|
| powrót |
City Magazine
"Nagraliśmy wszystko w ciągu tygodnia!"
(czerwiec 2002)

Wywiad z Wojtkiem Powagą, gitarzystą grupy Myslovitz.
Wasi fani musieli czekać prawie trzy lata na wasz kolejny krążek "Korova Milky Bar". Dlaczego tak długo trwała przerwa między premierami tych dwóch albumów?
- W zasadzie nie odczuliśmy tak bardzo tej przerwy. Po premierze "Miłości..." jesienią 1999 roku zagraliśmy ogromną ilość koncertów i czas jakoś szybko zleciał. Potem mieliśmy problemy lokalowe z salą prób, które skutecznie przyblokowały nas na parę miesięcy. Na szczęście rozwiązaliśmy je dzięki Radzie Miasta Mysłowice. Kiedy wreszcie wszystko się skończyło i mieliśmy czas oraz miejsce na tworzenie nowego materiału, Artur kończył pracę promocyjno-koncertową z Lenny Valentino. Spotykaliśmy się więc w czwórkę w okolicy października i pracowaliśmy nad nową płytą. W styczniu dołączył Artur i wtedy skończyliśmy piosenki, aranżacje i partie wokalowe. Potem w lutym weszliśmy do studia w Radiu Katowice i nagraliśmy wszystko w ciągu tygodnia (!!!), z wyjątkiem wokali, ponieważ nie było jeszcze wszystkich, a w zasadzie większości tekstów. Mając jeszcze dwa tygodnie studia zrobiliśmy to o czym zawsze marzyliśmy i obiecywaliśmy fanom - nagraliśmy siedem godzin muzyki improwizowanej, tzw. "sajkodelicznej", jaką gramy na koncertach na finał. Było to coś wspaniałego - ktoś rzucał temat, a kto miał coś do powiedzenia wchodził w to swoim pomysłem. Będziemy oczywiście wybierać z tego najfajniejsze kawałki i wydamy w końcu roku na płycie jako ciąg dalszy płyty "Korova Milky Bar".
"Miłość w czasach popkultury" została wybrana jedną z najlepszych płyt lat dziewięćdziesiątych. Czy tak samo jak kiedyś wyglądał proces tworzenia nowych piosenek, czy też tym razem wyczuwaliście dodatkowy stres aby każdy nowy kawałek był co najmniej tak dobry jak najgorszy na wspomnianej platynowej już płycie?
- Na początku, jeszcze przed przystąpieniem do tworzenia muzyki, były jakieś obawy czy zdołamy zrobić coś na miarę "Miłości..", ale już na pierwszej próbie zapomnieliśmy o tym i robiliśmy muzykę bez żadnej presji. Myślę, że "Korova..." jest płytą, która pokazuje aktualną prawdę o Myslovitz, o jego stanie artystycznym i duchowym, bez robienia czegoś na siłę.
Jesienią ubiegłego roku, wokalista Myslovitz - Artur Rojek osiągnął sukces artystyczny z Lenny Valentino. Czy jego poboczny projekt muzyczny wpłynął na atmosferę w kapeli oraz jak wobec braku Artura na próbach radziliście sobie z robieniem nowych piosenek?
- Myślę, że projekt Artura nie miał wpływu na Myslovitz. Wszyscy dopingowaliśmy go ponieważ, nie da się ukryć, jest to piękna płyta. A problemu na próbach nie było, Przemek śpiewał partie wokalne, w aranżu zostawialiśmy miejsca na jego gitary, żeby nie było przeładowania i tak powstawał materiał, bez problemu.
Podobnie jak i na poprzednim albumie teksty na płytę napisałeś głównie ty i Przemek Myszor. Jakie problemy tym razem poruszacie na "Korova Milky Bar"?
- Teksty na poprzednim albumie były pisane przez trzy osoby. A z tym jest u nas tak: siadamy przed pisaniem głównie we trójkę: Przemek, Artur i ja. Potem dużo rozmawiamy o tym, co nas porusza, o czym warto napisać, co jest ciekawe, co nas dotyka. Potem każdy wraca w swoją prywatność i tam pisze. Następnie rozmawiamy o każdym tekście, wymieniamy uwagi, często krytyczne. Tak to się odbywa. Teksty na płycie "Korova...", jak zwykle, dotykają problemów zwykłych ludzi, lęków, zagubienia, miłości, poczucia braku własnej wartości. Niesamowite było, gdy po jednym z ostatnich koncertów promujących najnowszą płytę dostałem e-maila, w którym ktoś napisał, że dziękuje za teksty ponieważ znowu może odnaleźć w nich siebie i opisują dokładnie to, co w tym okresie swojego życia przeżywa - była to dla mnie najlepsza nagroda, jak i recenzja!
Nowy album nagrywaliście w Katowicach. Czy tylko względy ekonomiczne zaważyły na takim a nie innym wyborze studia nagrań?
- Nie tylko względy ekonomiczne, ale też sam wygląd i rozmiar studio - duże, nowoczesne, ogromna sala koncertowa, gdzie mogliśmy nagrywać na żywo, bliskość domu...
Kolejne, inne studio nagraniowe, jednak już po raz trzeci pod rząd realizatorem waszej płyty jest Tomek Bonarowski. Czy wynikało to z tezy, iż zwycięskiego składu się nie zmienia? Czy nie korciło was aby tym razem zaryzykować współpracę z innym fachowcem, choćby - Leszkiem Kamińskim?
- Nie. Od początku wiedzieliśmy, że produkcją zajmie się Tomek Bonarowski - bardzo dobrze się rozumiemy, jest bardzo dobrym fachowcem, dobrze się z nim pracuje, powierzamy mu nasz materiał, który miksuje w zasadzie bez naszej obecności. A chodzi tu przecież o efektywną, komfortową pracę, więc nic nie zmienialiśmy już po raz trzeci.
W kwietniu zrobiliście eksperyment polegający na organizacji trasy koncertowej promującej nowy album, tuż przed jego wydaniem. Jakie są twoje wrażenia z całej trasy oraz jaki był odbiór poszczególnych nowych piosenek?
- Nie ukrywam, było to bardzo ciekawe doświadczenie. Najgorzej było na pierwszym koncercie, przyzwyczajeni do bardzo żywiołowego odbioru naszej muzyki dziwnie się czuliśmy grając, w zasadzie dość czadowe numery dla stojącej publiczności. Po koncercie w garderobie byliśmy lekko podłamani, że może materiał słaby, piosenki nie takie, jakich oczekiwali ludzie... Ale już na drugi dzień było zupełnie inaczej - ludzie z zainteresowaniem słuchali nowego materiału, klaskali, próbowali śpiewać nowe refreny. Ogromny aplauz przed i po otrzymywał Przemek śpiewający jedną piosenkę. Teraz po trasie mogę powiedzieć, że było bardzo dobrze, wspaniałe doświadczenie, które pozwoliło mi zobaczyć, że to co robimy jest ludziom potrzebne, oczywiście tym, którzy przychodzą na koncert.
Maj to nie tylko nowa płyta Myslovitz, ale także wspólne koncerty z Simple Minds oraz występy w Londynie i w Berlinie. Z jakimi oczekiwaniami podchodzicie do tych wydarzeń?
- Zauważyłem, że media jak i nasz menedżer wiążą większe nadzieje z tymi koncertami niż my, którzy traktujemy to bardziej jako przygodę niż szansę zaistnienia na tak zatłoczonym zachodnim rynku. Będzie to szkoła dla nas, menedżerów, technicznych jak to się wszystko odbywa w profesjonalnych warunkach. Jeżeli otworzy to nam drogę na zachód, to super, jeśli nie, to nic się nie stanie, zwiedzimy trochę świata i będzie o czym wnukom opowiadać. Jesteśmy już po koncertach w Berlinie i Londynie. Było bardzo fajnie, ilość osób jaka się zjawiła przerosła nasze oczekiwania, a poza tym na efekty większego kalibru trzeba jeszcze poczekać.
Podobno wasz londyński koncert promował plakat z Jerzym Dudkiem, który pochlebnie wyrażał się o waszej twórczości. Skąd ta nagła miłość Jerzego Dudka do Myslovitz?
- Nie był to żaden plakat tylko zdjęcie Jerzego Dudka z autografem, które pojawiło się w tamtejszej, jak i tutejszej prasie. O całej sprawie dowiedzieliśmy się z internetu od znajomego, który przysłał nam skan tego artykułu.
W marcu ukazała się wasza pierwsza płyta DVD z fragmentem koncertu oraz starymi teledyskami. Z czyjej inicjatywy ukazała się ta pozycja w waszej dyskografii?
- Był to pomysł naszego menedżera, jak i firmy płytowej Sony Music Polska.
W chwili, gdy ukaże się ten wywiad będzie już czas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. Jak poradzicie sobie z oglądaniem meczy i graniem czerwcowych koncertów?
- Bez problemu! Już jakiś czas temu nasz kierowca zamontował w samochodzie telewizor i jesteśmy na bieżąco, jeśli chodzi o mecze czy walki bokserskie.
Na koniec powiedz mi czy fakt, iż Przemek Myszor zaczął śpiewać na nowym albumie, a Artur Rojek przymierza się do przeprowadzki do Warszawy, wskazuje, iż niebawem może dojść do zmian personalnych w zespole Myslovitz?
- Nie sądzę, aby do tego doszło. Na scenie jesteśmy jak jeden ogień, granie razem sprawia nam tyle radości, że na razie nic nie wskazuje, żeby miało się coś zmienić.
Dziękuję za wywiad.
- Dzięki!
Jacek Osadnik
| powrót | |