Ostatnia modyfikacja tej strony: 5 czerwca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Tylko Rock
 "Myslovitz. Prawdziwe emocje"
 (październik 1997)

  Spotkaliśmy się w dość szczególnej chwili. Kilkanaście godzin wcześniej na Marsie wylądował amerykański pojazd badawczy. Dzień później Polskę nawiedziły największe od dobrych paru lat ulewy. Nie rozmawialiśmy jednak o podboju kosmosu, ani o pogodzie. Skoncentrowaliśmy się na nowej, trzeciej płycie Myslovitz. Chociaż znaleźliśmy też chwilę, żeby poruszyć i parę innych tematów...

  Album nazywa się "Z rozmyślań przy śniadaniu". Rozmawialiśmy o nim już kilka miesięcy wcześniej. Wtedy jednak wszystko było w fazie przygotowań. Myslovitz miał dopiero wejść do studia. Muzycy zespołu mogli mi tylko opowiadać o swoich zamierzeniach. O tym, jak będzie brzmieć ich nowa muzyka. Wspominali na przykład, że chcą, aby ten trzeci longplay miał psychodeliczny klimat. "W pewnym sensie to jest psychodelia" - komentuje tamtą wypowiedź wokalista i gitarzysta Artur Rojek. "Ale na pewno nie jest to taka psychodelia, jaką w pewnym momencie chcieliśmy zrobić. Po "Sun Machine" zapowiadaliśmy, że nasza kolejna płyta będzie zupełnie inna. I ona jest inna. Ale nie tak, jak początkowo zamierzaliśmy. Jest tu na pewno kilka utworów, które da się podciągnąć pod psychodelię. Ale na pewno nie jest to psychodelia w stylu "Moving Revolution"...".

  Trochę inaczej całą sprawę widzi gitarzysta Przemek Myszor: "Ta płyta jest bardziej psychiczna, niż psychodeliczna. W zasadzie o tym są wszystkie utwory. O tym, co ja mam w sobie. I co ty masz w sobie. O tym, co siedzi bardzo głęboko, ale czasami wychodzi na wierzch".

  Jedno jest pewne. Na nowym albumie Myslovitz nie gra britpopu. Po przebojowym, pełnym chwytliwych piosenek "Sun Machine" może to być dla paru osób sporą niespodzianką. Chociaż nie do końca. Bo przecież Myslovitz nigdy nie był zespołem prawdziwie britpopowym. "Wrzucono nas do tego worka, choć my sami nigdy nie zgadzaliśmy się z tym w stu procentach" - mówi Przemek. "Był zespół, więc trzeba było napisać, co gra. Nie punk, nie metal, a że gra po angielsku, no to britpop. Tymczasem dla nas to określenie tak naprawdę nic nie znaczy". Artura w tym całym nieporozumieniu z britpopem irytuje coś jeszcze: "Ten styl stał się jedną wielką masą. Wielką modą. Coraz więcej zespołów gra w ten sam sposób. A my zawsze chcieliśmy odcinać się od takich masowych zjawisk. Zależało nam na tym, żeby nie robić masówki. Żeby nagrywać w miarę oryginalne rzeczy...".

  Nie ulega jednak wątpliwości, że chociaż Myslovitz odżegnuje się od britpopowej konwencji, to jednak pozostaje wierny brytyjskiemu graniu. "Gdy zaczynaliśmy, ujmowała nas prostota tamtej muzyki" - mówi Artur. "Prostota i melodyka. Nigdy nie byliśmy specjalnie dobrymi muzykami. Ja do dzisiaj gram te same akordy, które grałem trzy lata temu. Nigdy nie będę grał normalnych solówek. To mnie nie bierze. Łapię chwyty i nie znam nawet ich nazw. Czasami zdarza mi się nie stroić. Ale to mi się podoba. Lubię grać w ten sposób. I to właśnie zawsze było w muzyce brytyjskiej. Prostota grania. Zresztą to samo było też w tym samym ruchu postnirvanowym. Liczyły się przede wszystkim emocje. Krzyk. A mnie się taka emocjonalna muzyka podoba...".

  No właśnie, skoro już padła nazwa Nirvany, to trzeba przyznać, że w nowych piosenkach Myslovitz obok typowo brytyjskich klimatów pojawiły się i jakieś wpływy muzyki zza Oceanu. Nie, nie jest to grunge, ale... "Zainteresowaliśmy się amerykańskim graniem od momentu, gdy Przemek przyszedł do zespołu" - wyjaśnia Rojek. "Brytyjczycy trochę się ostatnio zatrzymali, a Amerykanie ciągle idą do przodu. Nie wolno o nich zapominać".

  Przemek Myszor śmieje się, że teraz wszyscy będą już wiedzieć, kogo winić za te amerykańskie naleciałości w piosenkach Myslovitz. I zaraz, już bardziej poważnie, tłumaczy swoje zainteresowanie muzyką ze Stanów. "Anglicy piszą fajne, proste i melodyjne piosenki. Ale niestety śpiewają na ogół o dupie Maryny. A Amerykanie mają w sobie coś takiego, że potrafią na jednym dźwięku grać bluesa przez pięć minut. W ich muzyce jest jakaś straszna prawda. Do tego dochodzą jeszcze niezwykle ważne teksty...".

  Bez obaw. Myslovitz nie uległ bezkrytycznej fascynacji Ameryką. "Z rozmyślań przy śniadaniu" to raczej efekt rozsądnego i intrygującego kompromisu pomiędzy tym, co najciekawsze w gitarowej muzyce po obu stronach Atlantyku. To także spory krok naprzód. Bo chyba jeszcze nigdy wcześniej muzyka Myslovitz nie zabrzmiała tak bogato. I tak różnorodnie. "Z czasem zaczęły mi się podobać właśnie takie zespoły, które mają fajne, bogate aranżacje" - mówi Artur. "Na przykład Radiohead. Albo Mansun. My wcześniej nie mogliśmy sobie pozwolić na takie brzmienie. Dopiero, gdy doszedł Przemek, wszystko się zmieniło. Wcześniej ja grałem jakieś ogniskowe akordy, a Wojtek robił wokół tego jakieś kosmosy. Teraz wygląda to inaczej. To już zupełnie inny sposób robienia piosenek. Mamy trzy gitary, które razem coś kombinują. Dlatego brzmimy inaczej, niż wcześniej".

  Na "Z rozmyślań przy śniadaniu" znajduje się aż osiemnaście piosenek. Bardzo różnych piosenek. Tak przynajmniej planuje zespół. Raczej nie zanosi się na to, żeby Myslovitz zrezygnował z któregoś z nagranych przez siebie utworów. Dla grupy liczy się każdy z nich. Każdy tekst, każda zmiana klimatu. "Wiele osób mówi nam, że to bardzo zróżnicowany materiał" - przyznaje Artur. Faktycznie, z jednej strony mamy "Przebudzenie", z drugiej "Myszy i ludzi". To bardzo różne piosenki. Ale one wszystkie tworzą pewien ciąg, ułożone w odpowiedniej kolejności, razem, z tekstami, układają się w całość...

  Przemek dodaje, że "Z rozmyślań przy śniadaniu" to bardzo filmowa płyta. Rzeczywiście. Filmowe skojarzenia wywołują już same tytuły niektórych utworów. "Przebudzenie", "Do utraty tchu", "Wielki błękit"... "Razem z Przemkiem mamy kompletnego fioła na punkcie filmów" - wyjaśnia Artur. "Tak samo, jak muzykę, kino też traktujemy bardzo emocjonalnie. Są takie filmy, które zostają w człowieku. Które czegoś go uczą. Na przykład "Sekrety i kłamstwa" czy "Przełamując fale". Wyzwalają ogromne emocje. Dzięki nim człowiek może spojrzeć na pewne rzeczy zupełnie inaczej".

  Początkowo ta filmowość "Z rozmyślań przy śniadaniu" miała sięgać jeszcze dalej. Ta płyta miała być jedną zamkniętą opowieścią. Był nawet pomysł na jakąś konkretną historię. Wymyślił ją gitarzysta Wojtek Powaga. Koncepcja jednak się zmieniła. Pozostał klimat tekstów. "Wszystkie one mówią o jakichś chwilach w życiu" - zaznacza Przemek. "Jest nas pięciu i pewnie każdy z nas mógłby się pod nimi podpisać. Ty pewnie też przynajmniej w niektórych z nich znajdziesz coś dla siebie". Artur dodaje jeszcze, że "zespołowi zależało przede wszystkim na tym, żeby teksty na tej płycie były prawdziwe. Żeby trafiały w emocje. I żeby mówiły coś naprawdę ważnego. Są tu jakieś rozterki, jakieś zwątpienia, jakieś załamania nerwowe. O to właśnie chodziło. Przecież nie każdy człowiek chodzi po świecie szczęśliwy i zadowolony z tego, co robi. Z tego, co się dookoła niego dzieje. Życie składa się z różnych chwil. Są chwile radości. I są momenty, gdy coś ciebie boli. O tym właśnie jest ta płyta. O lękach. O samotności. O wszystkim. Także o miłości. Kiedyś mówiliśmy, że już nigdy nie będziemy pisać piosenek o miłości. Ale tu jest kilka takich utworów. Zmieniło się tylko nasze podejście. To już nie szczeniackie, nasycone erotyzmem uczucie. Teraz nasze piosenki o miłości mówią raczej o tym, co dzieje się wewnątrz nas...".

  Wygląda na to, że przez te kilka lat działalności Myslovitz stał się dużo bardziej dojrzałą formacją. I nie chodzi tu tylko o dojrzałość muzyczną. "Od początku naszego istnienia w zespole rzeczywiście sporo się zmieniło" - przyznaje Rojek. "Kiedyś robiliśmy wiele rzeczy po omacku. Nie za bardzo wiedzieliśmy, jak się poruszać. Zrobiliśmy wiele błędów. Ale chyba dość szybko wyciągnęliśmy z tego wnioski. Wydaje się, że dzisiaj jesteśmy zupełnie innym zespołem. I pod względem muzycznym, i pod względem życiowym".

  Ta dojrzałość Myslovitz wyraża się na kilka sposobów. Na przykład poprzez stosunek do własnej kariery i związanych z nią planów. "Każdy z nas ma na ten temat inne zdanie" - mówi Artur. "Ale ja osobiście chciałbym pozostać na poziomie, który obecnie osiągnęliśmy. Gdybyśmy chcieli iść za ciosem, nagralibyśmy płytę, na której byłyby kopie: "Z twarzą Marilyn Monroe" czy "Peggy Brown". A nagraliśmy coś zupełnie innego. I to o czymś świadczy. Nie chodzi nam o zaistnienie na rynku, o zwykłe odcinanie kuponów, ale o znaczący krok do przodu".

  Na koniec zapytałem Myslovitz o jeszcze jedno. O pozamuzyczne fascynacje. Artur przyznał już wcześniej, że razem z Przemkiem uwielbiają film. A co jeszcze jest dla nich naprawdę istotne? "Dla mnie osobiście w życiu najbardziej liczy się kontakt z drugim człowiekiem, obcowanie z inną osobą" - zaznacza Artur. "Film, muzyka czy coś jeszcze, to wszystko jest ważne. Ale prawdziwa walka w życiu to walka o to, żeby umieć rozmawiać, umieć słuchać drugiej osoby. Umieć żyć".

Robert Sankowski

Opracowanie: Grzegorz Fik.

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT