płytę, mamy teledysk, gramy koncerty.
Jacek Cieślak
| powrót | |