Ostatnia modyfikacja tej strony: 5 czerwca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 XL
 "Z jak zabawa trzydziestolatka"

  Kiedy byłem jeszcze w podstawówce, często liczyłem, ile będę miał lat w dwutysięcznym roku. Nie byłem zbyt dobry z matematyki, a poza tym było to na początku mojej przygody z tym przedmiotem, więc - dopiero po dłuższej chwili - wpadałem w przerażenie (nie takie jak dzisiaj, ale też się bałem). Dwadzieścia osiem lat! Oj, poważny wiek!

  Kilka lat temu myślałem, że ten przełomowy dla mnie Sylwester skończy się poważnym załamaniem nerwowym. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Minęło kilkanaście miesięcy i jestem znów o rok starszy. Nie mogę powiedzieć, że nie myślę o poważnych rzeczach i że świadomość nadejścia nowego wieku nie nastraja mnie do przemyśleń, ale największą przyjemność sprawiłoby mi teraz (a jednak) jakieś małe podsumowanie najlepszych płyt dwutysięcznego roku. Z drugiej strony, czy nie jest to już nudne? No, powiedzcie mi! Pamiętam, kiedy oglądałem filmową wersję "Wierności w stereo", zastanawiałem się, czy ten facet ma coś więcej do powiedzenia w życiu oprócz tego, że Stevie Wonder jest do dupy. A może miał, tylko ja to przeoczyłem? Ach, co tam. W końcu ten dwutysięczny nie był taki zły muzycznie, jak niektórzy twierdzą. Poza tym, nigdy nie robiłem prawdziwego podsumowania. Niech to będzie taka zabawa dla trzydziestolatka.

  Trudno wybrać płyty, które rzeczywiście zrobiły na mnie wrażenie i z upływem czasu dalej zachowują tę samą moc. Mój znajomy powiada: na każdy rok przypada dziesięć ton płyt, z których tylko sto kilo jest warte przesłuchania. Tyle, że te sto kilo kosztuje majątek. Święta prawda! No i niestety, nie udało mi się przesłuchać wielu płyt wartych przesłuchania. Gdzieś po drodze umknął mi i Sigur Rós, i The Czars, i Giant Sand, i okazjonalny Low (Christmas) i wielu innych, na których wciąż czekam... Zanim jednak przejdę do sedna sprawy, jedno prywatne spostrzeżenie. Nie wiem, jak inni muzycy, ale ja co jakiś czas przeżywam zwątpienie co do swoich zdolności kompozytorskich. Poświęciłem muzyce wiele lat życia (no, czy nie przesadzam?) i przeraża mnie myśl, że pomysły mogą się skończyć. Mam wrażenie, że z roku na rok jest ich coraz mniej, że coraz mniej dźwięków do mnie dociera, że staję się sztywny, zgorzkniały, krytyczny i coraz bardziej zamknięty. Z czasem przeradza się to w obsesję bycia nadmiernie otwartym na wszelkiego rodzaju nowości, co dalej charakteryzuje się nerwowością, zachłannością i przyjmowaniem muzyki w przesadnym nadmiarze. To z kolei wprowadza mój umysł w totalny bałagan... Boże! Czuję się jak na seansie psychoterapeutycznym. Na szczęście wydaje mi się, że jest to początkowe stadium szaleństwa, dzięki czemu mogę jeszcze teraz coś nie coś napisać.

  Koniec. Teraz ta lżejsza część. Kolejność będzie bez znaczenia:


  Clinic
  "Internal Wrangler"

  Powstali w 1997 roku, a pochodzą z Liverpoolu. W ubiegłym roku ukazała się składanka trzech singli. "Internal Wrangler" to ich debiutancki album. Trzydzieści jeden minut prawdziwej rock'n'rollowej eksplozji (bliskiej melodyce The Beatles z okresu "Revolvera" i ekspresji najlepszych momentów Jon Spencer Blues Explosion z domieszką ortodoksyjnego punk rocka) zrealizowanej prawdopodobnie w ciągu dwóch dni, na dodatek w garażu... Obok Beta Band największa nadzieja z Wysp i zdecydowany debiut roku!


  Grandaddy
  "The Sophtware Slump"

  Jeżeli ktoś jeszcze nie poddał się dźwiękom z "Deserter's Songs" Mercury Rev czy "Soft Bulletin" The Flaming Lips przy kalifornijskim Grandaddy powinien doznać oszołomienia. To wielka sztuka zebrać na jednej płycie tyle pięknych piosenek. Electric Light Orchestra pod wpływem butaprenu. Wchodzi po pierwszym przesłuchaniu i długo pozostaje w organizmie. I pomyśleć że przegapiłem ich koncert, bo o dzień za późno kupiłem tę płytę.


  Yo La Tengo
  "And Then Nothing Turned Itself Inside-Out"

  Na zdjęciu wewnątrz płyty widać malutką postać z kosiarką, która chodzi w kółko i ścina trawę. Pod zdjęciem widnieje napis: "Kiedy będziecie w Nashville, odwiedźcie Prince's Hot Chicken Shack". Nic dodać, nic ująć. New country z odrobiną post rockowych klimatów w najlepszym wydaniu.


