Ostatnia modyfikacja tej strony: 5 czerwca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Tylko Rock
 "Myslovitz. Świeżość i nakręcenie"
 (styczeń 2000)

  Rozmowa z Arturem Rojkiem.


  Na okładce waszej nowej płyty "Miłość w czasach popkultury" widnieje serce z kamienia. Czy ten symbol w jakiś sposób ma oddawać zawartość?

  - Kiedy Ryszard Horowitz robił zdjęcia i projekt okładki, z początku nie wiedział, jaki będzie tytuł płyty. A gdy już go poznał, przysłał nowy projekt - z dodanym kamiennym sercem. Myślę, że jest to sytuacja dosyć przypadkowa - on pracował tam, my tu, nie było zbyt wielu możliwości dopracowania szczegółów. Ale po prostu myśleliśmy sobie, że fajnie będzie pozyskać do współpracy kogoś, kto na przykład zrobił okładkę płyty Davida Byrne'a.

  Od kilku lat jesteście jednym z najlepiej zapowiadających się zespołów młodszej generacji - nagrywacie dobre płyty, dobre utwory. Czego właściwie wam brakuje, by osiągnąć popularność na miarę Heya czy Wilków z najlepszego okresu?

  - Wiesz, może charyzmatycznej postaci?

  To już chyba kokieteria przez ciebie przemawia.

  - Nie, nie - mówię szczerze. Być może niektórzy odbierają mnie jako smutasa... Być może zespołowi Myslovitz czegoś brakuje albo jest to kwestia czasów. Nie wiem.

  Właśnie - myślałem, że mi powiesz, że jest kryzys na rynku.

  - Kryzys jest swoją drogą. Być może dzięki temu nowemu albumowi sprawy przybiorą dla nas lepszy obrót. Wyszła nam dosyć fajna płyta i coś może się w związku z tym zmienić.

  Czy twoim zdaniem pod względem muzycznym wchodzicie w nowy etap działalności?

  - Chyba nie. Jeżeli chodzi o płytę "Z rozmyślań przy śniadaniu" mieliśmy od początku określoną wizję. Wszystko było zaplanowane, łącznie z pomysłem na okładkę. Natomiast przy nowym albumie nie mieliśmy żadnej koncepcji. Postanowiliśmy po prostu, że zrobimy piosenki. Bez żadnego ciśnienia na hity. Koncepcja rodziła się w czasie pracy. Nie odczuwam, żebyśmy się jakoś bardzo zmienili. Idziemy tą drogą, którą wyznaczyliśmy sobie płytą "Z rozmyślań przy śniadaniu". Tyle, że teraz na nowym albumie wszystko jest bardziej konkretne, zwarte i jasne.

  Czujecie się już zespołem dojrzałym, ukształtowanym, posiadającym własny styl?

  - Myślę, że tak. Mówienie o nas jako o polskim zespole britpopowym jest już chyba trochę nie na miejscu. Mamy dosyć rozpoznawane brzmienie, ja mam dość charakterystyczny głos i sposób śpiewania. Nie w sensie, że zajebisty, tylko - specyficzny. Momentami śpiewam chyba jak kobieta - gdy gdzieś telefonuję, ludzie czasem zwracają się do mnie "proszę pani"... Cały czas stawiamy przed sobą nowe zadania. Jeszcze może nie myślimy o kolejnym albumie, ale powoli nabieramy chęci zrobienia czegoś jeszcze innego. I myślę, że dojrzale podchodzimy do tego, co robimy. Nad dojrzałością trzeba cały czas pracować - tak w życiu codziennym, jak i w artystycznej działalności. Nie możesz się zatrzymać, stwierdzić, że wystarczy, bo jesteś już w pełni dojrzały. Jest mnóstwo muzyki, mnóstwo inspiracji, różnych, nowych spraw, które cię nakręcają. Zawsze będę się starał, by zespół Myslovitz trzymał się tej zasady - żeby nasza praca nie pokryła się kurzem, żebyśmy nie popadali w rutynę. Musi być świeżość, nakręcenie. Nie ma sensu nagrywanie płyt tylko po to, żeby zarabiać kasę. Nie wyobrażam sobie, byśmy po nagraniu płyty, która się wszystkim podoba, stwierdzili: OK, następną zrobimy taką samą. Możemy się trzymać swojego stylu, ale pewne elementy powinny być charakterystyczne tylko dla jednej płyty.

  Masz jakiś pomysł, żeby uniknąć rutyny? Wiesz, ona lubi przyjść niezauważona.

  - Mam taki pomysł, tylko że strasznie enigmatyczny - nie wiem do końca jak go zrealizować. Chciałbym się pozbyć na następnym albumie wszystkich schematów, którymi nasiąknęliśmy przez pięć lat grania i nagrywania. Jeżeli uda nam się zrzucić ten bagaż, to po czterech płytach nagramy piątą zupełnie inną. Nie wiem, czy równie dobrą, ale na pewno inną.

  Zaryzykujecie bez względu na konsekwencje?

  - Nie rozpatruję tego w kategorii ryzyka. Ten zespół lubi grać i śpiewać piosenki, lubi melodie. Podejście do melodii w inny sposób nie musi oznaczać komercyjnej klęski, nie musi oznaczać, że wejdziemy w jakiś karkołomny zakręt. Musimy pozbyć się schematów typu: wprowadzenie - canto - refren. Chcemy dalej pracować nad melodią, nad zajebistymi piosenkami, zajebistymi tekstami - ale pracować troszeczkę inaczej. Weźmy na przykład dwa zespoły - Oasis i, dajmy na to, Stereolab. Oba robią melodyjne piosenki, ale w zupełnie inny sposób. Muzycy Stereolab tworzyli kiedyś McCarthy, robili muzykę typowo gitarową. Teraz pozbyli się schematów muzyki gitarowej z lat osiemdziesiątych i zaczęli robić to, co uchodzi za awangardę, mimo że jest nasiąknięte wieloma elementami retro. Ma klimat słodkości, melodyjności, taki klimat, który my w Myslovitz lubimy.

  W "Nienawiści" pojawiają się takie krótkie wyładowania, "zacięcia" gitarowe, zupełnie jak w "Creep" Radiohead. To był świadomy cytat?

  - Te strzały robi akurat Przemek - być może wziął je właśnie z "Creep". On jest wielkim fanem Radiohead, zresztą podobnie jak ja. Natomiast nie było czegoś takiego: "chodźcie, zrobimy teraz coś pod Radiohead".

  "Miłość w czasach popkultury" - już z tytułu można wywnioskować, że teksty będą dotyczyły skomplikowanych związków międzyludzkich.

  - Dużo jest tekstów, które opisują relacje między mężczyzną a kobietą, ale są też takie, które nie mówią o miłości. Na przykład "Nienawiść". Albo "Chłopcy", czy "Zamiana". Piosenki o wewnętrznych rozterkach, ale niekoniecznie spowodowane współżyciem z drugą osobą.

  "Chłopcy" to taka socjologiczna historyjka. Obserwacje poczynione na ulicach Mysłowic?

  - Pierwowzorem był wiersz napisany w 1989 roku przez Przemka. Dodałem jedną zwrotkę, pozmieniałem kilka słów, żeby trochę ten wiersz uwspółcześnić. Ale nie miałem z tym dużo roboty - temat jest ponadczasowy. Myślę, że nie zmieniło się wiele, jeżeli chodzi o tutejsze środowisko.

  To was boli, razi?

  - Nie, my tylko obserwujemy. Każdy żyje swoim rytmem i na swój sposób. Można obserwować, można opisać, ale ciężko jest oceniać - czy to złe, czy dobre.

  "Wieczorami chłopcy wychodzą na ulicę, siadają na chodniku i palą jointy/ Robią wszystko, żeby stąd uciec/ Kiedy wreszcie mogą, to wtedy nie mogą się ruszyć". Z czego ta niemoc wypływa?

  - Może jest to kwestia czasów, w których żyjemy, ale przede wszystkim wina samych ludzi, ich nastawienia do życia, ich wychowania, celów. Bo mimo że czasy są ciężkie, wydaje mi się, że każdy jest w stanie znaleźć własną drogę. A to czy ją znajduje, czy nie, zależy wyłącznie od niego.

  "Chłopcy" to jeden z niewielu tekstów napisanych bardzo wprost.

  - Teksty z "Miłości w czasach popkultury" właściwie nie są przypisane do współczesności. Bez względu na epokę wciąż takie same są twoje czy moje wewnętrzne problemy, relacje między kobietą a mężczyzną. Popkultura od czasu do czasu pojawia się w naszych tekstach, ale tylko w postaci haseł - filmy, seriale, Internet. Ta płyta nie jest o popkulturze. Bardziej o tym, co się dzieje między dwojgiem ludzi, co oni odczuwają, jakie uniesienia, jakie klęski. Inspiracje czerpiemy po prostu z życia. Teksty "Miłość w czasach popkultury" i "Alexander" napisałem na podstawie rozmów ze znajomymi nagranych na dyktafon. Te rozmowy podsuwały mi pomysł, były początkiem. Ale teksty nie są tylko moje - część napisał Wojtek Powaga, część Przemek Myszor. Przy każdej okazji muszę to wyjaśniać, bo na okładce nie ma takiej informacji.

  Zdarza się, że piszecie we trzech jeden tekst?

  - Raczej nie. Ale na przykład "Długość dźwięku samotności" powstał właśnie w taki sposób. Ostatniego dnia nagrywania wokali tego tekstu jeszcze nie było. Wojtek mi podyktował zwrotki przez telefon, a my z Przemkiem zabraliśmy się za zmienianie rzeczy, które nam się w jakiś sposób nie podobały. Z reguły ja coś zmieniam, bo staram się identyfikować z wyśpiewywanymi przez siebie tekstami. Zmian dokonuję oczywiście za zgodą autora. Generalnie nadajemy na tych samych falach.

  Czasem sprawiasz wrażenie romantyka.

  - Ciężko powiedzieć, czy jestem romantykiem. Na pewno najbardziej ze wszystkich członków Myslovitz lubię smutne piosenki. Dla mnie one są najpiękniejsze. To wszystko zależy od środowiska, w jakim przebywam - jedni mogą mnie odbierać jako smutasa, a dla innych mogę być wesołkiem.

  Czy wstrzymujesz się przed zbyt osobistymi zwierzeniami w tekstach?

  - Wszystkie są maksymalnym uzewnętrznieniem, ale zawsze pozostawiam jakąś furtkę. Piszę o moich przeżyciach wewnętrznych, staram się, żeby teksty były jak najbardziej szczere. Natomiast zdarzają się sprawy zbyt prywatne, których akurat nie mam ochoty opisywać. Być może zrobię to za jakiś czas, kiedy nabiorę do nich dystansu. Wiem, że niektórych denerwuje ekshibicjonistyczne traktowanie twórczości. Ale taka jest nasza praca.

  Jesteś jednym z najpewniej śpiewających polskich wokalistów rockowych. Ta wazelina jest wstępem do pytania: czy szkolisz głos, uczysz się śpiewać?

  - Nie, nigdy nie brałem żadnych lekcji śpiewu. Być może po prostu mam szczęście, że mam taki głos. Nigdy nad nim nie pracowałem i chyba nawet o niego nie dbam. Palę papierosy i zdarza się, że po koncercie, kiedy mam zmęczone gardło, biorę papierosa i palę. To już jest chyba trochę nienormalne, a na pewno niezbyt mądre.

