Ostatnia modyfikacja tej strony: 18 czerwca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Gazeta Wyborcza
 "Korova Milky Bar"
 (czerwiec 2002)

  Trzy lata czekaliśmy na nową płytę Myslovitz - wielki sukces poprzedniej, "Miłość w czasach popkultury", z pewnością zaostrzył jeszcze apetyty fanów. Singlowy "Acidland" nie zachwycał, po przesłuchaniu całego albumu okazuje się na szczęście, że to jedna z najsłabszych na nim piosenek.

  Jak zwykle w przypadku Myslovitz, płyta jest nierówna. W najciekawsze rejony muzycy zapędzają się w partiach instrumentalnych (jak np. finał "Za zamkniętymi oczami"). I nie chodzi tu o jakiekolwiek zastrzeżenia do głosu Artura Rojka, który z każdą płytą zaskakuje nowymi możliwościami, ale o teksty. Na tym albumie jest kilka ewidentnych wpadek, które wynikają chyba z pośpiechu - teksty pisane były "na kolanie", bezpośrednio przed wejściem do studia. Rażą zwłaszcza te niby-socjologiczne, jak w piosence "Nigdy nie znajdziesz sobie przyjaciół, jeśli nie będziesz taki jak wszyscy". Są tu też jednak próbki prawdziwej poezji, jak choćby fragment utworu "Bar mleczny Korova": "rzeczywistość jest jak wielki czarny pies - cicho skrada się i chce mnie zjeść".

  Idealnym, zarówno pod względem tekstowym, jak i muzycznym jest utwór "Chciałbym umrzeć z miłości". Rojek smutnym głosem zaczyna: "świat wypadł mi z moich rąk", a wokół pływają gitary, by zaraz zrobić miejsce łagodnym tonom klawiszy - całości dopełniają dziecięce dzwonki. Pięknym, podniosłym finałem albumu jest "Szklany człowiek", ale dla zagorzałych fanów zespół przygotował jeszcze niespodziankę. Po kilku minutach z ciszy wyłania się miłosna ballada, którą śpiewa zwykle grający na gitarze i klawiszach Przemek Myszor.

  Atutem płyty jest dużo odważniejsze niż zwykle wykorzystanie efektów kamery pogłosowej - dotąd mogliśmy je słyszeć jedynie na koncertach zespołu. Piąta płyta Myslovitz pokazuje jednak, że choć jest to najciekawszy zespół na naszej scenie pop, to nie ma on już ambicji, by z tej sceny się wyrwać. Czy muzycy mają więc szansę ją zmienić?

Marcin Babko



  Rozczarowanie. Wyczekiwany przez trzy lata piąty album jednego z najbardziej obiecujących naszych zespołów rockowych zawodzi muzycznie, tekstowo i wykonawczo. Jest o wiele słabszy od dwóch znakomitych poprzednich albumów, a może nawet najsłabszy w dyskografii. Muzycznie nie wnosi nic do gitarowej konwencji zespołu. Słabe aranżacje powodują, że jest po prostu bezstylowy. Jeszcze słabiej jest z tekstami. Artur Rojek tak bardzo zamknął się w świecie swoich stanów psychicznych, że napisał teksty, które rozumie chyba tylko on sam. Szkoda, bo kiedy jeszcze dostrzegał istnienie świata zewnętrznego, powstawały teksty wizjonerskie, jak choćby "Scenariusz dla moich sąsiadów", "Chłopcy" czy "To nie był film".

  Szkoda tej nowej płyty Myslovitz, bo zespół grający nie najłatwiejszą i bardzo uduchowioną muzykę osiągnął popularność zastrzeżoną dla gwiazd pop. To była szansa, aby pokazać szerokiej publiczności karmionej przez media muzycznopodobną papką, że możliwa jest muzyka dobra i popularna. Mało tego - Myslovitz operował dosyć jeszcze obcą w naszym kraju stylistyką britpopu - brytyjskiej muzyki gitarowej będącej wypadkową stylów takich zespołów, jak: The Beatles, The Clash, The Smiths czy Oasis. To była szansa na nauczenie szerszej publiczności zupełnie innego muzycznego języka. To się nie stanie za sprawą tej płyty, bo cofa się ona do enklawy fanów britpopu. Dla nich pewnie nie będzie to album zły.

  Są na nim przynajmniej dwa dobre utwory: otwierający "Sprzedawcy marzeń" (choć nie mam pojęcia, o czym jest tekst) i nagrany wyraźnie pod wpływem klimatu Radiohead utwór "Wieża melancholii". To jednak, powtórzę, album dla fanów. Ja zaczekam na następny i na powrót jednego z najważniejszych artystów naszej sceny do rzeczywistości.

Robert Leszczyński

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT