|
| powrót |
Gazeta Wyborcza
"Najważniejszy jest Myslovitz"
(7 czerwca 2002)

Rozmowa z Arturem Rojkiem, wokalistą i gitarzystą zespołu Myslovitz:
Kilka dni temu wróciłeś z europejskiej trasy koncertowej, podczas której razem z Myslovitz otwieraliście koncerty grupy Simple Minds. Jak było?
- Wspaniale. W ciągu 11 dni zagraliśmy razem z Simple Minds siedem koncertów, m.in. w Paryżu, Lizbonie, Walencji, Madrycie i Mediolanie. W każdym z tych miast graliśmy dla kilku tysięcy ludzi, którzy ku naszemu dużemu zaskoczeniu przyjmowali nas naprawdę bardzo dobrze. Najbardziej stresującym występem był koncert w paryskiej Olimpii. To był nasz pierwszy koncert na tej trasie, w dodatku od razu w tak wielkim i historycznym miejscu - grali tu przecież wszyscy, od Rolling Stones po Jeffa Buckleya. Przez 11 dni mieszkaliśmy w ogromnym białym autobusie. Dół zajmował sprzęt, a górę my. Znajdowało się tam 12 łóżek, aneks kuchenny, mała łazienka z ubikacją. Z przodu były jeszcze miejsca widokowe (jak ktoś jechał piętrowym autobusem, to wie, że najlepsze miejsca są z przodu przy samej szybie), a z tyłu autobusu telewizor, DVD, playstation, odtwarzacz CD i kanapa na sześć osób.
Mieliście okazję poznać członków Simple Minds?
- Już na pierwszym koncercie w Paryżu poznaliśmy Jima Kerra, wokalistę Simple Minds. W Vigo, w Hiszpanii, Jim Kerr i Charlie Brunchill, gitarzysta, przyszli powiedzieć, że bardzo podobał im się występ - przy okazji stwierdzili, że gramy krautrocka i porównywali nas do Can (akurat w ten dzień na samym końcu zagraliśmy utwór "Mickey", ostrą 20-minutową psychodelię).
Przed wyjazdem w trasę śmiałeś się, że w zasadzie pamiętasz tylko jedną piosenkę Simple Minds. Czy po wspólnych koncertach przypomniałeś sobie jakieś inne?
- Słuchałem całego ich koncertu w paryskiej Olympii. Większość ich repertuaru koncertowego opiera się na starych przebojach z lat 80. - grają zwykle ponad dwie godziny. Kiedyś bardzo lubiłem kilka ich płyt, ale dziś dużo bym w tej muzyce zmienił - przede wszystkim brzmienie klawiszy. To zespół jakby z innej epoki, prawdziwe gwiazdy - na każdą trasę wożą ze sobą garderobianą i dwie kucharki. My na każdym koncercie graliśmy 35-minutowy set, który zaczynał się piosenką "Chłopcy", potem graliśmy piosenki z dwóch ostatnich płyt w wersjach anglojęzycznych. Każdy nasz koncert był bardzo energetyczny, graliśmy same czadowe numery.
Na tyle czadowe, żeby wystąpić przed Iggy Popem?
- Zastanawialiśmy się już nad tym. Przed Iggy Popem zagramy ostrą psychodelię. Publiczność będzie przecież całkiem inna, trzeba wziąć to pod uwagę.
Przed tygodniem ukazała się Wasza nowa płyta, graliście wtedy koncerty w Europie. Kiedy usłyszeliście ją po raz pierwszy?
- Dopiero dwa dni przed wyjazdem usłyszeliśmy całość. Zabraliśmy płytę w trasę i słuchaliśmy jej w autobusie. Okładkę po raz pierwszy zobaczyliśmy w Madrycie - przywieźli ją tam nasi przyjaciele.
Wasz poprzedni album "Miłość w czasach popkultury" odniósł wielki sukces komercyjny. Czego spodziewasz się po tej płycie?
- Przestałem już prorokować, bo zawsze się mylę. Czasem wydaje mi się, że jakąś płytę akurat powinni kupić wszyscy, a dzieje się inaczej. Bywa też odwrotnie... "Korova Milky Bar" nie jest płytą łatwą. Ja jestem z niej zadowolony, ale nie wiem, czy spodoba się ludziom. Sam jestem ciekaw. Sytuacja na rynku jest ciężka, wielkie gwiazdy sprzedają zaledwie po kilka tysięcy swoich nowych płyt. Mogę tylko powiedzieć, że współczuję zespołom, które teraz debiutują - jeszcze parę lat temu było dużo łatwiej. Mamy naprawdę świetne młode kapele, jak Blimp, Kristen czy Pustki, które grają muzykę na europejskim poziomie. Być może skończy się tak, że jeśli tutaj nikt nie będzie chciał ich promować, to uderzą za granicę.
Za dwa tygodnie zagrasz gościnnie na koncercie Andrzeja Smolika w katowickim Mega Clubie. Pojawisz się tylko w kilku utworach czy zagrasz cały koncert?
- Graliśmy już razem na żywo kilka razy - za każdym razem mój udział wygląda trochę inaczej. Zwykle gram na gitarze w dwóch, trzech piosenkach i śpiewam "50 tysięcy 881".
Ta piosenka promowała debiutancki album Smolika, w zeszłym roku była dużym przebojem. Jak doszło do Waszej współpracy?
- Poznaliśmy się jeszcze przy nagrywaniu pierwszej płyty Myslovitz. Pamiętam, że w kilku utworach chcieliśmy dołożyć instrumenty klawiszowe, ale nie znaliśmy nikogo, kto mógłby na nich zagrać. Polecono nam Andrzeja Smolika - on od niedawna grał z Wilkami. Przyjechał i zagrał, potem wystąpił jeszcze na kilku naszych płytach. Przyjaźnimy się do dzisiaj, bardzo dobrze nam się razem gra i pracuje - zrobiliśmy razem kilka piosenek, m.in. muzykę do spektaklu teatralnego "Dowód" wystawianego w teatrze Ateneum w Warszawie. Jeśli chodzi o piosenkę "50 tysięcy 881", to Andrzej przysłał mi ją najpierw w formie instrumentalnej. Ja dopisałem słowa i zaśpiewałem. Efekt nas zadziwił - piosenka powstała bardzo szybko, nie spodziewaliśmy się, że będzie miała aż taki oddźwięk. Cieszę się, że Smolik nagrał własną płytę - wcześniej pracował tylko na konto innych, teraz wreszcie zaczął robić coś dla siebie.
Jesteś najbardziej aktywnym członkiem Myslovitz - współpracowałeś ze Smolikiem, Lotyniem i Ścianką, w zeszłym roku nagrałeś znakomitą płytę z grupą Lenny Valentino. Czy wciąż myślisz o solowych projektach, czy teraz koncentrujesz się raczej na swoim macierzystym zespole?
- Cały czas myślę o rozmaitych projektach, zastanawiałem się na przykład, kogo by zaprosić na nową płytę Lenny Valentino. Teraz najważniejszy jest jednak Myslovitz - czeka nas naprawdę dużo pracy. Przez cały czerwiec i lipiec gramy koncerty w Polsce i za granicą, w sierpniu nagrywamy anglojęzyczną wersję naszej nowej płyty (ukaże się też na niej chyba kilka starszych piosenek, jak "Chłopcy" i "Długość dźwięku samotności"). Potem znowu koncertujemy. Na urlop wybieramy się dopiero w grudniu.
Marcin Babko
| powrót | |