|
| powrót |
XL
"12 płyt na każdą pogodę"

Od pewnego czasu słuchanie muzyki stało się dla mnie nie lada wysiłkiem. Nie wiem czy to kwestia wybredności, czy braku koncentracji, ale płyt, których świadomie słucham od początku do końca i czerpię z tego przyjemność jest z dnia na dzień coraz mniej.
Być może jest to związane z ciągłym gonieniem za czymś, z pośpiechem? Może z brakiem warunków? Spokojny pokój, do którego od południa nie zaglądało już słońce, został zastąpiony przez samochód, w którym dźwięki muzyki mieszają się z warkotem silnika i brzęczącym wentylatorem. Cóż, czasami tak bywa. Zawsze można to jakoś wytłumaczyć. Poza tym nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Zawsze znajdą się takie płyty, dla których warunki, w jakich się ich słucha, nie mają znaczenia i które zadowolą największych dźwiękowych maniaków. W ich "smakowaniu" nie przeszkodzą nam ani upał ani seria piorunów i grzmoty połączone z gęsto padającym gradem. No, może grzmoty to przesada... Tym razem właśnie o tych płytach chciałem Wam napisać. Wybrałem ich 11 (w końcu mamy Mistrzostwa Europy w piłce nożnej), ale nie gwarantuję, że o wszystkich napiszę (muszę się zmieścić w czterech tysiącach znaków bez spacji). W każdym razie zacznę od tych najważniejszych.
Morphine
"The Night"
Nie spodziewałem się, że Morphine wzbudzi we mnie tak silne reakcje. "The Night" to wulkan emocji, dzika mieszanka nadziei i beznadziei, radości i głębokiego smutku. Wspaniale rozpoczyna ją utwór tytułowy, w którym nie sposób się nie zakochać. To jedna z najpiękniejszych piosenek, jakie w życiu słyszałem. Dalej jest równie dobrze. Nie ma na tej płycie słabych momentów. Może ostatni utwór pozostawia pewien niedosyt, ale chyba tylko dlatego, że po prostu ją kończy. Zawsze jednak można "The Night" odpalić od początku i gwarantuję Wam, że nie poczujecie znudzenia.
Yo La Tengo
"And Then Nothing Turned Itself Inside-Out"
Yo La Tengo są uważani za weteranów amerykańskiego rocka alternatywnego. Na zdjęciach widać, że są niedużo przed czterdziestką, ale pomysłów mogę im tylko zazdrościć. "And Then Nothing..." to ich ostatnia płyta nagrana w Nashville, przesiąknięta atmosferą amerykańskiej prowincji (bynajmniej nie dla "wiernych miłośników kowbojskich pieśni"). Czy wierzycie, że każde miejsce ma swój zapach? Hoboken, skąd pochodzi Yo La Tengo, ma zapach świeżo skoszonej trawy.
Stereolab
"Cobra and Phases Group Play Voltage In The Milky Night"
Pomimo że muzyka Stereolab zbudowana jest na bazie starych instrumentów elektronicznych, zespół został wrzucony do worka z napisem Nowe Brzmienia. Jestem fanem tej grupy od momentu, kiedy po raz pierwszy usłyszałem piosenkę "Pack-yr Romantic Mind". "Cobra..." to ich przedostatnia i bez wątpienia najlepsza płyta pełna pereł w postaci porywającego "Free Design", melancholijnego "Italian Shoes Continuum" czy francuskiego "The Mergency Hisses". Polecam wszystkim tym, którzy lubią The Velvet Underground, easy listening i minimal.
Low
"Secret Name"
Przedstawiam Wam najwolniejszą i najsmutniejszą formację świata. Nie wiem czy wiecie, ale najsmutniejsze piosenki są najpiękniejsze.
Spain
"Blue Moods Of Spain"
Ta płyta stała na mojej półce rok, czekając aż jej wreszcie posłucham. Kiedy wreszcie przyszedł na nią czas, słuchając ostatniego utworu ("Spiritual") i słów "Jezu nie chcę umierać sam, Moja miłość nie była do końca prawdziwa, Teraz wszystko, co mam, to ty. Jezu, jeżeli słyszysz mój oddech, nie pozwól mi umrzeć samotnie" poczułem się tak, jakby ktoś kopnął mnie w twarz. Czasami jesteśmy tacy zagonieni, że nie zauważamy, ile pięknej muzyki (i nie tylko muzyki) nas otacza.
Nick Drake
"Way To Blue. An Introduction To Nick Drake"
Do fascynacji tym artystą przyznają się takie formacje jak: Sparklehorse, Delgados, Belle and Sebastian. Nick Drake w latach 1969-72 nagrał trzy płyty. W 1974 roku popełnił samobójstwo. "Way To Blue" to album składankowy, na którym znalazły się wybrane przez przyjaciela Joe Boyda utwory z wszystkich trzech płyt jednego z najciekawszych wykonawców folkowych początku lat 70. Dwa lata temu pismo "The Rolling Stone" uznało "Way to Blue" za jeden z najsmutniejszych albumów wszechczasów (zaraz wszyscy pomyślą, że uwielbiam wpędzać się w depresje).
Stina Nordenstam
"And She Closed Her Eyes"
Nie wiem jak to się stało, że kupiłem tę płytę? Chyba gdzieś przez przypadek usłyszałem jej głos?! Już wiem! To było w Szwecji! Kilka lat temu pojechałem tam zbierać mech (Szwedzi używają mech do stroików na święta i do wieńców pogrzebowych). Kiedy zebrałem już wszystko, co było w szwedzkich lasach, wybrałem się na dwudniową wycieczkę do Sztokholmu. Tam, na głównej ulicy, nieopodal sklepu z płytami usłyszałem ją po raz pierwszy. "And She Closed..." to druga płyta Stiny, nagrana w Sztokholmie ze szwedzkimi muzykami jazzowymi i członkami zespołu Popsicle. Jednak muzyka odgrywa tu drugoplanową rolę. Najważniejszy jest jej głos - delikatny, na granicy szeptu, niepowtarzalny...
No, i tak jak myślałem, skończył mi się limit znaków. Do następnego razu. A oto pozostałe płyty:
- The Velvet Underground: "The Velvet Underground"
- Mojave 3: "Ask Me Tomorrow"
- Beth Orton: "Central Reservation"
- Mercury Rev: "Deserter's Songs"
- Belle and Sebastian: "If You're Feeling Sinister"
Artur Rojek
Artykuł pochodzi ze strony www.xl.com.pl.
| powrót | |