|
| powrót |
Tylko Rock
"Myslovitz"
(grudzień 1995)

Ciekaw jestem, jak nasz rynek muzyczny zareaguje na to, co na swoim debiutanckim albumie przedstawił zespół Myslovitz. Czy na pewno przyjmie się u nas wizja muzyki, która dość zdecydowanie odbiega od tego, do czego zdążyli nas przyzwyczaić inni?
Chyba po raz pierwszy u polskiego wykonawcy tak wyraziście słychać echa dokonań brytyjskiej sceny rockowej (właśnie - nie amerykańskiej). Dodajmy od razu - przeniesienie angielskich doświadczeń na nasz grunt wypadło w tym przypadku bardzo interesująco.
Muzyka Myslovitz jest dla polskiego rocka jak zastrzyk świeżej krwi. W każdym razie na pewno usatysfakcjonuje znudzonych jazgotem i agresją muzyki amerykańskiej lat dziewięćdziesiątych. To przede wszystkim nostalgiczny powrót do lat sześćdziesiątych, do Beatlesów. Im właśnie Myslovitz zawdzięcza te wszystkie urokliwe melodie, wpadające w ucho refreny, chóralne śpiewy - posłuchajcie na przykład znanego już pewnie wszystkim "Zgonu", "Kobiety" czy utworu tytułowego. Ale beatlesowskie harmonie to nie wszystko - stanowią one punkt wyjścia dla dalszych poszukiwań.
Myslovitz udało się wytworzyć w swoich utworach nieco odrealniony, jakby rozmarzony psychodeliczny klimat. Skutecznie pomogły w tym i przetworzone partie gitary (np. w "Myslovitz" puszczona od tyłu), i delikatny, jakby nieśmiały śpiew ("Wyznanie"), i szczególne aranżacje ("Good Day My Angel"), i w końcu współgrające z muzyką impresyjne teksty. Takie i podobne zabiegi nie są na pewno szczególnie odkrywcze (znowu kłaniają się brytyjskie grupy, choćby My Bloody Valentine), ale daleki też byłbym od posądzenia Myslovitz o wtórność. To chyba duża sztuka - mimo tak wielu inspiracji zachować artystyczną tożsamość.
Ładne, pełne wdzięku piosenki i bardziej dynamiczne utwory, jak nawiązujący do Suede "Papierowe skrzydła" (histeryczny śpiew i bardzo charakterystyczny sposób gry na gitarze), sąsiadują tutaj z psychodelicznymi, niemal hipnotycznymi kompozycjami ("Wyznanie", "Good Day My Angel"). I nie powoduje to bynajmniej żadnych zgrzytów...
W przypadku takiej muzyki ważne jest uzyskanie własnego, charakterystycznego brzmienia. Tutaj Myslovitz postanowił skorzystać z usług fachowca. Produkcji płyty podjął się oczywiście Anglik, Ian Harris, mający na koncie współpracę choćby z Joy Division i New Order.
Robert Grotkowski
Opracowanie: Grzegorz Fik.
| powrót | |