  Przy każdej płycie wybierane są single, utwory przeznaczone do promocji w radiu. Czy zdarzyło się tak, że jakiś twoim zdaniem bardzo dobry utwór został pominięty, niezauważony?

  - Byłem kiedyś przeciwny wybraniu na singiel piosenki "Scenariusz dla moich sąsiadów". Moim zdaniem ona najmniej pasowała do całości płyty "Z rozmyślań przy śniadaniu". Nie pasowała aranżacyjnie, melodycznie. Robiliśmy ją na samym końcu, podobnie jak teraz "Długość dźwięku samotności". Dla mnie trochę kijowa była kolejność singli z płyty "Z rozmyślań przy śniadaniu". Uważam, że drugim singlem powinna być piosenka "Zwykły dzień", natomiast trzecim "Margaret" - i między wydawaniem singli powinny być większe odstępy czasowe. Bo, niestety, ich promocja zachodziła na siebie, one się nawzajem zwalczały. Przez to "Margaret" została pominięta, umarła przy "Scenariuszu...". Gdzieś od dwóch płyt dzieje się tak, że nagrywamy materiał i nie bardzo wiemy, który utwór ma być singlem. Być może dlatego, że jesteśmy bardzo mocno związani emocjonalnie z naszymi piosenkami i ciężko jest nam wybrać tę najlepszą. Teraz, po nagraniu demo z nowym materiałem, wiedzieliśmy, że "Długość dźwięku samotności" jest fajnym utworem, ale nie byliśmy pewni, czy ma być pierwszym singlem. Ale stało się i chyba stało się dobrze. Nie jest to taka prosta sprawa - wybrać piosenkę, która przez kilka następnych miesięcy ma chodzić w radiu i prezentować zespół. To jest naprawdę poważny wybór.

  Bo kreuje wizerunek kapeli?

  - Pod tym względem sami troszeczkę namieszaliśmy. Nagraliśmy pierwszą płytę i dzięki temu wyznaczyliśmy sobie jakiś kierunek. Ona była po części piosenkowa, po części psychodeliczna, ale tworzyła całość. Albumem "Sun Machine" zmieniliśmy nasz muzyczny wizerunek. To był błąd, że do tego dopuściliśmy. Z drugiej strony "Sun Machine" otworzyła nam bardzo dużo drzwi i spowodowała, że mogliśmy zacząć poważnie myśleć o utrzymaniu się z muzyki. A przecież o to przede wszystkim ci chodzi, jeżeli zdecydowałeś się na granie. Jednak "Sun Machine" wzbudziła w nas pewien bunt, z którego narodził się album "Z rozmyślań przy śniadaniu". To był dla nas bardzo poważny krok - zupełnie inna płyta. Mocno wierzyliśmy, że dzięki niej uda się szybko zmienić wizerunek zespołu Myslovitz. Okazało się, że to wcale nie jest taka prosta sprawa. Jak już jakaś etykietka do ciebie przylgnie, ciężko jest się jej pozbyć. Może nam się teraz uda.

  Ale co właściwie przylgnęło do was po wydaniu "Sun Machine"?

  - Wszyscy uznali, że jesteśmy zespołem britpopowym, a w Polsce britpop jest dość specyficznie kojarzony. Na naszej scenie prócz Myslovitz pojawiły się Rotary, które zostały totalnie zjechane, był Lizar, który został totalnie zjechany i był Big Day, który z brytyjskimi klimatami też się kojarzył. Britpop był postrzegany na zasadzie: jacyś chłoptasie sobie brzdąkają. Nie zgadzamy się na nazywanie nas polskim zespołem britpopowym! Nie nasza wina, że zapanowała moda na britpop... Tak jak było z Heyem na początku - choć akurat grunge był u nas inaczej odbierany. Britpop był mniej buntowniczy.

  Podobno przy "Miłości w czasach popkultury" współpracowaliście z Muńkiem Staszczykiem - na płycie jakoś nie mogłem się dosłuchać jego głosu...

  - Muniek zaśpiewał gościnnie swoją wersję piosenki "Chłopcy". Kiedy wyjdzie singiel z tym utworem, na pewno wersja Muńka znajdzie się na nim. Tak samo, jak było z wersją Anthony'ego.

  Anthony Neal z Mainstream nagrał anglojęzyczną wersję "Długości dźwięku samotności" i tyle?

  - Być może w przyszłości będziemy ze sobą dalej współpracowali. Mam jeszcze drugi zespół, który niedługo będzie wydawał płytę - kto wie, może wtedy...

  Co to za kapela?

  - Mój poboczny projekt, mam nadzieję, że będzie zupełnie inny niż Myslovitz. Nazywa się Lenny Valentino. Ciężko mi opisać tę muzykę. Na początku chciałem, żeby poszła w kierunku post-rocka, ale stało się inaczej. Są melodie, ale inne niż w Myslovitz - z takim basem a la Sonic Youth. Również inne są teksty.

  Jesteś głównym kompozytorem i autorem tekstów w Lenny Valentino?

  - Piszę teksty, a piosenki komponuję razem z basistą. Mamy teraz nowego bębniarza i robimy od nowa cały materiał. Koncertów zagraliśmy bardzo mało, bo teraz mam obowiązki związane z Myslovitz. Ale w następnym roku znajdzie się więcej czasu dla Lenny Valentino. Mamy gotowe demo i pracujemy dalej.

  Rozumiem, że dla ciebie jest to forma urozmaicenia sobie życia artystycznego, a nie rezultat zmęczenia Myslovitz?

  - Nie, nie - o żadnym zmęczeniu Myslovitz nie może być mowy. Po prostu w zeszłym roku mieliśmy ciężki okres jako zespół - straciliśmy agenta koncertowego i przez dłuższy czas nie mogliśmy znaleźć jego następcy. Nie graliśmy koncertów i chciałem ten wolny czas jakoś wykorzystać. Założyłem drugi zespół z Mietallem, basistą zespołu Negatyw.

  Czy współpraca z Anthonym Nealem to także przygotowanie angielskiej wersji "Miłości w czasach popkultury"?

  - Na razie nic o tym nie wiem. Chociaż jest ciśnienie ze strony naszej firmy fonograficznej - ono już było za czasów płyty "Z rozmyślań przy śniadaniu". Nagraliśmy wtedy cztery utwory w wersjach angielskich. Nagranie utworów z angielskimi tekstami, nawet jeśli uda się to zrobić dobrze, to tylko malutki kroczek w stronę tamtego środowiska, tamtej sceny. Takich zespołów jak my są w Anglii tysiące. One tylko czekają na kontrakt i na pewno łatwiej sobie będą radzić niż my, zespół z Polski.

  Brakuje wam wiary w siebie?

  - Może trochę tak - choćby dlatego, że jesteśmy bardzo zafascynowani muzyką, której słuchamy. Kiedy słuchasz Buckleya, Afghan Whigs, Radiohead czy Sparklehorse - to wydaje ci się, że to są wykonawcy i kapele nie do doścignięcia. Wartość artystyczna ich płyt jest bardzo wielka, poza tym są zajebistymi kolesiami. Widać, że to nie jest przypadkowa zbieranina chłopaków, słychać, że to jest naprawdę szczere, zajebiste granie. Nam z Polski, z totalnej prowincji... Nie no, nie mamy startu.

  Dlaczego? Przecież kiedy gracie, liczycie się tylko wy, pięciu konkretnych muzyków, a nie cały kraj ze swoim bagażem historycznym i kulturowym? Dlaczego kompleksy, dlaczego ciągle ta prowincja?

  - Nie wiem, może mam wyolbrzymione mniemanie o tamtym rynku. Mój problem.

Igor Stefanowicz

Opracowanie: Agnieszka Koza.

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT