|
| powrót |
Tylko Rock
"Sun Machine"
(wrzesień 1996)

Podobno zespół dopiero na drugiej płycie pokazuje, na co tak naprawdę go stać, czy aby spełnił pokładane w nim nadzieje. Myślę, że tak też myślał zespół Myslovitz nagrywając "Sun Machine". Stąd chyba tak zdecydowana zmiana image'u (było tak szaro, a teraz jest kolorowo...), drugi gitarzysta w składzie grupy (Przemek Myszor). Zmiany nie ominęły oczywiście samej muzyki. Pierwszy album grupy urzekał niezwykłymi, psychodelicznymi klimatami, swoistą melancholią. Drugi zawiera w większości materiał nieco przystępniejszy, pogodniejszy. To na pierwszy rzut... ucha proste piosenki o miłości, jak otwierająca album "Peggy Brown" czy stylizowana na lata sześćdziesiąte "Z twarzą Marilyn Monroe". Właściwie w każdej z nich jest jednak coś, co sprawia, że są czymś więcej niż tylko błahymi przeboikami. To "coś" to zwykle niepokojące gitarowe tło, bądź zgrzytliwe, pełne brudów ("Blue Velvet"), bądź tworzące ścianę dźwięku ("Bunt szesnastolatki"). To również pełen egzaltacji śpiew Artura Rojka (znów kłania się Suede). Weźmy choćby "Amfetaminową siostrę"... To też w końcu zasługa realizatora "Sun Machine", Iana Harrisa.
O swym bardziej psychodelicznym obliczu Myslovitz przypomina w "Amfetaminowej siostrze", fantastycznej, onirycznej wersji "Historii jednej znajomości" Czerwonych Gitar i w "Good Day My Angel", odświeżonym utworze z pierwszego albumu zespołu. Na "Sun Machine" zaśpiewał (a raczej wyrecytował) Ian Harris. To bez wątpienia jeden z najjaśniejszych punktów płyty - niemal doorsowski podkład, wspaniale narastające napięcie.
Fajnym pomysłem było sięgnięcie po stary kawałek Bowiego, pochodzący z płyty "Space Oddity", "Memory of a Free Festival". Mamy tu co prawda tylko jego fragment, ale ten najważniejszy, i to odśpiewany "na żywca" przez wszystkich.
Robert Grotkowski
Opracowanie: Grzegorz Fik.
| powrót | |