  Pram
  "The Museum Of Imaginary Animals"

  Pram czyli "dziecięcy wózek" to obecnie chyba najbardziej kultowy przedstawiciel avant-popu. Pomimo dziesięcioletniej działalności objawił się dopiero w ubiegłym roku po zagraniu trasy ze Stereolab i wydaniu doskonałej "The Museum..." będącej mieszanką klimatów retro i nowoczesności. Słodki, kobiecy głos (co prawda czasami kojarzący się z S. Vega, ale z czasem się o tym zapomina), dziwne instrumentarium. Zabawkowe pianino, hawajskie przeszkadzajki, trójkąt (pamiętam to z przedszkola), a do tego taneczne rytmy spodobają się wszystkim tym, którym nie obce są klimaty Broadcast czy Stereolab. Jednym zdaniem - Pram to magiczna podróż do świata po drugiej stronie lustra w bardzo wygodnym dziecięcym wózku.


  Radiohead
  "Kid A"

  To najbardziej oczekiwana płyta dwutysięcznego roku. Wprawiła wszystkich w dosyć spore zakłopotanie. Czy ktokolwiek spodziewał się po Radiohead tak zdecydowanego kroku w stronę nowej elektroniki? Chyba nie. Zwłaszcza, że zespołowi udało się zachować swoją niezwykłą autentyczność i pozycję najbardziej progresywnego zespołu końca XX wieku.


  Lambchop
  "Nixon"

  Przypuszczam, że w większości tegorocznych zestawień szósta płyta zespołu Kurta Wagnera znajdzie się w czołówce. Piękna, prosta, mądra i - uwaga! - bardzo przebojowa muzyka country. Ktoś niedawno w jednym z polskich pism pytał: tylko czy ktoś w to u nas uwierzy? Ja uwierzyłem.


  The Sea And Cake
  "Oui"

  Ta płyta jest jak malowanie. Sporo tu delikatności w dobieraniu barw. Dużo dobrego smaku i mistycyzmu. W tle subtelnego głosu Sama Prekopa (Shrimp Boat), który też odpowiada za przepiękne jazzujące gitary, słyszymy matematyczne rytmy Johna McEntire'a (Tortoise) i "głębokie" basy Erica Claridga, które razem tworzą odpowiednik europejskiego avant-popu. "Oui" to ich piąta płyta nagrana dla chicagowskiej wytwórni Thrill Jockey (Tortoise, Isotope 217, Freakwater). Pozycja obowiązkowa dla wszystkich niepoprawnych "gitarowców" i dla poszukujących w muzyce pop nowych wartości. Sea And Cake zagra jedyny koncert w Polsce! Miejsce akcji: Poznań, Blue Note.


  Morphine
  "The Night"

  W tej muzyce jest coś dziwnego, co budzi we mnie niepokój i mnie od niej uzależnia. Poza tym to trudno o niej cokolwiek napisać, bo wszystko będzie brzmiało banalnie. Żeby to zrozumieć, trzeba tej płyty posłuchać. Biegiem marsz!


  Stereolab
  "The First Of The Microbe Hunters"

  Mało kto z fanów tej grupy spodziewał się takiej płyty. Wiadomo było, że po ubiegłorocznym doskonałym albumie "The Cobra And Phases Group..." ukażą się pozostałości sesji. I tutaj zaskoczenie!!! Pozostałości, odrzuty z sesji, czy jak to tam nazwać, okazały się świetną czterdziestominutową płytą (minialbum?). Stare analogowe syntezatory, motoryczne rytmy, klimaty bossa novy i nastrój francuskich filmów z lat 60. i 70. To wszystko, czym Stereolab nas zaskakuje od kilku lat. Ciągle z tą samą świeżością.


  Blimp
  "Superpolen"

  Jedyny polski zespół w tym zestawieniu. Pierwszy raz zetknąłem się z nimi podczas koncertu Tortoise w Poznaniu, gdzie występowali jako support. Nie był to chyba ich najlepszy występ, co nie do końca było ich winą (jako support testowali nagłośnienie). Z Poznania zapamiętałem nazwę. Później zetknąłem się już z ich płytą. Na "Superpolen" słychać fascynację Blimpa zespołami z wytwórni Warp (Autechre) oraz dokonaniami Tortoise. Ich ilustracyjna muzyka jest momentami bardzo techniczna ("Gentelmen Prefer Black Dogs"), a momentami bajkowa ("Invisible Static And Silence" czy "17" ), z tym że miejscem akcji bajki jest kosmos ("Reminiscence Of Space Pop Music").


  Byłby to grzech, gdybym nie wspomniał o takich płytach jak:

  - Dandy Warhols: "Thirteen Tales From Urban Bohemia"
  - Coldplay: "Parachutes"
  - Lou Reed: "Ecstasy"
  - Regular Fries: "War On Plastic Plants"
  - Mojave 3: "Excuses For Travellers"


  Wszystko? Na pewno o czymś zapomniałem.

Artur Rojek

Artykuł pochodzi ze strony www.xl.com.pl.

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT