Ostatnia modyfikacja tej strony: 5 czerwca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 XL
 "T jak trasa"
 (kwiecień 2000)

  W zasadzie każdy wyjazd na koncert to wyjazd w tzw. trasę. Dla mnie trasa to nie jeden, ale kilka lub kilkanaście (w najgorszym wypadku kilkadziesiąt) koncertów.

  Po raz pierwszy wyjechaliśmy w trasę po wydaniu płyty "Z rozmyślań przy śniadaniu" w drugiej połowie 1997 roku. Zagraliśmy wtedy dziesięć koncertów przez dziesięć dni w dziesięciu największych miastach Polski i było to dla nas niezwykle pouczające doświadczenie. Chociaż wcześniej graliśmy dosyć często, to właśnie wtedy dotarło do nas, że na trasie trzeba się oszczędzać. W ubiegłym roku graliśmy bardzo rzadko. Kiedy po wydaniu "Miłości w czasach popkultury" zewsząd posypały się propozycje koncertów, poczuliśmy przypływ energii. Początek był bardzo delikatny. Kilka pojedynczych występów z kilkudniowymi przerwami na odpoczynek. Prawdziwa przygoda zaczęła się w lutym.

  Startujemy dziesiątego w klubie "Crazy Hill" w Przemyślu. Żeby tam dotrzeć na 16, nasz kierowca, a zarazem techniczny "Bobi" (od Bogdana) rozpoczyna "zwózkę" o 7:45. Pod względem gotowości do wyjazdu jesteśmy bardzo niezorganizowani. Chociaż mieszkamy niedaleko siebie, "start" może trwać nawet dwie godziny. Czasami któryś z nas zapomni o wyjeździe i o umówionej godzinie jeszcze śpi. Doprowadza to do frustracji zwłaszcza Lalę i Jacę. Lala kiedyś powiedział, że jeżeli jeszcze raz się spóźnimy, to będziemy mogli zabrać jedynie jego lacie (papucie), które zostawi nam przed drzwiami.

  W kierunku Przemyśla wyjeżdżamy z Mysłowic o godzinie 10:00. Przed nami 340 km. Jakieś dwa tygodnie wcześniej sterroryzowany przez nas Bobi kupił do samochodu mały telewizor z magnetowidem. Niestety, konstrukcja, na której był umieszczony, wytrzymała tylko kilka dni i sprzęt musiał zostać w Mysłowicach. Pozostały tradycyjnie książki, gazety i radiomagnetofon, który już dawno stał się przedmiotem naszych kłótni o to, czy mamy słuchać radia, czy kasety i o to, czy głośniej z tyłu samochodu, czy z przodu.

  W Przemyślu gramy daleko poza centrum miasta. Kiedy już widzimy klub, zastanawiam się, komu będzie się chciało jechać na takie zadupie, żeby nas zobaczyć. "Crazy Hill" to dosyć potężny lokal "ukierunkowany" (tak mówi menedżer knajpy, niejaki Bufet) na muzykę rockową. Jednak po niedługim czasie stwierdzam, że to przede wszystkim dyskoteka. Występ rozpoczynamy około 22:00. Ku naszemu zdziwieniu jest sporo ludzi. Wchodzimy na scenę i zaczynamy utworem "Nienawiść". Nasze koncerty trwają niecałe półtorej godziny. Mieliśmy ambicję, żeby były dłuższe, ale po kilku ponad dwugodzinnych występach okazało się, że tego nie wytrzymujemy. Wszystko przebiega w miarę sprawnie i w ten sposób docieramy do ostatniego utworu, "Mickey". Zawsze czekam na tę piosenkę, która nie do końca jest piosenką. "Mickey" powstało na początku naszej działalności i wynikało z mojej i Lali fascynacji zespołem Stereolab, zwłaszcza żółtą płytą z niebieskim pociągiem na okładce. Jednak do tej pory nie ma go na żadnej naszej płycie. Utwór ten ma luźną konstrukcję, co pozwala nam go grać za każdym razem inaczej. Właśnie to jest w nim najbardziej pociągające. "Mickey" wychodzi różnie. Czasami świetnie, a innym razem koszmarnie. W Przemyślu jest w miarę dobrze, a to znaczy, że koncert się udał. O godzinie 0:30 zaczynamy odczuwać zmęczenie. Myślami jesteśmy już w łóżkach.

  Poranek następnego dnia jest piękny. Świeci słońce i jest bardzo ciepło. Czekamy, aż w telewizorze skończy się "Janosik", po czym wychodzimy i wsiadamy do samochodu o 9:30. Tym razem wyjeżdżamy punktualnie. Wszystkim dopisuje humor, jesteśmy wyspani i zadowoleni z życia. Przez chwilę zastanawiam się, jak wyglądał nasz pokój w hotelu. Chyba dlatego, że kilka dni wcześniej oglądałem "Nieustające wakacje" Jarmuscha. Pamiętam koncert, ludzi i co jadłem na kolację. Pokoju niestety nie pamiętam...

  Wsiadamy do samochodu i wyjeżdżamy do Radomska. Docieramy o 14:00. Gramy w MDK-u. Wreszcie wchodzimy na scenę o rozsądnej porze. Jest 17:00. Przed nami mnóstwo ludzi. Gra się świetnie. Z każdą piosenką poziom naszego zadowolenia wzrasta. Szczyt osiągamy podczas "Mickey". Tym razem nie kończymy tak jak zwykle czadem, ale wyciszeniem. Kiedy wychodzimy na bis, zaczynamy od wyciszenia. Przez kilka minut wprowadzamy się ponownie w trans, no a potem ostry czad z demolką mojego instrumentu. Jest zaje**ście. Po koncercie Lala spotyka dwóch policjantów, którzy kilka tygodni temu wlepili mu mandat. Przypomina mi, że obiecałem im naszą kasetę.

  Z Radomska do Mysłowic jest blisko - postanawiamy wrócić do domu zwłaszcza, że następnego dnia gramy w pobliskim Sosnowcu. W klubie im. Jana Kiepury w Sosnowcu zespoły rockowe grają rzadko. Świadczą o tym pamiątkowe plakaty, którymi oblepiona jest nasza garderoba. Jedynym niepoważnym muzykiem, który tu występował, był chyba Józef Skrzek. Sala jest bardzo mała i cała wypełniona krzesłami. Kiedy śpiewam "Długość dźwięku samotności" mylę się i zamiast śpiewać w refrenie "... to nie mój świat", wypalam "... tu nie mój świat"... Pomyłki zdarzają mi się zresztą często. Kiedyś w Częstochowie zapomniałem całego tekstu do "Krótkiej piosenki o miłości". No, i niestety musieliśmy zagrać tą piosenkę instrumentalnie.

  Poniedziałek następnego dnia to Walentynki. Mam dzień wolny, nadrabiam kinowe zaległości.

  We wtorek rano... Bobi znów rozpoczyna "zwózkę". Wyjeżdżamy, jak zwykle spóźnieni...

Artur Rojek

Opracowanie: Grzegorz Fik.

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT