|
| powrót |
XL
"N jak niedziela"

Czy reumatyzm to oznaka starości? Jeżeli tak, to jestem stary. Każdą zmianę pogody odczuwam w kościach. Wiecie o co chodzi? Starsi ludzie nazywają to na Śląsku rwaniem nóg. Kiedy ma nadejść zmiana pogody (zwykle z lepszej na gorszą), mój przeszło siedemdziesięcioletni dziadek mówi, że nogi go rwą. Ja mam tak samo. Przedwczoraj strasznie mnie rwały, a nazajutrz padał deszcz... Nie mogę wtedy zwykle spać ani spokojnie usiedzieć w miejscu. Chociaż to nie boli, do przyjemności też nie należy... Zresztą, co tam. Dzisiaj mnie nie rwą, czyli jutro będzie co najmniej tak ładnie jak dzisiaj. Jest piękna niedziela, a za oknem świeci słońce. Kiedy chodziłem do ogólniaka, nienawidziłem niedziel. Z dwóch wolnych dni w tygodniu niedziela była tym, kiedy przygotowywałem się do poniedziałkowych lekcji. Co z tego, że robiłem to dopiero po południu, skoro wcześniej spędzałem czas ze świadomością, że za chwilę będę musiał zacząć... Do końca czwartej klasy nie znalazłem sposobu na uniknięcie tego stresu. To było strasznie męczące. Innym poważnym problemem były wypracowania z języka polskiego. Nie wierzyłem, że na sprawdzianie będę mógł się na tyle wyluzować, żeby napisać coś mądrego z głowy. Zresztą z doświadczenia wiedziałem, że nic z tego nie wyjdzie. Uczyłem się więc wypracowań na pamięć... Oczywiście, nie w całości, bo nie znałem tematów, ale początek, zakończenie, trochę zdań do części głównej (zawsze znajdą się jakieś uniwersalne - czyli jakieś 80%). W taki sam sposób napisałem maturę. Zdawałem ją w okresie przełomowym politycznie (zmiana władzy itd.) i pewne było, że będzie totalitaryzm. Bałem się okropnie. Polskiego najbardziej. Postanowiłem napisać coś (oczywiście uniwersalnego) w domu i nauczyć się tego na pamięć. Wyobrażacie sobie? Miałem całą pisemną maturę, zdanie po zdaniu, jak wierszyk w głowie. Nieważny był dokładny temat. Ważne, żeby chodziło w nim o totalitaryzm. Na coś takiego trzeba było poświęcić wiele niedziel, zresztą - nie tylko niedziel. Nie wyobrażam sobie, co bym zrobił, gdybym miał temat nie do przewidzenia. Ile jest epok? Nie pamiętam, ale na pewno przeraźliwie dużo. Z matematyką było znacznie lepiej, chociaż z matematyki byłem dużo gorszy niż z polskiego. Po prostu wylosowałem dobre miejsce. To było naprawdę dawno. I dziwię się, że mam reumatyzm...
A teraz innej beczki (sic!). Dwa najważniejsze dla mnie zdarzenia ostatnich miesięcy - jedno muzyczne, drugie filmowe. "Kid A" Radiohead i "Tańcząc w ciemnościach" Larsa Von Triera. ("Ten Von Trier to skąd jest? Ze Szwecji? Nie! Z Wietnamu." - usłyszałem pod kinem). Zacznę może od filmu. Jestem fanem tego dziwaka. Uwielbiam, kiedy z uśmiechem na twarzy mówi o tym, że panicznie boi się raka albo o tym, jak kiedyś w szkole filmowej Zanussi uczył studentów (w tym także jego), jak mają robić filmy. On zwykle robił to odwrotnie. Kiedy zobaczyłem "Przełamując fale", to po pierwsze myślałem, że od tych nieostrych zdjęć dostanę oczopląsu, a po drugie - tak mną ten film zaszarpał, że po wyjściu z kina stanąłem na przejściu dla pieszych w Gdańsku Wrzeszczu i nie potrafiłem powstrzymać płaczu. Von Trier jest mistrzem w graniu ludziom na emocjach (po obejrzeniu "Idiotów" nie wiedziałem, co mam myśleć). W "Tańcząc w ciemnościach" zagrał znów tak samo. I po raz kolejny zrobił to w wielkim stylu. Ostatnia scena filmu nawet największemu gadule zamknie usta. Björk nie gra. Ona po prostu jest. Jakby zawsze tam była. Mała kobieta z wielkim sercem. Jest niesamowita. Jeśli zagra w jeszcze jednym filmie, to wpadnie w schizofrenię. Musicie to zobaczyć!
Nie będę oryginalny, jeżeli powiem, że Radiohead to największy zespół świata, a "Kid A" jest tego kolejnym dowodem. Zresztą może dla mnie oni są zbyt idealni i patrzę na nich bezkrytycznie. Nie wszystkim się musi to podobać. Ale czy można przejść obok nich obojętnie? To już nie mieści mi się w głowie. Nie zrozumiem zarzutów, że stali się niezrozumiali i że trochę przesadzili tym razem. Boże! Czy na każdej płycie muszą być melodie?! A może to my nie nadążamy za nimi? Może nie chce się nam wysilić? Jeżeli jeszcze raz ktoś mi powie, że nowe Placebo to "tak", ale Radiohead "do kitu", to nie odpowiadam za siebie. Nawet dobrze nie posłucha, a już wyrywa się do wyrażania opinii. Uważajcie na mnie!
Na ostudzenie emocji zalecam album "Ainda" Madredeusa, czyli ścieżkę dźwiękową z "Lisbon Story" Wima Wendersa (to z Portugalii, a mnie kojarzy się z Japonią...). Stosować przynajmniej raz dziennie.
Artur Rojek
Artykuł pochodzi ze strony www.xl.com.pl.
| powrót | |