Ostatnia modyfikacja tej strony: 5 czerwca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Tylko Rock
 "Artur Rojek. Postęp"
 (wrzesień 2001)

  Jak podsumowałbyś ostatnią dekadę w muzyce?

  - Pojawiło się sporo płyt, które coś zmieniały, wiele wnosiły. Jednym z zespołów, który nagrywał takie albumy jest Radiohead. Nie ma wielu kapel tak udanie łączących muzykę gitarową z klimatami elektronicznymi. Każda z płyt Radiohead jest osobną historią, a jednocześnie krokiem w przód. Porównywanie siły rażenia "OK Computer", "Kid A" i "Amnesiac" jest troszeczkę zgubne, bo te płyty się bardzo różnią. W każdym razie myślę, że ten zespół jak na razie się nie cofnął. Niektórzy mówią i piszą, że umiera muzyka gitarowa, a na jej miejsce pojawiają się takie zespoły jak Chemical Brothers, Orb i Leftfield. Radiohead udowodnił, że gitarom nie grozi śmierć, że wszystko się miesza i zapętla. Myślę, że żaden rodzaj muzyki nigdy nie umrze, że wszystko będzie się nawzajem przenikać. Gitary do łask przywrócił także britpop, dla mnie bardzo wąskie zjawisko - Oasis i zespoły pokrewne. Zjawisko jak najbardziej pozytywne także z naszej perspektywy - perspektywy małego kraju, który nie bardzo grzeszy oryginalnością w muzyce. Bo sytuacja na rynku zachodnim spowodowała, że także u nas wzrosło zainteresowanie zespołami grającymi muzykę gitarową. W pewnym sensie dzięki temu także Myslovitz nagrał swoją pierwszą płytę. Jakoś tak niechcący załapaliśmy się na falę popularności Oasis, co było dla mnie o tyle bolesne, że nigdy tego zespołu nie trawiłem. Jak na mój gust robił wokół siebie zbyt wiele szumu, no i preferował bardzo przewidywalny rock'n'rollowy styl. Z drugiej strony warto wymienić nazwy zespołów, które nie poddają się modom, konsekwentnie robią swoje, wierzą w to, są dzięki temu bardzo autentyczne - np. Low. Nie przechodzę też obojętnie obok różnych ciekawych wydarzeń na scenie elektronicznej i w okolicach. Aphex Twin, Stereolab czy Air to zespoły, które dużo wnoszą.

  Co było najważniejsze w Twoim życiu muzycznym i prywatnym w minionych dziesięciu latach?

  - Przede wszystkim Myslovitz - wiadomo. Oczywiście na przykład udział w projekcie Andrzeja Smolika też mi dał ogromną satysfakcję... Przed Myslovitz był The Freshmen - właściwie to samo co Myslovitz, tylko inna nazwa. Dwa lata graliśmy jako The Freshmen, nagraliśmy dwa dema, zagraliśmy z dziesięć koncertów w tym tylko dwa poza Mysłowicami. Prawdziwa przygoda z muzyką zaczęła się od wydania w 1995 roku płyty "Myslovitz". Od tego czasu jakoś tam sobie lepiej czy gorzej radzimy. Najważniejsze, że czerpiemy zadowolenie z naszej pracy. Trafiały się też rozczarowania - dla nas największym było przyjęcie płyty "Z rozmyślań przy śniadaniu" - bardzo w nią wierzyliśmy, my i cała ekipa maksymalnie się przyłożyliśmy do pracy nad nią. Fakt, że nie odniosła rynkowego sukcesu był dla nas zimnym prysznicem, ostudził nasze oczekiwania. A z drugiej strony dzięki temu w zdrowszy sposób podeszliśmy do nagrywania następnej. Dużym krokiem do przodu była płyta "Miłość w czasach popkultury". Nie wiązaliśmy z nią żadnych większych nadziei, a przyniosła najwięcej przyjemnych niespodzianek... Przez ostatnich siedem lat robię coś, co przynosi mi dużą satysfakcję, a jednak nie jestem do końca pewien, czy to jest to, co powinienem dalej robić. Wciąż w moim życiu jest sporo niepewności, wątpliwości. Ale myślę też, że każda pojawiająca się wątpliwość i depresja z nią związana często kończy się jakimś postępem. Takie sytuacje zmuszają do wyciągania wniosków, czyli rozwijają... Ostatnio pracuję nad nowym projektem - Lenny Valentino. Materiał jest już praktycznie gotowy, nie mamy jeszcze wydawcy. Planowaliśmy premierę na wrzesień - na pewno się trochę przesunie. Ale późniejszą jesienią ta płyta powinna się ukazać. To dobrze, bo pasuje do jesiennych klimatów.

Igor Stefanowicz

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT