Ostatnia modyfikacja tej strony: 5 czerwca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Brum
 "Nowy materiał Myslovitz"
 (czerwiec 1996)

  Myslovitz - jeden z najciekawszych debiutów ubiegłego roku - przygotował nowy materiał. Płyta zatytułowana "Sun Machine" nie przynosi w istocie nadzwyczajnych rewolucji stylistycznych, utrwalając raczej piosenkowo-popowy wizerunek zespołu. O tym, na ile świadomy to wybór i jak ewoluować będzie muzyka Myslovitz w przyszłości rozmawiam z Arturem Rojkiem, gitarzystą i wokalistą grupy.


  Poprzednia, debiutancka płyta ukazała dwutorowość Waszych zainteresowań. Z jednej strony przedstawiliście niezobowiązujące piosenki, czerpiące melodię z piosenkowych dokonań The Beatles czy The Byrds, z drugiej zaś ciężkie, psychodeliczne improwizacje nawiązujące nieco do The Velvet Underground i wczesnego Pink Floyd. Z kolei nowy materiał przynosi niemal wyłącznie zestaw dość naiwnych piosenek, nie wykraczających poza standardowe pojęcie brytyjskiego popu. Co skłoniło Was do zakrycia drugiej, ciekawszej artystycznie strony zespołu?

  - Nie zrezygnowaliśmy z psychodelii. Prawdę mówiąc materiał, który właśnie przygotowujemy będzie złożony niemal wyłącznie z takich chorych, nienormalnych improwizacji w rodzaju na przykład "Moving Revolution". Zawsze kiedy gramy lekką piosenkę, mam wrażenie, że jest to jakieś... niepełne. Natomiast cały ładunek naszych emocji i nastrojów przekazujemy właśnie w tych velvetowskich psychodeliach. Ten materiał początkowo miał być mini longplayem z czterema utworami z poprzedniej sesji. Ot, taki ukłon w kierunku fanów, mający pozwolić nam na spokojne przygotowanie nowego programu. Ktoś jednak wpadł na pomysł, że taki singiel się nie sprzeda i powinniśmy z tego zrobić duży materiał. Po dłuższej rozmowie zgodziliśmy się, w pośpiechu dograliśmy kilka nowych piosenek... Jednak nie traktujemy tego materiału jako drugiej płyty. To raczej aneks do debiutanckiego krążka.

  Płyta, dwa single, mnóstwo koncertów, znów płyta... a wszystko to w przeciągu niespełna roku. Czy nie masz wrażenia, że przy takiej intensywności promocji wkrótce rynek może przesycić się Waszą muzyką?

  - Największą lekcją, jaką otrzymaliśmy przez ten rok, było to, że musieliśmy szybko nauczyć się, że zespół to nie tylko muzycy, ale też cała masa ludzi zajmujących się promocją, sprzedażą, koncertami... itp. Kompromisy wobec nich, choć często bolesne, są niestety nie do uniknięcia... Przyznam, że czasem niezręcznie czuję się w roli mocno promowanego, dość popularnego muzyka. Wydaje mi się, że prawdziwa siła Myslovitz uwalniała się, kiedy graliśmy sobie w Mysłowicach. Sami dla siebie. Przez nikogo nie znani... i przez nikogo nie otoczeni atmosferą komercyjnych wymagań i oczekiwań.

  Obserwując reakcje ludzi na Waszych koncertach, radiowe listy przebojów, recenzje i prasowe podsumowania roku 1995, można by sądzić, że Wasza pozycja jest na tyle silna, że nie musicie uginać się pod ciężarem kompromisów i spokojnie wypracowywać sobie twórczą niezależność...

  - Może tak wygląda to z zewnątrz, ale niestety nie jest to prawda. Zostaliśmy docenieni i oczywiście jesteśmy z tego powodu bardzo szczęśliwi. Tyle tylko, że gdyby nagle odciąć nas od promocyjnego zaplecza, o zespole bardzo szybko słuch by zaginął. Nie jesteśmy gwiazdą, której istnienie jest trwale zakodowane w świadomości słuchaczy. Jest Myslovitz, to fajnie - nie ma Myslovitz, to trudno.

  Album jest już w sprzedaży. Jego producentem był podobnie, jak w przypadku pierwszego materiału Ian Harris. Jak w rzeczywistości wyglądała Jego rola w studio?

  - To właśnie jest najciekawsze. Ian nie zmieniał nic w aranżacjach, nie dokładał nowych melodii, nowych dźwięków, a jednak zrobił dla tych płyt naprawdę dużo. On po prostu wniósł w nie kawałek siebie, swojego doświadczenia, swojego gustu i smaku, wyrobionego jak by nie patrzeć przez lata współpracy z takimi kapelami, jak choćby U.K. Subs, The Exploited, New Order czy Joy Division. My możemy tylko domyślać się sposobu myślenia tych muzyków - On w ten właśnie sposób myśli. Swoją drogą nie zapomnę jak nagrywaliśmy "Pierwszy raz (z Michelle J.)". Ian strasznie wściekał się, że śpiewam takim delikatnym, ciepłym głosem. Ja mu mówię: "słuchaj, przecież ten kawałek jest jak Joy Division", na co On: "muzyka może tak, ale ty śpiewasz jak jakiś pieprzony Jimmi Summerville!" (śmiech). Generalnie na tym właśnie polega Jego udział w nagraniach.

  Czy nagranie koweru "Historia jednej znajomości" Czerwonych Gitar miało być próbą zbudowania pomostu, wykazania pokrewieństw między "polskimi Beatlesami", a "polską odpowiedzią na neobeatlemanię - Ride, Suede, Oasis"?

  - Nie, nigdy nie słuchaliśmy Czerwonych Gitar i raczej nie postrzegaliśmy ich jako "polskiego The Beatles". Pojawił się po prostu pomysł, żeby zrobić jakąś przeróbkę, spróbowaliśmy paru kawałków, ten wypadł najlepiej i został. Akurat "Historia jednej znajomości" jest jednym z lepszych numerów na tej płycie. "Blue Velvet", "Sun Machine" w wersji wokalnej, singlowa wersja "Good Day My Angel" niesamowicie zaśpiewana przez Iana Harrisa i właśnie "Historia..." to moje typy z tego materiału. Poza tym sami siebie też nie do końca postrzegamy jako "odpowiedź na Oasis". Graliśmy taką muzykę przed wybuchem tej całej brytyjskiej mody. Mieliśmy to szczęście, że w Mysłowicach od początku lat 80. istniało środowisko zauroczone brytyjskim brzmieniem. The Smith, My Bloody Valentine, Wedding Present... To wszystko przestudiował już kilkanaście lat temu mysłowicki zespół Generał Stilwell! Jeżeli już określać nas echem czegoś, to śmiało możemy się przyznać do bycia echem tej właśnie kapeli. Jasne, że kiedy zrobiło się głośno o Suede albo Ride, jakoś to i na mnie podziałało. Też biegałem, wyciągałem z szafy za ciasne podkoszulki, koniecznie chciałem wyglądać, grać i zachowywać się jak Anglicy. Niestety, jak obserwuję teraz to całe szmirowate gwiazdorstwo, robi mi się niedobrze.

  Nie trzeba być nazbyt wyczulonym słuchaczem, żeby wyłowić z Waszych nagrań raczej ponurą, nostalgiczną atmosferę. Z kolei koncerty wydają się wręcz eksplozją żywiołu, optymizmu i młodzieńczości. Jak wyjaśniłbyś tę różnicę? Czy koncerty dają Wam więcej satysfakcji niż praca w studio?

  - Atmosfera nie wynika i chyba wynikać nie może ze sztywnej kalkulacji. Słowem, najpierw powstaje kawałek, a dopiero później okazuje się, w jakim utrzymany jest klimacie. A wracając do pytania, to rzeczywiście wolę chyba grać koncerty niż pracować w studio. Przecież Myslovitz to kapela, która nie umie grać! Znamy kilka akordów, jak więc łatwo się domyśleć, tak obszerna znajomość muzyki dyskwalifikuje nas jako profesjonalnych artystów studyjnych. Jednocześnie jednak nobilituje nas jako hałaśliwych, koncertowych krzykaczy (śmiech). Ale koncerty w połowie też są dla nas męczące. Przez pierwszą część występu czuję się trochę jak głupek, który śpiewa coś, co tak naprawdę nikogo nie interesuje. Dopiero kiedy dochodzimy do końcówki - "Moving Revolution", "Good Day My Angel" - czuję, że to jest to, co zawsze chciałem robić. Sam nie wiem jak, ale buduje się niesamowity klimat, trans, zamyślenie... uwielbiam to.

  Bodaj największym zarzutem, jaki można było mieć do Was przy pierwszej płycie, były teksty "o niczym". Ta sama sytuacja powtarza się również w przypadku nowej płyty...

  - Cóż, nie jesteśmy może wybitnymi literatami... Wiesz, dla nas tekst jest jakby przedłużeniem, słownym odbiciem klimatu piosenki. Nic ważnego ponad to nie mamy do przekazania...

  Oprócz Myslovitz, Lotynia i ostatnio Lizar nie ma w Polsce grup prezentujących ten rodzaj brytyjskiego grania. Dlaczego Twoim zdaniem brak odzewu na ten, jakby nie patrzeć, popularny styl?

  - Odzew jest, o czym świadczy choćby wspomniany i moim zdaniem znakomity materiał Lotynia. To, że nie promuje się młodych zespołów, to już sprawa producentów, wydawców i dziennikarzy.

  Wspomniałeś, ze dopiero trzecia płyta będzie mogła być traktowana jako wizytówka Myslovitz. Kiedy planujecie nagranie tego materiału?

  - Chcielibyśmy jak najszybciej. Myślę, że jak tylko skończy się promocja tej płyty, postaramy się od razu przysiąść do następnego materiału. Bardzo Nam na tym zależy.

  Dziękuję za rozmowę.

Wojtek Wysocki

Opracowanie: Grzegorz Fik.

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT