|
| powrót |
XL
"N jak nienawiść"

Na początku założenie było takie, że będę unikał pisania o muzyce, a na pewno pisania o zespole Myslovitz. Rzeczywistość jednak pokazała, że to nie takie proste, zwłaszcza kiedy siedzi się w tym wszystkim po uszy.
Poza tym ciągle jest coś, co powoduje frustracje, o czym wciąż myślisz i co cię przeraża, nawet wtedy, kiedy płyta osiąga duży sukces komercyjny i artystyczny (a może zwłaszcza wtedy?). To nie jest tak, że się nie cieszę. Cieszę się bardzo. Przecież pierwszy raz w życiu gram koncerty w pełnych salach, gdzie ludzie śpiewają nasze teksty, a ja nie muszę się martwić, jak przeżyję następny miesiąc, bo grania mam strasznie dużo. No, i mogę pisać teraz do Was. Z drugiej strony wszystko się kiedyś kończy. Przychodzą nowi, a odchodzą starzy albo ci, co się nie sprzedają. Ponad rok temu, wiosną, wracałem pociągiem z Warszawy do Katowic po spotkaniu z moim wydawcą. Renegocjacja kontraktu najczęściej nie przebiega w miłej atmosferze, zwłaszcza w dużej firmie płytowej. No, chyba, że jesteś artystą, na którym wydawcy bardzo zależy. W naszym przypadku sytuacja nie wyglądała zbyt dobrze. Wyglądała wręcz tragicznie. Nie byliśmy ani priorytetem, ani nadzieją, a co najważniejsze (dla wydawcy) - byliśmy deficytowi. Już sobie myślałem, że w tym kraju nie opłaca się być szczerym, bo szczerość się słabo sprzedaje i nikogo tak naprawdę nie obchodzi, co chcesz ludziom przekazać. Liczy się wynik! Gdzieś w połowie drogi, w okolicy Tomaszowa Mazowieckiego, przypomniałem sobie, jak to było na początku. Wszystko mi wtedy imponowało. Kiedy podpisywaliśmy kontrakt na wydanie pierwszej płyty, robiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Liczba "dobrych przyjaciół" zwiększała się w zastraszającym tempie. Wszyscy byli mili, rodzinni, inteligentni, no, i byli specjalistami w swojej dziedzinie. Tylko tak naprawdę nikt z nich nie słuchał, tylko udawał, że słucha, udawał, że mówi do ciebie, że niby rozumie. Udawanie to często spotykane zjawisko. Udają ci z góry i udają ci z dołu. Ci z góry udają tak długo, że już nie rozróżniają, kto udaje wśród tych z dołu. Promują więc najczęściej udających (tych nie-udających jest znacznie mniej) i ponoszą klęskę, którą tłumaczą potem np. piractwem, zapominając o tym, że pirat najprawdopodobniej też nic nie sprzedał. Machina kręci się jednak dalej, nawet jeżeli ponosi straty. Tylko jak długo? Co bardziej spostrzegawczy widzą już teraz, że koncerny fonograficzne zjadają swój ogon. Brakuje im pasji i polotu, a w działaniach nie ma miejsca na żadną przyjaźń. Przez kilka lat przyglądania się temu wszystkiemu byłem nieraz świadkiem sytuacji, w których obiecywano bardzo dużo, a potem po podsumowaniu wyników sprzedaży wyrzucano zespół bez słowa pożegnania. Oczywiście, winny nigdy nie będzie koncern! Ktoś mi powie, że się czepiam, bo są tacy, co się starają. Oby tylko te starania były szczere. Pierwszym, który ucierpi, będzie niestety zespół. Trzeba być strasznie silnym albo giętkim, żeby nie zatracić w tym wszystkim siebie. Wystarczy chwila słabości, by stanąć nie po swojej stronie, a konsekwencją tego będzie utrata zaufania.
Zastanawiam się, co przyniosą próby inwestycji koncernów w rynek niezależny? Czy ktoś, kto przez lata dorabiał się na muzyce środka, będzie sobie radził z taką grupą jak Ścianka? Czy duży koncern fonograficzny będzie potrafił sprzedać zupełnie niekomercyjny, ambientowy materiał? Jak długo taka współpraca może potrwać? Ile artyzmu może przełknąć fabryka? Bardzo mało?
Mali, śmieszni ludzie, którym wydaje się, że wszystko wiedzą najlepiej, stoją na szpicu polskiego showbiznesu (fe) i dyktują, co mają oglądać i czego mają słuchać Polacy. Najczęściej się mylą, ale struktura, w której funkcjonują, nie działa na zasadzie "pokaż, co naprawdę potrafisz", tylko "pokaż, jaki możesz być cwany". Na ekrany kin trafiają filmy polskich pseudoreżyserów, starych pryków, którzy udają, że znają polską młodzież. Z kolei w sklepach muzycznych królują imitatorzy (pozdrawiam polskiego Ricky Martina), którzy równie dobrze mogliby być kiepskimi wodzirejami na weselach. Normalni kolesie, o ogromnym potencjale, twórczy i odważni w swych pomysłach pracują w fabrykach bez prawa głosu, taśmowo wykonując swoje czynności. Na koniec dowiadują się, że już w sumie nie są potrzebni...
A cwaniacy mizdrzą się do szefów, prawiąc im komplementy, na myśl których robi się niedobrze. Wszystko się niby zmienia, ale ludzie są cały czas ci sami, a z tych wszystkich myśli o nich rodzi się w końcu Nienawiść.
Artur Rojek
Opracowanie: Grzegorz Fik.
| powrót | |