|
| powrót |
Elle
"Basu w sobie nie mam"
(wrzesień 2001)

Muzyk, lat 29. Śpiewa smutne piosenki o rzeczach istotnych. Najbardziej osobiste teksty pisze do szuflady. Na scenie introwertyk, prywatnie wesoły, dowcipny, lubi tańczyć. Nadal mieszka w rodzimych Mysłowicach. Trenował pływanie, był ratownikiem i nauczycielem. Lider zespołów Myslovitz i Lenny Valentino. Z Arturem Rojkiem o długach, wyzwaniach i sztuce tracenia czasu rozmawia Grzegorz Brzozowicz.
Właśnie ukazała się debiutancka płyta grupy Lenny Valentino. Czy to koniec Myslovitz?
- Praca w Lenny Valentino dodaje mi sił. Cały czas muszę się utwierdzać w przekonaniu, że muzyka jest właściwą drogą. Wciąż mam poczucie, że granie koncertów i nagrywanie płyt nie jest prawdziwą pracą. Pomiędzy tymi rzeczami tracę wiele czasu. By ograniczyć to marnotrawstwo, stworzyłem właśnie Lenny Valentino. To nie jest awangardowa formacja. Na płycie są piosenki inne niż z repertuaru Myslovitz, bardziej surowe. Wiążą się z moim dzieciństwem i w pewnym stopniu są autoterapią. Choć te najbardziej osobiste włożyłem do szuflady.
Koledzy z Myslovitz nie mają do Ciebie pretensji, że grasz w drugim zespole?
- Tak naprawdę to bardzo mało o tym rozmawialiśmy. Ten mój projekt wprawdzie teraz się sfinalizował, ale powstawał przez długie lata. Koledzy nie mają nic przeciwko. Poza tym sami zajmują się swoimi projektami. Na przykład basista Jacek Kuderski zadebiutował jako producent nagrań zespołu Lotyń. Wspólnie wydaliśmy już cztery płyty, które utwierdziły nas w przekonaniu, że powinniśmy zajmować się muzyką. Chcę się realizować w innych dziedzinach z nią związanych. Szukam m.in. przez Lenny Valentino innych środków wyrazu.
Twoje piosenki są smutne. Dlaczego?
- Po prostu smutne piosenki są najpiękniejsze. Poza tym smutek jest częścią naszego życia.
Bohater Twoich tekstów jest życiowym outsiderem. Ty też taki jesteś?
- Każdy kto myśli trochę inaczej niż większość staje się outsiderem. Dla ludzi ze Śląska bardzo związanych z tradycją stajesz się nim na przykład nie jedząc klusek i mięsa w niedzielę.
Przeżyłeś własny wielki smutek?
- Nie mam jakiś traumatycznych przeżyć. Wiele rzeczy składa się na to, że lubię taką muzykę a nie inną, ale nie ma to nic wspólnego z konkretnym przeżyciem.
Lubisz tańczyć?
- No jasne. Nie chodzę jednak na dyskoteki, na imprezy techno. Bardzo lubię duet Kruder & Dorfmeister czy płytę Thievery Corporation.
Skąd się wziął Myslovitz?
- Z Mysłowic, 269 km od Warszawy. Jako zespół wypłynęliśmy dość szybko i nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, co się wokół mnie dzieje. W 1992 dopiero uczyliśmy się grać. Dwa lata później wystąpiliśmy po raz pierwszy poza Mysłowicami i od razu wygraliśmy przegląd w Częstochowie. Dwa miesiące potem przyjechaliśmy do Warszawy i też wygraliśmy przegląd. Natychmiast zjawili się panowie z wytwórni płytowej i podpisaliśmy kontrakt. Przedstawili nam wizje złotych gór, choć nie byli zadowoleni z tego, że mieliśmy dziewczyny, bo burzyło to ich koncepcję promocyjną. Wydawało mi się, że nagramy płytę i powrócimy do wyuczonych zawodów.
Pracowałeś wtedy w szkole podstawowej. Czego uczyłeś?
- Wychowania fizycznego. Podjąłem tę pracę, bo umożliwiała branie bezpłatnych urlopów, dzięki czemu mogłem bezkonfliktowo jeździć na koncerty. Przemek Myszor (gitarzysta Myslovitz) w tej samej szkole uczył muzyki i to przez osiem lat. Pod koniec był już strasznie zmęczony. Zawsze marzył o zawodowym graniu. Opuszczenie szkoły było dla niego wyzwoleniem. Natomiast Jacek Kuderski krótko pracował jako asystent na Politechnice Śląskiej. On najmniej odczuł trudy zawodu pedagoga.
Na czym polegał ten trud?
- Ta praca wymaga dużego zaangażowania i inwencji twórczej. Nawet na WF-ie nie da się po prostu rzucić dzieciakom piłki i "niech się bawią". Dobry nauczyciel musi się postarać, by stać się dla uczniów ważną osobą. To była szczególnie trudna praca, bo trafiłem do szkoły, w której przez dwa lata nie było nauczyciela WF-u i do tego nie było sali gimnastycznej.
Twoi uczniowie wiedzieli, że grasz w zespole?
- Wydaliśmy wtedy drugą płytę. Znali moje piosenki. Kiedy czasem śpiewali je na zbiórce, miałem wrażenie, że nie czują wobec mnie żadnego respektu (śmiech).
Jak się czułeś w pokoju nauczycielskim?
- Zwykle tam nie chodziłem, bo nauczyciele WF-u mieli swój pokój. Nie znając nikogo, nie garnąłem się do pokoju nauczycielskiego.
Na scenie robisz wrażenie introwertyka. Teraz śmiejesz się, żartujesz. Który Artur Rojek jest prawdziwy?
- I ten, i ten. Na scenie nie jestem aktorem. Być może gdybym odpowiadał na pytania przed dwustuosobową widownią, to mówiłbym w inny sposób, bo czułbym się inaczej. Poza tym na scenie trudno być dowcipnym, śpiewając smutne piosenki. Śpiewanie piosenek jest czymś zupełnie innym niż opowiadanie o nich. Gdybym teraz był taki jak na scenie, to pewnie byśmy sobie nie porozmawiali.
Czy dorastając na Śląsku, odczuwałeś podziały na hanysów i goroli?
- Mysłowice leżą na granicy Zagłębia i Śląska. Sąsiadują z Sosnowcem, głównym miastem Zagłębia. W podstawówce z Sosnowca przyznanie się do pochodzenia z Mysłowic groziło pobiciem. W latach 60. podobno było jeszcze gorzej. Do dzisiaj na Śląsku ortodoksyjni hanysi nienawidzą gorolskiej (czyli nieśląskiej) mowy. Niedawno dostaliśmy od "Trybuny Śląskiej" nagrodę z podpisem: "Dla zespołu Myslovitz za przebicie się na szczyt warszawskich list przebojów". Kojarzy mi się to z panującym na prowincji uprzedzeniem do warszawiaków. Dla Ślązaków charakterystyczne jest silne poczucie więzi, raczej nie spotykane w innych regionach.
Jakie są Mysłowice?
- Ludziom z zewnątrz Mysłowice wydają się szare. Teraz mieszkam poza centrum, ale wychowałem się w dzielnicy górniczej, w familokach. To czteropiętrowe domy z czerwonej cegły złączone podwórkami. Rodzaj przedwojennego blokowiska. W drodze do szkoły musiałem przejść przez cztery takie podwórka. Pamiętam, jak wybudowano nowe bloki dla górników. Pamiętam też specjalne sklepy, w których na górniczą książeczkę G można było kupić luksusowe towary. Nie mieliśmy takiej, ale i tak mamie udało się tam kupić mój pierwszy magnetofon kasetowy.
Podobno trenowałeś pływanie?
- W Mysłowicach jest prężnie działająca sekcja pływacka. Już w pierwszej klasie podstawówki zostałem "wyłowiony" przez jednego z trenerów. Trenowałem 11 lat, przestałem tuż przed maturą. W kategorii juniorów młodszych, kiedy miałem 12 lat, zdobyłem mistrzostwo Polski na 400 m kraulem. Dzięki treningom byłem z dala od problemów życia podwórkowego. Przegapiłem pierwsze picie wina i palenie papierosów czy bójki między piłkarskimi kibicami. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że oprócz czekających mnie studiów na katowickim AWF-ie, w moim życiu nie ma niczego innego.
Wtedy postanowiłeś zająć się muzyką?
- Tak, chociaż nie przypuszczałem, że będę zajmował się nią tak długo. Pamiętam, że pierwszą piosenką, jaka zrobiła na mnie wrażenie, było "Another Brick In The Wall" zespołu Pink Floyd. Miałem chyba 6 lat. Ktoś mi powiedział, że śpiewają w niej dzieci osierocone w czasie wojny. Strasznie się tym przejąłem. W szóstej klasie zacząłem zbierać płyty, na które wydawałem pieniądze zebrane na urodzinach czy podczas komunii (śmiech). Kilka lat później usłyszałem grupę Housemartins i zakochałem się w brytyjskiej muzyce gitarowej. Tak mnie to pochłonęło, że na początku lat 90. postanowiłem nauczyć się grać i założyłem zespół.
Jak znalazłeś muzyków?
- Najpierw poszedłem do Wojtka Powagi (gitarzysta Myslovitz), któremu sprzedałem płytę Voo Voo "Snopowiązałka". Słyszałem, że też uczy się grać. Byłem wtedy strasznie zaangażowany w scenę brytyjską. Wyobrażałem sobie, o czym są piosenki i podziwiałem perfekcyjny image zespołów w MTV w programie "120 minutes". Muzyków dobierałem więc pod względem wizualnym. Jacka Kuderskiego zobaczyłem w autobusie. Spodobał mi się jego wygląd (śmiech). W naszym towarzystwie nie miał szans człowiek, który nie wyglądał "gitarowo". Musiał mieć specyficzne spodnie, specyficzną fryzurę, gustowny sygnet. Jacek był dobrze uczesany, miał ładny sygnet i okazało się, że umie grać. Graliśmy prostą muzykę opartą na podstawowych akordach - niczego innego nie potrafiliśmy. Za to byliśmy bardzo pracowici. Trenowaliśmy codziennie przez trzy godziny. Udawaliśmy, że śpiewamy po angielsku, bo żaden z nas nie znał tego języka. Polskie teksty pojawiły się dopiero w 1994 roku.
To koledzy wybrali Cię wokalistą?
- Sam się wybrałem. Mężczyźni wstydzą się śpiewać, ja nie wstydziłem się, więc zostałem wokalistą. Początkowo wiele osób myślało, że w Myslovitz śpiewa dziewczyna (śmiech). To było trochę deprymujące, ale wierzyłem w siebie. Poza tym zawsze przemawiali do mnie delikatni, melancholijni wokaliści jak Jeff Buckley, Bret Anderson... Krzyknąć potrafię, ale basu w sobie nie mam (śmiech).
Mam wrażenie, że Myslovitz przypomina dobrze naoliwiony parowóz, który konsekwentnie dąży do celu.
- Tak było na początku. Może to ma związek z tym, że jesteśmy ze Śląska. Byliśmy całkowicie zaangażowani w to, co robiliśmy. Nie traciliśmy czasu. Bardzo poważnie potraktowaliśmy nagranie pierwszej płyty. Myśleliśmy, że to szansa, która może się już nigdy nie zdarzyć. Byliśmy z niej zadowoleni. Z drugiej już nie, bo jej szybkie wydanie wymusiła na nas wytwórnia. Z poprzedniej sesji zostały cztery piosenki, do których naprędce nagraliśmy inne, gorsze. Okazało się, że album sprzedał się w nakładzie 50 tys. Dzięki przebojowi "Peggy Brown" niestety przylgnęła do nas etykietka wesołego, słonecznego zespołu.
Na trzecim albumie staraliście się zatrzeć to wrażenie.
- Byliśmy bardzo zdeterminowani. Uparłem się, by nie była to komercyjna płyta. Zależało mi, żeby traktowano nas poważnie. Byliśmy przekonani, że nagraliśmy bardzo dobry album, ale szybko uszło z nas powietrze. Ludzie nie zrozumieli tego materiału. Wpadliśmy w finansowe długi wobec firmy. Byliśmy sfrustrowani. Myślałem, że rozpadniemy się. Już nie pracowaliśmy w szkołach, bo postanowiliśmy całkowicie poświęcić się muzyce, a tu okazuje się, że może z tego nic nie wyjść.
Po ponad rocznej przerwie dostaliście szansę nagrania jeszcze jednego albumu.
- Wyjechaliśmy w góry, by odciąć się od stresującej sytuacji. Tam nagraliśmy taśmę demo, wysłaliśmy do wytwórni, gdzie przyjęli ją bez entuzjazmu. Sami nie za bardzo wierzyliśmy w powodzenie tego materiału. Nie ufaliśmy dobrym recenzjom. Przecież nie przyłożyliśmy się tak, jak do piosenek z poprzedniej płyty. A tu wielki przebój, platynowa płyta...
Jakie jeszcze wyzwania przed Tobą?
- Nie mam wielkich marzeń związanych z życiem zawodowym. I tak wydarzyły się rzeczy, których się nie spodziewałem. Przez długi czas nie za bardzo wiedziałem, za co ktoś daje mi nagrody. Na szczęście człowiek dojrzewa i zmienia podejście do życia.

Grzegorz Brzozowicz
Opracowanie: Weronika Liberska.
| powrót | |