Ostatnia modyfikacja tej strony: 5 czerwca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 XL
 "A jak Ameryka"

  Kiedy czytacie w prasie, że Myslovitz gra trasę w USA, z pewnością na wielu z Was robi to duże wrażenie. Myślicie, że jedziemy na podbój Ameryki?! Nic bardziej mylnego. Nie wiem, jak wygląda to w przypadku innych zespołów (mogę się tylko domyślać), ale my gramy tam zwykłą chałturę.

  Do tej pory graliśmy w Nowym Jorku - tak brzmi oficjalna wersja. W rzeczywistości gramy w polonijnej dyskotece w New Jersey, gdzie oprócz kilku osób nikt nie jest zainteresowany naszym występem. Gramy w przerwie, kiedy większość idzie na papierosa, albo zajmuje się konsumpcją. Zwykle czterdzieści minut, bo ludzie się niecierpliwią. Chcą tańczyć... Tegoroczny wyjazd był podobny do poprzednich, z tą tylko różnicą, że na dokładkę pojechaliśmy na "podbój" Chicago.

  To nasza czwarta wizyta za wielką wodą. Uwielbiam tam wracać, chociaż - jak wiecie - panicznie boję się samolotów. No i jestem dodatkiem do niezbyt ambitnej imprezy dyskotekowej, a jak przekraczam granicę USA, muszę tłumaczyć, że przyjechałem kręcić teledysk. Uwielbiam to, bo Nowy Jork to niesamowite miasto. Zawsze warto tutaj przyjechać, chociażby tylko po to, żeby posłuchać jak bije serce świata.

  Wyjazd. Jak zwykle przy starcie oblał mnie zimny pot. Kiedy unoszę się nad ziemię, totalnie zatracam poczucie pewności siebie. To trwa jakieś piętnaście minut. Potem jest już w miarę w porządku. Zaczynam zapominać, że jestem dziesięć tysięcy metrów nad ziemią. Lot trwa niecałe dwie godziny. Za moment lądujemy w Londynie. Stamtąd polecimy dalej - do NY. Nie rozumiem, dlaczego według statystyk więcej ludzi boi się lądowania. Dla mnie unoszenie się w górę jest bez porównania bardziej przerażające. W Londynie oczywiście widzimy tylko lotnisko. Zwłaszcza, że mamy tylko dwie godziny do następnego lotu. No cóż. Jest większe niż Okęcie...

  Do Nowego Jorku lecimy jumbo jetem. Wygląda przerażająco, chociaż wszyscy wkoło mówią, że to bezpieczny olbrzym. Jest chyba dwupiętrowy. W jednym rzędzie siedzi dziesięć osób. W sumie jakieś czterysta ludzi na pokładzie. Niesamowite - w nim naprawdę można czuć się bezpiecznie. Samolot dosłownie płynie w powietrzu.

  Po siedmiu godzinach lądujemy. Podczas kontroli bagażu, kiedy celnik dowiaduje się, że jesteśmy muzykami, myśli że ma do czynienia z jakimś znanym zespołem, którego nie zna. Zaprasza nas do swojego służbowego pokoju i robi krótki pokaz filmowy (z kamery cyfrowej) zespołów, które przechodziły jego kontrolę. Nie możemy uwierzyć!!! Coldplay! Rolling Stones! Mówi, że kontrolował też Dylana i Petera Greena. Potem częstuje nas sokiem, wychwala śliwowicę i oczywiście na pamiątkę nas "skręca".

  Na lotnisku czeka już na nas Leszek Świerszcz, właściciel knajpy w której gramy i organizator koncertu w New Jersey. W Stanach jest już chyba od trzydziestu lat. Przez ten czas w jego klubie zagrały chyba wszystkie polskie zespoły od Lady Pank po Kaliber 44.

  Śpimy w Wayne w motelu Kings Inn., tak jak w ubiegłym roku. Stąd na Manhattan mamy tylko czterdzieści minut autobusem. Jest druga w nocy, a ja czuję się tak, że już teraz mógłbym tam jechać. Muszę się jednak położyć. Od razu zasypiam. Jestem totalnie wykończony. Punktualnie o dziewiątej jesteśmy w pełnej gotowości. Wsiadamy do autobusu nr 193 i rozentuzjazmowani rozglądamy się przez całą drogę po okolicy. Na Manhattan wjeżdżamy tunelem Lincolna. To niesamowite uczucie! Nagle wyrastają przede mną ogromne budynki, które wyglądają jak żywe, buchające ogniem potwory. Jest ich coraz więcej i więcej. Można odnieść wrażenie, że zaraz cały Nowy Jork zapadnie się pod swoim ciężarem. Czuję się jeszcze mniejszy niż w rzeczywistości... Dzielimy się na grupy. Każdy ma tutaj swoje ulubione miejsca. Ja razem z Przemkiem udaję się w okolice skrzyżowania Dziewiątej Alei z St. Marks na East Side. Tutaj mieszczą się najlepsze sklepy z płytami (Other Music), mieszalnie z ciuchami i rupieciami. To tutaj, nigdzie indziej, można kupić płyty Carla Stone'a, Geoffa Fariny i nowego Lowa po promocyjnej cenie. A kiedyś mieszkał tu Jeff Buckley.

  Pod wieczór mamy dosyć. Jutro drugi i zarazem ostatni dzień w NY. Postanawiam poświęcić go na zobaczenie czegoś, czego jeszcze nie widziałem. Jadę do Battery Park prawie nad samą zatokę, skąd widać Statuę Wolności. Wcześniej namawiam Wojtka Powagę na sushi. Uwielbiam to. Wojtek jest przerażony. Wydaję mu się, że kawałki surowej ryby ożywają w jego żołądku...

  Wieczorem gramy koncert. Cztery lata temu, kiedy po raz pierwszy tu wylądowaliśmy, do klubu przyjechało bardzo dużo ludzi. Obserwowałem zatłoczony parking samochodowy z okna położonego obok klubu domu, w którym mieszkaliśmy. Byłem zdziwiony, że Myslovitz jest tu tak popularny. Na scenę wchodziłem bardzo dumny. Niestety, zanim doszedłem do mikrofonu, z parkietu zeszli prawie wszyscy, udając się do sali obok, gdzie mogli spokojnie wypalić papierosa i odpocząć przed następną dawką dyskoteki. Hmm... Dużo się nie zmieniło. No, ale cóż, taka dola...

  W Chicago jesteśmy w samo południe. Prosto z lotniska jedziemy do radia polonijnego. Wszystko jest bardzo dobrze zorganizowane. Odbywamy miłą rozmowę, a potem na chwilę jedziemy do hotelu. Jeszcze tego samego dnia gramy koncert. Copernicus Centre wygląda z zewnątrz jak kościół, a w środku jak bardzo stylowy teatr. Mamy duże problemy z nagłośnieniem. Sytuacja powtarza się też na koncercie. W sumie klimat bardzo podobny do tego w New Jersey. Kilka osób naprawdę przyszło posłuchać muzyki, reszta chciała zrobić jakąś zadymę. Jeden koleś próbował nawet zabrać mi odsłuch ze sceny. Jednak część ludzi naprawdę dobrze się bawi. Kończymy z ulgą...

  Po koncercie spotykamy dwóch kumpli z naszego miasta. Obydwaj siedzą w Chicago od dziesięciu lat. Umawiamy się na następny dzień na zwiedzanie miasta. Chicago mnie zaskakuje. Jest spokojne i mniej tłoczne niż Nowy Jork. Uroku dodaje mu położenie - nad turkusowym jeziorem Michigan, od którego w upalny kwietniowy dzień wieje świeży wiatr. Odwiedzamy oceanarium, gdzie po raz pierwszy w życiu widzę na żywo delfiny. Trochę czasu spędzamy nad jeziorem. Rozmawiamy, żartujemy, wspominamy dzieciństwo spędzone w naszym mieście. Piękny bezstresowy dzień. Kończymy go w naszym hotelu, popijając japońskie piwo. Szkoda że jutro wyjeżdżamy...

  W poniedziałek budzę się wcześnie rano. Samolot mamy o dwudziestej, więc jeszcze parę godzin możemy poświęcić na zakupy. Zgadnijcie gdzie się udajemy? Oczywiście! Skrzyżowanie ulic Clark i Belmont to taki nowojorski East Side. Podobno tutaj kręcono "Wierność w stereo". Przechodzimy nawet obok sklepu, który nazywa się Hi Fidelity Records. Mamy mało czasu, więc zakupy robimy w ekspresowym tempie. Dwie godziny spędzam w sklepie Urban Outfitters, który musicie kiedyś odwiedzić.

  Wracamy na dwie godziny przed odlotem, bo trzeba szybko się spakować, pożegnać ze znajomymi i ruszać w stronę lotniska. To wszystko. Piękna wycieczka, która niestety musi się już skończyć. Przyznam, że bardzo chciałbym tutaj jeszcze raz wrócić. Tylko nie dajcie się nabrać, że na podbój Ameryki.

Artur Rojek

Artykuł pochodzi ze strony www.xl.com.pl.

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT