Ostatnia modyfikacja tej strony: 5 czerwca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 XL
 "D jak depresja"

  Jak to dobrze, że jestem już w domu. Powroty są niezwykle piękne. I nie znaczy to, że na trasie było coś nie tak. Wręcz przeciwnie. Jednak żadne hotelowe łóżko nie zastąpi mojego - domowego.

  Minęło dziesięć dni, a ja dalej nie mogę się tym faktem nacieszyć. Z jednej strony to chyba dobrze, bo przedłużam sobie przyjemność powrotu, ale z drugiej - zastanawiam się, jak długo to potrwa? Mam wrażenie, że z czasem znów zacznie mnie męczyć poczucie wpadania w wir męczących stanów psychicznych. Wszystko przez ten pośpiech. Zabiera mi spokój, uniemożliwia koncentrację i rozrywa mnie na wszystkie strony. Kiedy zmieniam po dłuższym czasie miejsce pobytu, wiele rzeczy mnie absorbuje, są momenty, kiedy naprawdę się uspokajam. Ale kiedy wracam, cieszę się i martwię jednocześnie. Niepokoi mnie zwłaszcza to, jak długo będę mógł przebywać sam ze sobą. Mógłbym zrobić tyle pożytecznych rzeczy, ale niestety zbyt często się niecierpliwię. Nie mogę słuchać, szybko mówię, szybko jem, szybko się myję, szybko chodzę, szybko zapalam samochód, szybko czytam (i z tego, co czytam, nic nie rozumiem). Krótko śpię i szybko wstaję, chociaż nigdzie mi się nie spieszy. Mam wrażenie, że prowadzę za mało aktywne życie, co doprowadza mnie do ciągłej gonitwy za czymś. Kiedy siadam przed komputerem, żeby coś napisać (np. ten felieton) wydaje mi się, że nie mam o czym, bo nic ciekawego w moim życiu się nie dzieje. Wydaje się Wam to dziwne? Uwierzcie mi, czasami nie ma znaczenia, co dzieje się wokół nas. Najważniejsze jest to, co dzieje się wewnątrz. Przy całym zamieszaniu, nagrywaniu płyt, koncertach, wywiadach, zainteresowaniu twoją osobą, możesz nie mieć nic do powiedzenia o tym, jaki naprawdę jesteś. Wcale nie żartuję!

  Każdy dzień kończę robieniem notatek o tym, co mam zrobić albo co wypadałoby zrobić dnia następnego. Zaczęło się to od momentu, kiedy moi bliscy zorientowali się (ja niestety nie), że większości zaplanowanych na najbliższą przyszłość zadań zapominam wykonać. Kilka niepotrzebnych awantur doprowadziło do tego, że zacząłem wszystko sobie notować. Ot tak, dla samodyscypliny. Na krótki czas dało mi to dużo satysfakcji i życie było jakieś takie bardziej poukładane. Niestety, nie trwało to długo. Niepotrzebna szybkość realizowania obowiązków doprowadziła do tego, że zacząłem się gubić i zapominać nawet o tym, że następnego dnia powinienem zajrzeć do notesu. Znów zrobił się straszny bałagan. Nie zapłaciłem kilku rachunków, zapomniałem pójść na umówione spotkanie i nie oddałem kaset wideo (kara za cztery dni spóźnienia). Po czasie, kiedy "przebudziłem się", przełknąłem porażkę i na krótko, ale cierpliwie, zacząłem wszystko od początku. No, i tak trwam w tym bałaganie i porządku naprzemian. Niebezpieczeństwo tkwi w tym, żeby się nie przyzwyczajać. Ciekawe jak długo to potrwa? Czasem mam wrażenie, że jestem już blisko rozwiązania. Chwytam chwilę, w której czuję, że to jest to! Jednak to tylko chwila, która zaraz mi gdzieś ucieka. To śmieszne, ale chociaż cały czas zastanawiam się, jak mam sobie z tym poradzić, to z przekonaniem podtrzymuję na duchu znajomych często przeżywających depresję z tych samych powodów, co ja. No, ale tak to już bywa, że lepiej radzimy sobie z nie swoimi problemami. Pociesza mnie fakt, że mimo wszystko potrafię spojrzeć jeszcze na swoje życie w miarę krytycznie. Dzisiaj mam zły dzień. Mój mózg wydaje mi się postrzępiony, a każda część ciała chciałaby pójść w innym kierunku. Jutro może będzie inaczej. Może kiedy rano się obudzę, poczuję to, czego tak często szukam. No, i może uda mi się to zatrzymać w sobie? Dosyć! Jeszcze parę zdań na ten temat i wszystko wykasuję! Zmiana tematu.

  W ostatnim tygodniu odkryłem więcej nowej muzyki, niż w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Długa nieobecność wzmogła mój głód płytowy tak, że pierwszą czynnością po powrocie była wizyta w sklepie muzycznym. Minęło kilka dni, emocje opadły i bez wątpienia najlepsze cztery płyty z ostatnich przesłuchań to:


  Lou Reed
  "Ecstasy"

  Nikt chyba nie wątpi w wielkość tego artysty, ale niewiarygodna jest forma, w jakiej ten człowiek cały czas się utrzymuje. "Ecstasy" brzmi wyśmienicie. Jest równie mocno energetyczna jak najlepsze nagrania Dandy Warhols, chociaż Lou od członków załogi z Portland dzieli blisko trzydzieści lat!


  Coldplay
  "Parachutes"

  Dawno już Angole nie mieli takiej grupy. Niby nic nowego, ale każda piosenka z tej płyty powoduje, że przechodzą mnie dreszcze. Jeżeli Coldplay utrzyma taki poziom na następnej płycie, postawię go na półce pomiędzy Jeffem Buckleyem a Catherine Whell.


  Six By Seven
  "The Closer You Get"

  Zaczyna się jak wspólne nagranie The Fall i Sverwedriver a piosenka nosi tytuł "Eat Junk Become Junk". Już wyobrażam sobie ich dzikie koncerty! Nie daruję sobie tego, że już kiedyś mogłem ich zobaczyć. Six By Seven supportowali Manic Street Preachers na koncercie w Berlinie. Niestety, wchodziłem na salę, kiedy ich koncert się kończył. Na tej płycie nie ma słabych momentów, a w kilku miejscach zespół dosięga nieba (!), zwłaszcza w "New Year", "My Life Is An Accident" czy w najbardziej transowym na płycie "Another Love Song".


  Nick Drake
  "Bryter Layter"

  Przy pierwszej okazji pisania o tym artyście znałem tylko składankę "Way To Blue". Dzisiaj mogę powiedzieć, że znam już wszystko. "Bryter Layter" trafia do mnie najmocniej być może dlatego, że tak bardzo przypomina mi Belle and Sebastian.


  Przyjemność szczegółowej recenzji zostawiam Wam. To tyle na dzisiaj.

Artur Rojek

Artykuł pochodzi ze strony www.xl.com.pl.

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT