|
| powrót |
XL
"Wyznanie krwawego ministranta"
(marzec 1998)

Ostatnio niektóre stacje radiowe wprowadziły zakaz emisji utworu grupy Myslovitz "To nie był film". Powodem tej decyzji był fakt, iż tekst piosenki rzekomo zachęca do popełniania zbrodni. Publikujemy dwa głosy polemizujące z radiowymi cenzorami.
* * * * * *
1. Artur Górski - publicysta tygodnika "Polityka".
Coraz częściej pojawiają się utwory, których głównie ze względów obyczajowych, nie chcą emitować rozmaite stacje radiowe, i wcale nie chodzi tu wyłącznie o te tradycyjnie pruderyjne, czy też związane z Kościołem.
Wstrząsająca, znakomicie zaaranżowana piosenka (o niebo przerastająca film Jarosława Żamojdy) jest stylizowanym wyzwaniem młodocianego mordercy, którego do zbrodni zainspirowało kino. W ciągu kilku lat na naszych ekranach pojawiły się tytuły, typu "Urodzeni mordercy", "Pulp Fiction" czy "Seven", będące apoteozą zabijania, nawet, jeśli ich autorzy mieli odmienne intencje, W piosence Myslovitza wymienione są zresztą te filmy. Bohater utworu, choć boi się zadania śmiertelnego ciosu, jest jednak zafascynowany możliwością stania się panem czyjejś śmierci. Treść "To nie był film" nie jest wyssana z palca - ostatnio coraz częściej słyszymy o zbrodniach, dokonywanych przez ludzi poniżej progu pełnoletności. W lutym oburzenie wielu wywołało % lat domu poprawczego dla dwóch morderców krakowskiego studenta - "To chłopcy z dobrych domów - orzekł sąd - nie byli jeszcze zdemoralizowani"...
To, że przebój z: "Młodych Wilków 1/2" powstał na kanale rzeczywistych zdarzeń, potwierdza sam autor testu, Przemysław Myszor:
"Przed dwoma laty wstrząsnęła mną historia młodych ludzi, którzy założyli się, że kogoś zabiją. Wśród zakładających się był również ministrant. Jako szkolny wychowawca miałem kiedyś do czynienia z młodzieżą i dobrze wiem, ze brutalności nie trzeba uczy, jest dla ludzi młodych czymś naturalnym."
W tekście: "To nie był film" nie ma wulgaryzmów, krew nie tryska po ścianach, jednak wiele rozgłośni radiowych uznało, że płytę z piosenką trzeba odłożyć na półkę. Bo może prowadzić do nieobliczalnych skutków, wręcz stanowić zachętę do zbrodni. Takie stanowisko wyraziło tylko "Katolickie Radio Płock", ale również liberalne "Radio dla Ciebie" i wiele innych. Inna rzecz, że w "RMF-ie" i "Trójce" była puszczana najchętniej. Afera nie skończyła się na radiowym eterze; jako, że piosenka ma również swój teledysk, publiczna telewizja zdecydowała o zaprzestaniu jego emisji. O choć sceny teledysku w niczym nie przypominają brutalnej egzekucji z "Pulp Fiction", szum wokół samego tekstu zrobił swoje.
Tak się jakoś dziwnie zbiegły te wydarzenia z bojkotem kontrowersyjnego klipu grupy "The Prodigy". Chodzi o teledysk utworu "Smack My Bitch Up", w którym sceny brutalne przeplatają się z obscenicznymi. Jest to prezentacja jednego, ot zwyczajnego dnia z życia pewnej blondynki, która po obudzeniu się piję szklankę wódy, spuszcza wpier*** jakiemuś gościowi, pudruje sobie koką nosek, rzyga do kibla, wesoło się bawi w klubie techno, pieprzy się w taksówce. O tym, że chodzi tu o słodką blondynkę, a nie zdegenerowanego boksera dowiadujemy się w ostatnich sekundach teledysku, gdy bohaterka spogląda w lustro.
Utwór grupy Myslovitz - czy z teledyskiem, czy bez niego, to sztuka, która zmusza do myślenia i pozwala dostrzec zjawiska nie dla wszystkich oczywiste. W niedawnej przeszłości mieliśmy już do czynienia z kompozycjami, wywołującymi nadmierne reakcje, ale chodziło jednak o inne sprawy. Pamiętamy słynny hit grupy Piersi "ZChN Zbliża się" - owa antyklerykalna (bo nie antykościelna) piosenka miała w sobie więcej z kabaretu niż poważnego oskarżenia. Z kolei wulgarny świat Liroya, pełen okrutnych scyzoryków nie jest niczym nowym - już w balladach Grzesiuka niejaki Stach potrafił pchnąć nożem swą kochankę, a nad jej ciałem szeptać "cóż zrobiłem, cóż?"
Myslovitz zaś stworzył coś nowego, coś, co działa bardziej sugestywnie, aniżeli lektura scenariusza "Urodzonych morderców". Jeśli ktoś tego nie czuje, to znaczy, ze nie czuje czasów, w których żyjemy.
* * * * * * *
2. Mariusz Czubaj - doktorant na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Specjalizuje się w analizie zjawisk kultury masowej, w tym także utworów audiowizualnych.
Nie bardzo rozumiem, skąd wokół piosenki "To nie był film" tyle zamieszania, bezsensownych posądzeń o gloryfikację przemocy i apoteozę zbrodni. Szkoda, że refleksję nad naprawdę ważnym utworem zespołu Myslovitz przesłoniły histeryczne reakcje radiowych i telewizyjnych decydentów. Mariusz Czubaj
"To nie był film" wpisuje się w dyskusję nad możliwym wpływem współczesnych dzieł muzycznych, literackich i filmowych na wrażliwość i rzeczywiste (a nie fabularne) zachowania ludzi. Teza autora tekstu, Przemysława Myszora, jest wyraźna: zbrodnia popełniona przez bohaterów piosenki była rezultatem ich filmowych fascynacji, które jak podkreśla narrator, "były jak biblia".
Utożsamianie się z bohaterem literackim lub filmowym nie jest, oczywiście, niczym nowym: proces ten był wielokrotnie opisywany i analizowany przez psychologów i socjologów. W ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci w modelu kultury masowej dokonała się istotna zmiana - polem eksploatacji stała się przemoc, wraz z nią pojawił się nowy wzór osobowy płatny lub maniakalny morderca.
Pierwszy (uosobiony przez postać z francuskiego "Zabójcy" bądź bohatera belgijskiego filmu "Człowiek pogryzł psa") jest w pewnym sensie uosobieniem natury technokratycznej, w której liczy się precyzja, celowość oraz kalkulacja. Natomiast działania drugiego (przykładów dostarczają wspomniani w piosence Myslovitza "urodzeni mordercy" i "Siedem") mają swoje "metafizyczne" uzasadnienie: są manifestacją wolności oraz "misji", potwierdzeniem własnej niezależności oraz siły. Bywają równie przypadki pośrednie - jego wcieleniem jest Patrick Bateman z głośnej powieści Brada Eastona Ellisa "American Psycho" (na marginesie można dodać, ze motto utworu pochodzi z klasycznej już piosenki Talking Heads "Psycho Killer").
"Metafizyczne" pobudki przyświecają również jednemu z bohaterów piosenki: "Poczuj w sobie siłę i rób tak, żeby zabić". "Mówił: ciekawe jak to jest/ Tak na prawdę zabić/ W rękach trzymać przeznaczenie/ Jego panem być".
Jego wypowiedzi znajdują jednak kontrapunkt z rozmyślaniami narratora. On jest bowiem główną postacią, zaś jego wyznanie (a może lepiej powiedzieć - zeznanie) układa się w szereg wyraźnych opozycji. Fascynacji światem filmowym przeciwstawione zostaje przerażenie ("Nie potrafię zapomnieć/ Wyrazu oczu, strachu, potem krwi na dłoniach"), fabule - rzeczywistość, mglistym rozważaniom z przeszłości o "metafizycznej sile", teraźniejszość.
Jak jakiś czas temu, po masakrze w Szkocji, gdy szaleniec zastrzelił kilkanaścioro dzieci w przedszkolu, wstrzymano dystrybucję kaset z "Urodzonymi mordercami". Nie sądzę jednak - w tym sensie moja wypowiedź jest zarówno obroną piosenki Myslovitza, jak i polemiką z nią - by istniał bezpośredni związek przyczynowo-skutkowy miedzy fikcyjną a rzeczywistą przemocą. Należy natomiast wyraźnie odróżniać utwory, w których przemoc sprowadzona jest do roli towaru, od dzieł wartościowych ("Urodzeni mordercy" i "Siedem" bez wątpienia do nich należą).
"To nie był film" należy również do ważnych wypowiedzi: wykracza poza konwencjonalne motywy przemocy znane choćby z "Celiny" Kazika i jego taty lub piosenki "O! Ela" Chłopców z Placu Broni. Krwawa zemsta należy zresztą do jednego z tradycyjnych tematów charakterystycznych dla ballady. Utwór Myslovitza wykracza poza schemat tego gatunku, stawia diagnozę, z którą można się nie zgadzać, warto z nią jednak dyskutować. Zakaz emisji jest tej dyskusji formą najgorszą.
XL 3/98
Opracowanie: mareg (na podstawie materiałów Michała Przybytnia)
| powrót | |