Ostatnia modyfikacja tej strony: 5 czerwca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Głos Wybrzeża
 "Myslovitz. Historie z bajki"
 (listopad 1999)

  Grają ze sobą od siedmiu lat. Niedawno ukazał się ich czwarty album "Miłość w czasach popkultury". O sobie, początkach zespołu i najnowszej płycie opowiadają Artur Rojek i Przemek Myszor, wokalista i gitarzysta zespołu Myslovitz.


  Wielu ludzi, podobnie jak ja, usłyszało o was po raz pierwszy cztery lata temu, kiedy wydaliście swój debiutancki album. Co działo się wcześniej?

  Artur: W 1992 roku postanowiłem założyć zespół. Pierwszym człowiekiem, do którego z tym poszedłem, był Wojtek Powaga. Wiedziałem, że Wojtek gra na gitarze i był to jedyny człowiek, który mógł ze mną wtedy grać, bo reszta ludzi była zajęta. Graliśmy z różnymi perkusistami, przez zespół przewinęło się ich chyba z sześciu czy pięciu. Wreszcie trafiliśmy na Jacka Kuderskiego, naszego obecnego basistę, który przez jakiś czas grał z nami na perkusji, a potem Jacek zaproponował swojego brata. Zaczęliśmy grać w czwórkę, piosenek zaczęło przybywać. Zagraliśmy pierwszy koncert, to było w klubie AWF "Olimp" w Katowicach. Kilka miesięcy później wysłaliśmy kasetę na festiwal zespołów amatorskich "Garaż '94". Ku naszemu zdziwieniu dostaliśmy się i jeszcześmy ten festiwal wygrali, dostając nagrodę, którą była sesja nagraniowa w Radio Łódź. Materiał z Łodzi wysłaliśmy na Mokotowską Jesień Muzyczną, tam też wygraliśmy i podpisaliśmy kontrakt z MJM.

  W jaki sposób zaczęła się wasza przygoda z muzyką brytyjską?

  Artur: To od początku miał być zespół gitarowy, powodem dla którego go w ogóle założyłem, było to, że byłem wielkim fanem muzyki brytyjskiej. Nie przeżyłem okresu punkowego buntu, nie chodziłem w glanach - dla mnie takim pierwszym okresem, w którym poczułem, że mogę się gdzieś poza szkołą i czymś jeszcze innym realizować, był właśnie zespół grający gitarową muzykę brytyjską.

  A byliście kiedyś w Anglii?

  Artur: Nie.

  Przemek: Przelotem. Lecieliśmy nad Manchesterem...

  Wiem, że w pierwszym okresie waszej kariery bardzo wam pomógł wasz obecny manager, Maciek Pilarczyk. Czy rzeczywiście jego rola była tak duża?

  Artur: Maćka poznaliśmy na "Garażu '94". Graliśmy wtedy pierwszy koncert poza Mysłowicami, w Częstochowie, dla nas to było wielkie wydarzenie. Po zagraniu utworów konkursowych siedzieliśmy w pubie przed salą koncertową. Podszedł do nas jakiś koleś, powiedział, że nazywa się Maciek Pilarczyk i jest z Radia Łódź i że... chce z nami podpisać kontrakt. To wszystko było jak z bajki. Płyty nam co prawda nie wydał, ale zorganizował sesję nagraniową w Radio Łódź. Były pierwsze nagrody, do wygrania był także piec gitarowy, ale Maciek siedział w komisji i wiedział, że sesja nagraniowa będzie nam bardziej potrzebna niż piec. Dostaliśmy lepszą nagrodę, którą mogliśmy potem wykorzystać przy Mokotowskiej Jesieni Muzycznej. Tym samym Maciek jakby w bezpośredni sposób przyczynił się do tego, że podpisaliśmy kontrakt płytowy. I robi tak do dzisiaj.

  Waszym pierwszym producentem był Ian Harris, postać kultowa dla tych, którzy wychowywali się na muzyce Joy Division czy U.K. Subs. Skąd pomysł, żeby pracować właśnie z nim?

  Artur: Byliśmy zdania, że takiej muzyki i takich zespołów nie ma w Polsce i że nie ma u nas realizatorów, którzy mogliby dobrze wyprodukować taką muzykę. Wszystkim dotychczasowym próbom produkcji gitarowych czegoś brakowało. Malarze i Żołnierze brzmieli zbyt rockowo, a zbyt mało gitarowo, Golden Life też był taki niezdecydowany. Latawce to był przelot w lata siedemdziesiąte, nie było w tym lekkości. Więc doszliśmy do wniosku, że tylko i wyłącznie Anglik mógłby nam wyprodukować taką płytę. Ale skąd tu wziąć Anglika?!

  No i skąd żeście go wzięli?

  Artur: Na koncerty do Polski przyjechał zespół z Francji, Sysigambis. Ian Harris był ich realizatorem. Grali między innymi w Katowicach, ten koncert organizował Wojtek Słota, chłopak, który się nami opiekował i on nas poznał ze sobą.

  Spotykamy się dzisiaj w Sopocie, w Trójmieście. Podobno bardzo lubicie tu przyjeżdżać. Co wam się tak tutaj podoba?

  Przemek: Klimat. Nie tylko morski. Jest coś takiego, wiesz...

  Artur: Jest większa przestrzeń.

  Przemek: Jest jakaś taka swoboda, przynajmniej ja to tak odbieram. Poza tym mamy stąd same fajne wspomnienia. Tutaj nagrywaliśmy ostatnią i przedostatnią płytę i zawsze mieliśmy dużo fanów. A poza tym morze - to na nas działa strasznie pobudzająco...

  Porozmawiajmy w takim razie o tej ostatniej płycie, którą nagrywaliście tutaj, w Trójmieście. Okładkę do niej robił znany fotografik Ryszard Horowitz. Jak wam się udało go zwerbować?

  Przemek: To też jest zasługa Maćka Pilarczyka. Kiedyś padł taki pomysł i Maciek, będąc w Nowym Jorku, po prostu zapukał do drzwi Ryszarda Horowitza, przedstawił się i dał mu nasze nagrania. I tu następna historia z bajki: kilka tygodni później Horowitz odezwał się do Maćka i powiedział, okey, stoi.

  Na tej płycie współpracujecie też z wokalistą brytyjskiego zespołu Mainstream...

  Artur: Tak, Anthony Neal śpiewa angielską wersję piosenki "Długość dźwięku samotności", która znalazła się na singlu.

  Zamierzacie jakoś kontynuować tę współpracę?

  Artur: Nie ma takiego założenia, chociaż może coś takiego się zdarzyć. Anthony jest, w sensie odbierania muzyki, bardzo do nas podobny.

  Oryginalny tytuł nosi ta wasza nowa płyta: "Miłość w czasach popkultury". Opowiedzcie mi troszeczkę o swoim życiu prywatnym. Czy udało wam się odnaleźć miłość "w czasach popkultury"?

  Przemek: Jesteśmy na ogół szczęśliwi w naszym życiu prywatnym, może poza Jackiem, który ostatnio przechodził pewne perturbacje... Natomiast ja osobiście w miłości jestem bardzo szczęśliwy, i czy to będą "czasy popkultury", czy będziemy je nazywać tak czy inaczej, to już nie ma znaczenia.

  Macie na swoim koncie cztery albumy. Czy myśleliście już może o tym, żeby teraz pokusić się o jakąś składankę, może nawet ze "stronami B" singli?

  Przemek: Nie, ale to jest dobry pomysł.

  Artur: Tylko że mamy mało piosenek na stronach B singli, bardzo mało piosenek, których nie ma potem na innych wydawnictwach. Jest tego chyba jeszcze za mało, żeby powstała z tego płyta.

  A co myślicie o nagraniu albumu koncertowego?

  Artur: Będzie teraz taki koncert, który będzie rejestrowany dla telewizji, w krakowskim studiu "Łęg". Będzie go realizował Tomek Bonarowski, producent dwóch naszych ostatnich albumów. Być może, że coś z tego materiału wyjdzie. Szykuje się także krótka trasa koncertowa po rozgłośniach radiowych, będziemy - przy okazji wywiadów - grać 20-minutowe koncerty.

  Czy w którejś z trójmiejskich rozgłośni też będzie można was usłyszeć?

  Przemek: Bardzo możliwe.

  Artur: Jeżeli będzie takie zapotrzebowanie, to tak.

  Słyszałam, że poza graniem bawicie się też trochę w dziennikarstwo, pracowaliście w rozgłośni radiowej?

  Artur: Tak, mieliśmy kiedyś z Przemkiem swoją audycję...

  Przemek: ...w Radiu Top w Katowicach, i Artur potem już sam w radiu "R" w Sosnowcu.

  Artur: To była taka audycja "Top Pop Alternative", puszczaliśmy tam swoją ulubioną muzykę, przede wszystkim gitarową.

  Dziękuję za rozmowę.

Olga Krzyżyńska

Opracowanie: Grzegorz Fik.

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT