Ostatnia modyfikacja tej strony: 5 czerwca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Machina
 "Kiedyś wyzywano ich od pedałów"
 (1 lutego 2002)

  Rozmowa z Arturem Rojkiem, liderem kapeli Myslovitz.


  Poznaliśmy się w 1992 roku w beskidzkiej Zawoi, gdzie pracowałeś jako ratownik na basenie ośrodka wczasowego. W jaki sposób tam się znalazłeś?

  - Od piątego roku życia przez 10 lat trenowałem pływanie. Później wybrałem ten sport jako specjalizację na kierunku nauczycielskim katowickiego AWF-u. Na początku studiów właśnie jako ratownik zarabiałem przez pewien czas pieniądze. Dziś szykuję się do obrony pracy magisterskiej na temat "Najlepsi pływacy XX wieku".

  Pracowałeś nawet jako nauczyciel w mysłowickiej podstawówce...

  - To była jedyna praca, która pozwalała mi zarazem grać koncerty i pracować. Jako trener na basenie nie mógłbym tak często zwalniać się, brać bezpłatne urlopy.

  Czujesz się szczęśliwy, że dziś już możesz żyć tylko z muzyki?

  - Kiedy byłem mały, miałem marzenie, by zarabiać pieniądze, oglądając filmy i słuchając muzyki. Po części się to spełniło. Wtedy było to niedojrzałe, ale dziś tak właśnie toczy się moje życie. Jest jednak dużo pracy, wysiłku. Takie życie jest w pewnym sensie niebezpieczne, niesystematyczne - praca raz jest, raz jej nie ma.

  Od czasu waszej pierwszej płyty "Myslovitz" z 1995 roku postrzega się was jako polską odpowiedź na britpop. Nie irytowały cię te porównania?

  - Irytowały, i to bardzo. Zwłaszcza notki, które szły do prasy i radia typu "czwórka z Mysłowic" czy "tak jak bracia Gallagher z Oasis, bracia Kuderscy założyli zespół". Bzdury. Tak naprawdę jednak olewaliśmy to, jak chce się nas sprzedać.

  Jakie były pierwsze reakcje publiczności na waszą muzykę?

  - Kiedyś na przeglądzie w Częstochowie wyzwali nas od pedałów, leciały wówczas hasła typu "spierdalać pedały!". Facet, który prowadził koncert, powiedział, że zaraz wystąpi zespół The Freshmen, bo tak nazywaliśmy się na początku. Byłem zdenerwowany, nie usłyszałem go i jeszcze raz cichutkim, wystraszonym głosem powiedziałem do ludzi: "Cześć. Nazywamy się The Freshmen". Cała sala zaczęła się śmiać, ale nagle jakiś koleś wstał i krzyknął: "Nie śmiejcie się z niego!".

  Na wasze szczęście britpop się wypalił, a wy dalej robicie swoje. Macie szansę udowodnić, że nie tylko podążaliście za modą.

  - Żaden dziennikarz muzyczny, który wykonuje swoją pracę z takim zapałem, jak my tworzymy muzykę, nie będzie wierzył temu, jak się nas reklamuje. Krytycy nam sprzyjają, bo nigdy nie byliśmy czyjąś kalką. Tak do końca nigdy nie byliśmy grupą britpopową. Nie wychowywaliśmy się na kapelach britpopowych. Kształtowały nas wcześniejsze zespoły, w muzyce których były zarówno melodie, jak i psychodelia. To nas uratowało.

  Jak odbierasz dzisiejszą muzykę z Wysp Brytyjskich?

  - Ostatnio w ogóle mało słucham brytyjskiej muzyki. Płyty, które zrobiły na mnie ostatnio największe wrażenie, to "Deserter's Songs" Mercury Rev, "Ideal Crash" Deus i "Central Reservation" Beth Orton. Jakiś czas temu z kolei duże wrażenie zrobił na mnie post rock. Podobało mi się Tortoise, Salaryman, Mogwai. Z tych fascynacji poniekąd zrodził się mój nowy projekt - Lenny Valentino. Robię go z trzema innymi ludźmi z Mysłowic. Z założenia ma to być psychodeliczne, niekomercyjne, alternatywne. Ostra jazda.

  Wasz utwór "To nie był film" zainspirowany falą morderstw, których ofiarami bądź sprawcami byli młodzi ludzie, został w ubiegłym roku natychmiast po premierze zdjęty z anten radiowych i telewizyjnych. Rozczarowało cię to?

  - Nie. Nawet mi się to podobało, że ludzie przestraszyli się tej piosenki. Zaczęli o niej mówić i sam fakt, że została wycofana był w tym momencie sprawą drugorzędną. Dzięki temu, że pojawiły się głosy negatywne, pojawiły się też pozytywne. Od początku wiadomo było, że "To nie był film" będzie podporządkowane tekstowi. I to musiał być dobry tekst, żeby piosenka zaistniała. No i Przemek Myszor napisał zajebisty tekst. Wszystko wyłożone w nim było kawa na ławę. Okazało się, że ludziom wcale się to nie podoba. Ta piosenka była ostra i taka miała być. Najgorzej, że było wiele innych utworów, które miały wulgarny tekst i były emitowane, a "kawałek" trafiający w jakąś prawdę został wycofany.

  Autorem okładki najnowszej płyty Myslovitz, "Miłość w czasach popkultury", jest znany polski fotograf reklamowy, mieszkający od lat w USA - Ryszard Horowitz. Jak doszło do waszej współpracy?

  - To zasługa Maćka Pilarczyka, dyrektora muzycznego naszej wytwórni. On to wymyślił, pojechał do USA i sobie tylko znanym sposobem namówił Horowitza, by zrobił nam zdjęcia. Wiedzieliśmy, jakie on robi zdjęcia i trochę się tego baliśmy, bo są to głównie zdjęcia reklamowe. Przejrzałem jednak jego prace i zrozumiałem, że może to pasować tak do klimatu naszej muzyki, jak i tytułu płyty. Początkowe obawy związane były z tym, że Horowitz rzadko współpracuje z muzykami. Obok Michała Urbaniaka i podobno Davida Byrne'a, jesteśmy jednymi z nielicznych artystów, którym robił okładki.

  Postrzegasz tę współpracę jako nobilitację dla Myslovitz?

  - Sam fakt, że z nim pracowaliśmy, jest dla nas bardzo dużym wyróżnieniem. Jakby nie było, jest to wielki artysta i w tym, co robi, jest naprawdę świetny.

  Trudno o lepszą promocję dla niedużego miasta niż znany zespół, tytułujący się nazwą własnej miejscowości. Jak odebrały wasz sukces mysłowickie władze?

  - Z początku nie tolerowano naszej nazwy, ponieważ była ona niemiecka. Tak kiedyś nazywały się Mysłowice - tylko nie przez "v", a przez "w". Ich zdaniem przypominało to o starych, niedobrych czasach. Władze miejskie nie chciały z nami współpracować. Mimo, że wydaliśmy płytę dla dużej firmy fonograficznej, potrzebowaliśmy środków, żeby się rozwijać. Dopiero, gdy band zaczął być naprawdę znany, zaczęły się pierwsze rozmowy na temat ewentualnej pomocy.

Bartek Winczewski

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT