Ostatnia modyfikacja tej strony: 5 czerwca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Agnieszka Świątnicka
 "Miłość w czasach popkultury"
 (październik 1999)

  25 października światło dzienne ujrzała nowa płyta najbardziej znanych "chłopców" z Mysłowic. Kto myślał, że Myslovitz nic już lepszego od "Z rozmyślań przy śniadaniu" nie stworzy, był w sporym błędzie. Dowód może być tylko jeden - "Miłość w czasach popkultury"...

  Poniższy wywiad przeprowadzany był kilka dni przed premierą płyty. Już wtedy zrobiło się wokół niej bardzo głośno, każda możliwa radiostacja radowała nas dźwiękami z promującego album singla "Długość dźwięku samotności"... Wiedzieliśmy, że jak to zwykle bywa, najwięcej o nowej płycie usłyszymy od czołowych reprezentantów Myslovitz, czyli od Artura Rojka i Przemka Myszora. My daliśmy jednak szansę pokazać się zespołowi z nieco innej strony... Dlatego postawiliśmy na Jacka Kuderskiego, basistę zespołu, współkompozytora muzyki. To było sympatyczne jesienne popołudnie, kiedy nad Mysłowicami można było podziwiać tęczę...


  Znalazłam kiedyś wypowiedź Wojtka Powagi, waszego gitarzysty, w której mówił, że jesteście małym zespołem, któremu bardzo się poszczęściło. Czy w dalszym ciągu tak uważacie? Nie tak dawno obchodziliście swoje pięciolecie...

  - Na pewno w tym, co nas do tej pory spotkało, było dużo szczęścia. A to chyba dlatego, że chodzimy do kościoła (śmiech)... Przede wszystkim nie zakładaliśmy, że będziemy tak długo istnieć, nagramy cztery płyty, będziemy znanym zespołem. Założeniem było na początku nagranie jednej płyty, odstawienie jej na półkę, a gdyby w przyszłości dzieci się o nią pytały, to odpowiedź będzie prosta - to tatuś nagrał ten album... Ale poszło to nieco dalej, wiesz te pięć lat bardzo szybko minęło... Sporo się w tym czasie wydarzyło.

  Zespół zaczynał od nazwy The Freshmen. Co wpłynęło na decyzję zmiany na Myslovitz? Kto wpadł na ten pomysł...?

  - To było przypadkowe, jak wszystko co się z nami dzieje... Myslovitz... Kto to wymyślił? Przyjechał kiedyś na naszą salę prób kumpel z firmy i powiedział, że fajnie byłoby gdybyśmy się nazywali Mysłowice. Naszą reakcją była odpowiedź - ależ gdzie tam Józek! - to był Paweł Jóźwicki. Przy kolejnej rozmowie stwierdziliśmy, że jeśli koniecznie chce, abyśmy przyjęli nazwę od miasta, to nie będzie to Mysłowice. Myslovitz wziął się stąd, że u moich rodziców na drzwiczkach pieca widniała nazwa Myslowitz, my napisaliśmy przez v. To nie my tak naprawdę wymyśliliśmy tę nazwę...

  Jeszcze jakiś czas temu, każdy z was poza graniem w Myslovitz, miał inne zajęcie. Ty chociażby pracowałeś na uczelni. Czy w tej chwili Myslovitz jest waszym zawodem?

  - Tak, od ponad dwóch lat jesteśmy zawodowymi muzykami, utrzymujemy się tylko z grania. W najgorszej sytuacji byli Przemek i Lala, pracowali już dłuższy czas, więc mieli najwięcej do stracenia.

  "Sun Machine" był sporym zaskoczeniem dla fanów debiutanckiego krążka, z kolei "Z rozmyślań przy śniadaniu" zaskoczył miłośników właśnie "Sun Machine". Jak to jest w przypadku najnowszego wydawnictwa "Miłość w czasach popkultury"? Czy planowaliście nawiązać do ostatniej płyty?

  - W nagranie pierwszej płyty włożyliśmy całe serce. Pozostało nam sporo nagrań z debiutanckiej sesji nagraniowej, które sobie gdzieś tam leżały, a że podobno były fajne, to firma chciała je jak najszybciej wydać. Zrobiliśmy krótką dogrywkę i w ten sposób wydaliśmy drugi album. Trzecia płyta była znowu płytą przemyślaną, zarówno tekstowo - Artur z Przemkiem napisali bardzo fajne teksty - jak i muzycznie. Ale znalazł się na niej jeden utwór, który graliśmy jeszcze za czasów Freshmena - choć nie pamiętam już tytułu. Po tej płycie nie myśleliśmy, że uda nam się nagrać kolejną, bo to była chyba najlepsza, najbardziej dojrzała nasza produkcja. Udało nam się jednak nagrać czwarty album i uważam, że jest on najlepszy. Ktoś może to wziąć za banał, bo każdy zespół nazywa swą najnowszą produkcję najlepszą, ale tak jest w naszym przypadku...

  Czy pracowaliście przez to pod presją?

  - Myśleliśmy, że nie nagramy już lepszej płyty, że to było wszystko, co mogliśmy z siebie dać, a tu nagraliśmy coś jeszcze lepszego. To płyta, która jeszcze przed ukazaniem zbierała bardzo pochlebne recenzje...

  Co oznacza tytuł "Miłość w czasach popkultury"?

  - Tytuł wymyślił Artur. Cała płyta traktuje o miłości, wszystkie teksty nawiązują do uczuć pomiędzy kobietą a mężczyzną, a że jest to miłość w obecnych czasach, czyli popkultury, więc taki też tytuł...

  Czyli słuchając płyty znajdziemy odpowiedź na pytanie jak obecnie wygląda miłość?

  - Dokładnie...

  Jak osobie, która jeszcze nie słyszała albumu można przedstawić w skrócie jej muzyczne oblicze?

  - Płyta jest nierówna. Nie jest konceptem album, na którym wszystko jest przemyślane od początku do końca. Znalazły się na niej piosenki, w tworzeniu których wszyscy mają udział. Każdy z nas dorzucił coś swojego do "kotła" i wyszła nam taka mieszanka. Każdy utwór jest inny od poprzedniego. Teksty są na pewno bardziej przystępne, niż to było w przypadku trzeciej płyty - nie są aż tak poetyckie, że trzeba się nad nimi mocno zastanawiać... Muzycznie - nie jest to na pewno już britpop, to po prostu muzyka gitarowa, częściowo mi przypomina niektóre amerykańskie kapele. Myślę, że to wieczne porównywanie nas z pewnymi zespołami wynikało z podejścia marketingowego firmy. Żeby zespół sprzedać, trzeba go jakoś zaprezentować ludziom, a najprościej jest porównać do czegoś, do największych gwiazd.

  Czy w dalszym ciągu fascynujecie się filmem?

  - Każdy z nas ogląda sporo filmów, ale największymi pasjonatami są Artur i Przemek. Oboje bardzo lubią artystyczne filmy, dające sporo do myślenia. Widzieli już mnóstwo tego typu filmów, więc na pewno jest w naszej muzyce, tekstach dużo nawiązań właśnie do świata filmu.

  Czy jest na płycie utwór, który mógłby wzbudzić tyle kontrowersji co np. "To nie był film"?

  - Właściwie to nie... Choć może "Chłopcy"... To utwór o blokersach, którzy nie mają co robić, siedzą całymi dniami na ulicach, rzucają kamieniami w samochody, palą jointy i tym podobne...

  Jak tym razem powstawała muzyka?

  - U nas to bardzo prosto wygląda - wchodzimy na salę prób, ktoś przynosi pomysł, zaczynamy go grać, jeżeli pomysł zaskoczy, spodoba się nam wszystkim, to go robimy. Jeśli nie, to idzie na półkę. Dość sporo utworów ląduje właśnie na tej przysłowiowej półce, nie jest aranżowanych, bo od pomysłu do realizacji prowadzi bardzo długa droga. Na tę płytę trafiły zupełnie nowe pomysły, to nie jest tak, że one gdzieś tam czekały na swoją kolej, raczej powstawały na bieżąco. Tym razem mieliśmy bardzo dużo czasu na pracę nad materiałem, głównie z powodu kłopotów z wydawcą, opóźniających nasze wejście do studia. Pomiędzy demo a właściwym nagraniem minęło bardzo dużo czasu... Jakieś pół roku, może nawet 8 miesięcy... Tak więc mieliśmy sporo czasu aby przearanżować te numery, coś dodać i chyba nam to wyszło na dobre. Płytę trzeba nagrywać długo, poświęcić jej czas... W innym przypadku mogą wyjść takie kichy jak np. "Sun Machine"...

  Czy rzeczywiście tamta płyta była aż tak naciągana, tak przez was niechciana?

  - Tak, jest bardzo niechciana, ale to była jedyna płyta, która się dobrze sprzedała (śmiech)...

  Pierwszy singiel z najnowszej płyty - "Długość dźwięku samotności".

  - Tytuł wymyślił Artur, pochodzi z książki "Wierność w stereo", gdzieś na jej łamach pojawia się właśnie długość dźwięku samotności... Utwór jest nieco inny niż reszta na płycie, może jest nawet trochę przez nas niechciany, nigdy nie graliśmy w ten sposób, bardzo ciężko szło nam jego nagranie, bo nie byliśmy przekonani. Ten kawałek jest mało gitarowy... Od tej płyty zaczęliśmy używać klawiszy, jest to taki stary Wetmaister ściągnięty ze strychu Przemka. Oczywiście trzeba go było naprawić, nastroić... Gra na nich Przemek. Materiał jest tak zaaranżowany, że jest on w stanie pogodzić granie zarówno na gitarze, jak i na klawiszach. Wiadomo na koncertach będzie to inaczej brzmiało, gdyż część rzeczy jest dograna, jak na przykład partie smyczkowe, ale na razie Przemek daje sobie radę... Choć skarży się, że ma problemy z przełączaniem efektów, za dużo tego wszystkiego...

  Kto nagrywał smyczki?

  - Tomek Bonarowski. Kiedy nagrywaliśmy demo, jednocześnie powstały smyki na samplerze. Daliśmy nasze pomysły Tomkowi, naszemu producentowi i realizatorowi dźwięku, który na tej podstawie zrobił swoje smyki i je zagrał, bo jest również muzykiem... Z takim człowiekiem jak Tomek, bardzo dobrze się pracuje. Wcześniej pracowaliśmy z Andrzejem Smolikiem, grał on u nas na klawiszach. Ian Harris był naszym producentem-realizatorem. Dlatego tamte albumy są takie surowe, Tomek potrafił nadać naszej muzyce przestrzeń, nowoczesność... Ważna jest oczywiście również kwestia studia, pieniędzy na nagrania, to wszystko odzwierciedla się później na płycie. Gitary i wokale nagrywaliśmy tym razem w Red Studio w Gdańsku, a perkusję w Krakowie, w dobrym dużym studio przy szkole muzycznej bodajże w Nowej Hucie...

  Wracając do utworu "Długość dźwięku samotności" - czy ma dla Ciebie jakieś znaczenie?

  - To utwór o mnie... Bardzo utożsamiam się z tekstem, wydaje mi się, że mówi właśnie o mnie. Generalnie wszystkie nagrania z tego albumu bardzo pasują do nastroju, klimatu, jaki obecnie odczuwam...

  Zmiany...?

  - Tak, tak...

  Jak doszło do współpracy z Anthonym Nealem z Mainstream?

  - Z Anthonym poznaliśmy się na imprezie. On siedzi obecnie w Polsce, jego zespół już nie istnieje, więc zaproponowaliśmy aby napisał angielski tekst do nagrania "Długość...". Tak powstał "Life Goes On", czyli "życie płynie dalej..." Stworzył tekst i zgodził się go również zaśpiewać. Ostatnio bardzo się zaprzyjaźniliśmy, często się spotykamy przy okazji naszych pobytów w Warszawie, może coś z tego jeszcze będzie...

  A jak doszło do współpracy z Horowitzem?

  - To zasługa Maćka Pilarczyka, dyrektora artystycznego w Sony Music Polska. Miał kontakt z Horowitzem, który podczas swojego pobytu na festiwalu filmów krótkometrażowych zgodził się zrobić nam sesję zdjęciową. W atelier w Krakowie powstało kilka fotek, przygotował też kilka projektów okładki płyty, z których wybraliśmy tę jedną. Horowitz jest mistrzem fotografii reklamowej, popkultury, pasuje idealnie do tytułu płyty...

  A czy nie "zgubi" was ten tytuł?

  - Już w tej chwili wszyscy zadają nam mnóstwo pytań na temat popkultury, powstały nawet różnego rodzaju ankiety... Zobaczymy jak będzie dalej...

  Jak układają się obecnie wasze kontakty z władzami miasta Mysłowice?

  - Jeszcze jakieś dwa lata temu mieli mnóstwo zastrzeżeń w stosunku do naszej nazwy - dlaczego "zniemczyliśmy" nazwę Mysłowice. Chcieli mieć nawet prawa autorskie z tego tytułu... Po sukcesie trzeciej płyty przekonali się chyba do nas i obecnie usiłujemy razem współpracować. Przykładem jest nasza strona internetowa, której część sami przygotowali... Miasto jest promowane przez zespół, zespół jest promowany przez miasto... Nigdy nie byliśmy specjalnie lubiani przez władze Mysłowic, czego przykładem jest chociażby nasza sala prób w MDK... Najgorsza sala w Mysłowicach, jest mała, bez ogrzewania, odpowiedniego zaplecza. Jest o tyle dobrze, że gramy kiedy chcemy, a o to nam chodzi.

  Wasze obecne muzyczne fascynacje...

  - Ostatnie: płyta Mercury Rev, Deus, Travis, ze starszych płyt Smashing Pumpkins "Adore", R.E.M. "Up", tego typu klimaty... Widziałem ostatnio w jakiejś stacji muzycznej wokalistę, który nazywa się Tel Bachman, udało mi się zdobyć jego płytę, całkiem przyjemna muzyczka, bardzo lekka i popowa.

  Wróćmy do Twojej przeszłości. Grałeś kiedyś z Lalą w grupie DKT...

  - To tak naprawdę nazywała się Der Kinder Träger. To była taka Formacja Nieżywych Schabuff skrzyżowana z The Cure i Metalliką. Bardzo eksperymentalny zespół, graliśmy do wierszy gościa z Mysłowic, który nie bardzo potrafił śpiewać, ale śpiewał. Bywało tak, że skończyliśmy grać, a on jeszcze śpiewał... Nie wymierzył odpowiednio czasu... Ja z tym zespołem nie wiązałem żadnej przyszłości, grałem, bo chciałem dostać się do "stajni" mysłowickiej, chciałem grać z Generałem Stilwell. Znałem ich wszystkie piosenki, wszystkie teksty, ale bałem się podejść do Dżałówy i powiedzieć - słuchaj stary, czy mógłbym grać z wami na drugiej gitarze? Zawsze chciałem się zbliżyć do tego zespołu, dlatego zacząłem grać w DKT, aby złapać jakiś kontakt... Nasze próby odbywały się w tej samej sali, ale nie udało się...

  A kim właściwie jest Dżałówa? To imię często jest spotykane podczas rozmów o Myslovitz...

  - Strasznie żałujemy, że nie udało się zaprosić Dżałówy i jego zespołu Delons na 5-lecie Myslovitz. Mieli być, w ostatniej chwili coś wyskoczyło... Dżałówa - ojciec muzyki gitarowej w Mysłowicach, z tą muzyką związany jest już chyba od 20 czy więcej lat, on nią żyje, pisze fantastyczne teksty, piosenki. W latach 80. założył zespół o nazwie Generał Stilwell, taką lokalną gwiazdę, grali mnóstwo koncertów, na które przychodziły tłumy ludzi. Teraz po kilkuletniej przerwie założył nowy zespół - Delons, formacja podobna do Generała, ale chyba nieco ambitniejsza... Dżałówa na pewno miał ogromny wpływ na mnie, bo zacząłem słuchać gitarowej muzyki zaczynając właśnie od Generała Stilwell. Wcześniej słuchałem muzyki spod znaku 4AD, Sisters Of Mercy, Clan Of Xymox... Będąc na koncertach Generała zachłysnąłem się tą muzyką. Później poznałem Artura, który wciągnął mnie w te klimaty pożyczając mi mnóstwo płyt... Poza tym Dżałówa jest autorem muzyki do "Peggy Brown". To był miejscowy hit jeszcze za czasów Generała Stilwell... Szkoda, że im się nie udało, może teraz wraz z Delons...

  Czy wyobrażasz sobie Myslovitz za 10, 20 lat?

  - Często się nad tym zastanawiam, ale są to raczej dziwne myśli... Nie wiem co się wydarzy za 10 lat, to bardzo długi okres. Na pewno będziemy nagrywać płyty do momentu, gdy wytwórnia powie nam, że już nas nie chce, taki moment na pewno kiedyś nadejdzie... Ale na pewno nagramy jeszcze piątą płytę...

  Jak plany na Sylwester 2000?

  - W tym roku na pewno nie będziemy grali podczas wieczoru Sylwestrowego. W ubiegłym roku graliśmy 3 koncerty pod rząd, z czego ostatni o mało co nie został odwołany, bo się spóźniliśmy...

  Najbliższe plany - koncerty, teledysk?

  - Powstał teledysk do promującego album utworu ""Długość...", gra w nim aktor Robert Gonera. Zespół pojawia się w krótkich epizodach. To opowieść o mężczyźnie, który w pewnym momencie dochodzi do wniosku, że wszystko straciło dla niego sens, pakuje walizkę, wyrzuca klucze od domu i znika... Nie gramy na razie wielu koncertów, trasa koncertowa będzie chyba dopiero w przyszłym roku.

  Internet - wróg czy przyjaciel?

  - Przyjaciel. Moja edukacja komputerowa zakończyła się na użytkowaniu programów typu Word, Excel i Corel. Gdy miałem dostęp do komputerów, internet nie był jeszcze tak powszechnie używany jak obecnie, dlatego nie wiem dokładnie jak się nim posługiwać, choć wierzę, że to bardzo proste, nie ma w tym wielkiej filozofii.

  Czy jest jakieś pytanie, na które chciałbyś odpowiedzieć, ale jeszcze Ci go nie zadano?

  - Nie, chyba nie... Z pewnością będziemy sporo mówić, jeśli po wydaniu płyty coś będzie nie tak...

  A co mogłoby być nie tak?

  - Może być różnie, bo przy naszej trzeciej płycie stworzono dziwne sytuacje z utworem "To nie był film". Nagranie zostało odsprzedane do filmu, a miało ukazać się na naszej płycie... Obiecano nam, że kiedyś się tam pojawi, ale stało się to zbyt późno, w dodatku w postaci singla. Jeżeli podobna sytuacja wydarzy się również przy tej płycie, będziemy bardzo dużo mówić... Już teraz wiemy, że 4 nagrania trafią do filmu "Dzień słonia"...

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT