Ostatnia modyfikacja tej strony: 5 czerwca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Tylko Rock
 "6 x 90"
 (grudzień 1999)

  Artur Rojek: Gdzieś tak w połowie lat dziewięćdziesiątych muzyczne media zaczęły trąbić, że podobno rock umrze i nastanie era muzyki elektronicznej. Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć i końcówka tej dekady pokazuje, że chyba miałem rację - nie jest tak, że rządzi jeden gatunek, że najważniejsza jest elektronika. Przyszłość należy raczej upatrywać w fuzji stylistycznej, rock'n'roll będzie się mieszał z elektroniką. Jako przykład mogę podać nową i chyba debiutancką płytę grupy Stroke lub albumy Garbage, Smashing Pumpkins.

  Bliskie spotkania świadomościowe. Szczerze mówiąc z trudem przypominam sobie moje muzyczne doznania z początku lat dziewięćdziesiątych. Był chyba rok 1991, kiedy zacząłem słuchać Ride - dla mnie i moich kolegów z zespołu ta grupa była bardzo istotna. Od niej zaczęło się nasze zainteresowanie muzyką spod znaku new brit - House of Love, My Bloody Valentine. To było granie bardzo inspirujące, przynajmniej dla Myslovitz. Natomiast z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych wymieniłbym przede wszystkim dwie płyty: "Grace" Jeffa Buckleya i "OK Computer" Radiohead. Ci kolesie rozumieją się doskonale, nie ma żadnej ściemy w tej muzyce. Aha, i jeszcze przedostatni album Afghan Whigs "Black Love" (między Gentleman i kosmonautą). To wszystko są rzeczy, które nadały kierunek rozwoju zespołowi Myslovitz. Niekoniecznie słychać ich dokonania w naszej muzyce, natomiast "świadomościowo" chcieliśmy się zbliżyć do tych zespołów. Zresztą ciężko by było grać tak samo jak Radiohead albo Jeff Buckley - to są wspaniałe indywidualności, nie da się ich skopiować.

  Pamiętam też, że lata dziewięćdziesiąte zaczęły się od grunge'u - ale ta muzyka, przynajmniej w czasach największego boomu, nie zrobiła na mnie wrażenia. Byłem po stronie Brytyjczyków. Nie ukrywam jednak, że kiedy ktoś na MTV odpalił teledysk Nirvany "Smells Like Teen Spirit", byłem w poważnym szoku. Wśród moich ulubionych płyt z lat dziewięćdziesiątych mógłbym też wymienić "Down To The Upside" Soundgarden, ale w pierwszej piątce by się chyba nie zmieściła.

  A tak w ogóle. Wyłapuję z muzyki tylko te rzeczy, które mnie interesują - nie zastanawiam się nad całością. Akurat nie do końca przekonywały mnie te zespoły, które najbardziej promowano i w które pompowano najwięcej pieniędzy. Zwracałem uwagę na kapele pojawiające się same z siebie i samą muzyką się broniące. Przecież albumu Buckleya nikt specjalnie nie promował, a przez pierwsze trzy miesiące sprzedało się 200 000 egzemplarzy - jak na alternatywnego wykonawcę bardzo dobry wynik. Radiohead sprzedał pewnie dziesięć razy mniej płyt niż Oasis, ale to nagrania Radiohead będą się jeszcze rozchodziły przez najbliższe dziesięć lat albo nawet więcej.

  Najważniejsza płyta. Na miejscu pierwszym umieściłbym "Grace", album Jeffa Buckleya. Zetknąłem się z nim po usłyszeniu pierwszego singla z utworem tytułowym. Jeżeli chodzi o wokalne poczynania, Buckley jest dla mnie mistrzem świata. Na temat gitary może nie będę się wypowiadał, bo preferuję raczej "ogniskowy" styl gry. No i zespół Buckleya - mało jest grup, które potrafią tak doskonale ze sobą współgrać. Muzyka skomplikowana, a wszystko wychodzi bardzo naturalnie.

Igor Stefanowicz

Opracowanie: Grzegorz Fik.

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT