Ostatnia modyfikacja tej strony: 5 lipca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Tylko Rock
 "Kroić i układać"
 (maj 2002)

  Spotkaliśmy się nazajutrz po koncercie w warszawskiej Proximie - Myslovitz mógł zaskoczyć fanów nowymi inklinacjami stylistycznymi. W pokoju hotelowym czekał na mnie Artur Rojek, stopniowo dołączali kolejni muzycy. A ja coraz bardziej się przekonywałem, że zespół już zaczyna żyć myślami o kolejnym albumie. Choć tego najnowszego, "Korova Milky Bar", sami jeszcze do końca nie znali! Cóż, ostatnio Myslovitz nie ma powodu narzekać na brak wrażeń.


  Kwietniowa trasa po Polsce to pewnie rozgrzewka przed wydarzeniami jeszcze poważniejszymi...

  - Artur: Traktujemy ją jako szansę ogrania i zaprezentowania nowego materiału. Wydaje mi się, że dla fanów to może być dość ciekawe - mogą usłyszeć nowe piosenki, zanim jeszcze ukaże się płyta.

  Testujecie i wyciągacie wnioski? Jeżeli jakiś numer będzie chłodniej przyjęty, to się z nim pożegnacie i nie trafi na "Korova Milky Bar"?

  - Artur: Na to jest już za późno. Prace nad płytą są tak daleko posunięte, że wycofać już nic nie możemy. A przede wszystkim nie ma powodu do takich ruchów.

  Po wydaniu "Miłości w czasach popkultury" mówiliście, że to nie jest żaden nowy rozdział w twórczości Myslovitz. Może teraz wreszcie powiecie inaczej - uzbroiliście się w klawisze, w jakieś tajemnicze pudełka, efekty gitarowe...

  - Wojtek: Rzeczywiście wyposażyliśmy się w różne kosmosy. Z każdą płytą staramy się rozwijać. Idziemy do przodu, a jednocześnie ciągle robimy swoje. Przemek kupił mnóstwo starych klawiszy, ja nabyłem trochę delayów i innych efektów. Jak się nie umie grać, to trzeba się czymś wspomagać (śmiech). I w nowych piosenkach trochę słychać, że były to zakupy uzasadnione.

  - Artur: Myślę, że jeszcze bardziej będzie to słychać na naszej następnej płycie. Nagraliśmy trzynaście piosenek, a prócz tego około siedmiu godzin improwizacji. Tę drugą część materiału też chcemy wydać po skróceniu, obrobieniu. Rzecz pewnie ukaże się na jesieni. W piosenkach z "Korova Milky Bar" te wszystkie kosmosy pojawiają się dość delikatnie, natomiast w materiale improwizowanym już rządzą dość poważnie. Te improwizacje właściwie opierają się na naszych nowych zabawkach.

  Więc materiał na następną płytę jest już gotowy, czy... Co właściwie zamierzacie zrobić z tymi siedmioma godzinami improwizacji?

  - Artur: Przesłuchamy, powybieramy najciekawsze fragmenty i na ich bazie pewnie będziemy robić jakieś dłuższe formy. Tak naprawdę jeszcze nie słuchaliśmy uważnie tego materiału i na razie trudno zapowiadać jakieś konkrety.

  - Przemek: Materiał jest niby gotowy, bo nagrany. Będziemy go teraz kroić i układać.

  - Wojtek: Dla nas ta sesja to była niesamowita sprawa - tym razem mieliśmy taki układ, że mogliśmy sobie przychodzić do studia kiedy chcemy i na jak długo chcemy. Realizatorzy włączali nagrywanie, a myśmy sobie jechali...

  - Przemek: ...i w międzyczasie się kłóciliśmy. Bo na przykład my ciągniemy fajny temacik, a ktoś wchodzi z czymś totalnie od czapy... Były awantury, wyzwiska, ale są efekty. Na koncertach już gramy dwa numery z tego improwizowanego materiału.

  Jak wam się udało trafić na taki fajny układ z tym studiem? Sponsora znaleźliście?

  - Artur: To już zasługa naszego managementu. Dostaliśmy miesiąc studia i nie musieliśmy się o nic martwić.

  - Przemek: Zasługa menadżera, że w ogóle mieliśmy tyle czasu, zasługa Tomka Bonarowskiego i nasza, że materiał na płytę nagraliśmy w tydzień. Przed wejściem do studia planowaliśmy, że wygospodarujemy trochę czasu na kombinowanie improwizacyjne, ale nie przypuszczaliśmy, że to będą aż trzy tygodnie. Tak nam palma odbiła, że chodziliśmy na kawę zamiast nagrywać w studiu.

  Czyli do sesji przygotowaliście się perfekcyjnie...

  - Artur: Nagrywanie piosenek poszło nam tak szybko, że zacząłem się zastanawiać, czy to jest jakaś rutyna, czy rzeczywiście jesteśmy tacy dobrzy, czy może akurat ten materiał nam tak łatwo wchodzi...

  - Przemek: Chyba przede wszystkim chodziło o to, że Tomek Bonarowski nam trochę odpuścił. Podczas poprzednich sesji kazał nam powtarzać nasze partie po siedemset tysięcy razy, a teraz nagrywaliśmy najwyżej kilka wersji. Potem Tomek sobie z nich wyciągał to co najlepsze i układał jak trzeba. Przy tym montowaniu narobił się o wiele bardziej niż my przy nagrywaniu.

  - Wojtek: Ale i tak wygodniej mu wybierać z kilku niż z kilkudziesięciu wersji.

  - Przemek: Po prostu doszedł do wniosku, że my za siedemsetnym razem gramy tak samo źle jak za pierwszym.

  Po wysłuchaniu koncertu można podejrzewać, że ten następny, improwizowany album będzie technowo-psychodeliczno-transowy...

  - Przemek: Na to wygląda. To będzie taka płyta, którą obiecywaliśmy i sobie, i fanom od początku istnienia zespołu. Totalna, prawdziwa improwizacja. Ktoś podawał pomysł, reszta do niego dołączała. W czasie nagrań mieliśmy taką umowę, że jak któremuś z nas trudno się odnaleźć w jakimś temacie, to siedzi cicho i przynajmniej nie przeszkadza.

  Kolega, który na waszym wczorajszym koncercie robił zdjęcia, podejrzał kartkę ze spisem utworów - w kilku przypadkach zamiast tytułów były nazwy kapel Radiohead, Placebo, Stereophonics...

  - Przemek (bardziej rozbawiony niż wkurzony): Podaj mi nazwisko tego gościa!

  - Artur: Są utwory, które nam się jakoś kojarzą z graniem innych kapel. Ale to są tylko nasze skojarzenia, często bardzo luźne - mógłbyś posłuchać numeru opatrzonego na przykład hasłem "Placebo" i trudno by ci było doszukać się podobieństw. Zresztą zawsze mieliśmy takie kawałki - roboczo dawaliśmy im tytuły "The Verve", "Ride", "St. Etienne", "Afghan Whigs", "Mercury Rev". Żeby jakoś się nazywały w początkowej fazie powstawania.

  - Przemek: No właśnie - te skojarzenia rodziły się na etapie narodzin pomysłu. Z danym zespołem kojarzył nam się pojedynczy motyw, który ktoś przynosił. Wiesz, któryś z nas gra, a wszyscy inni - łee, Radiohead. No i tak zostawało, chociaż finałowa wersja danego kawałka z Radioheadem może nie mieć nic wspólnego.

  Powtórzę - Radiohead, Placebo, Stereophonics. To teraz wasze najsilniejsze inspiracje?

  - Artur: Ja na przykład nie znam żadnej płyty Placebo...

  - Przemek: ...ale jak się słucha jakiegoś albumu kilkadziesiąt razy, to on musi inspirować, coś ci w głowie zostaje. Słuchamy dużo muzyki.

  I pewnie oglądacie dużo filmów i czytacie książki. Skąd pomysł na zaczerpnięcie tytułu "Korova Milky Bar" z "Mechanicznej pomarańczy" Anthony'ego Burgessa?

  - Przemek: To Rojas wymyślił. Oglądał ostatnio film. Ale chyba z całą treścią książki nasza nowa płyta ma niewiele wspólnego.

  - Artur: Najbardziej interesujące w całej historii wydaje mi się to miejsce, Korova Milky Bar, do którego przychodziła grupa pod wodzą Malcolma McDowela. Chłopaki spidowali się mlecznymi drinkami. Klimat ponadczasowy, można to łatwo odnieść do naszej współczesności, do miejsc, do sytuacji. Dużo dyskutowaliśmy na ten temat, zastanawialiśmy się, jak go ugryźć. Większość tekstów powstała już po wymyśleniu tytułu, niejako pod jego wpływem. Kilka mieliśmy już wcześniej, ale też pasują.

  - Przemek: Wyszło nam coś w rodzaju concept albumu. Ale to przypadek, nie mieliśmy takiego zamiaru. Korova Milky Bar - miejsce, w którym odmieniasz świadomość. Na lepszą, gorszą, w każdym razie inną. Możesz sobie to miejsce nazywać jak chcesz i każdy z nas je ma.

  Sporo czasu upłynęło od wydania "Miłości w czasach popkultury".

  - Artur: Po ukazaniu się poprzedniej płyty bardzo długo byliśmy w trasie. Zagraliśmy mnóstwo koncertów, mam wrażenie, że byliśmy w każdym miejscu w Polsce. Potem ja - w sumie dość krótko - byłem zajęty projektem Lenny Valentino. Równolegle chłopcy zaczęli pracę nad nowym materiałem, dołączyłem do nich w styczniu. Te trzy lata to niby długo, ale naprawdę działo się sporo. Przez ten czas mieliśmy raptem dwa tygodnie wakacji.

  - Przemek: Były przymiarki, żeby nowy album nagrać już w zeszłym roku, ale jakoś nie potrafiliśmy się do tego zabrać. Poza tym nie chcemy wydawać płyt zbyt często, nie chcieliśmy iść za ciosem. Bo potem czasami się okazuje, że nokautujesz sam siebie.

  Teraz się podniósł spory szum - Myslovitz wydaje anglojęzyczny materiał, Myslovitz jedzie do Londynu, do Berlina, potem rusza w trasę po Europie u boku Simple Minds! Jak to wszystko wygląda z waszej perspektywy, jakie macie oczekiwania?

  - Artur: Ja osobiście nie mam żadnych oczekiwań. Bardzo się cieszę, że jadę do Londynu, bo to na pewno będzie fajna wycieczka. Było fajnie, jak tam byliśmy poprzednim razem, więc czemu teraz miałoby być inaczej? Myślę, że do każdego z kolejnych punktów programu zachowamy podobne podejście. Super przygoda. Poznajesz nowych ludzi, masz okazję grać w różnych nowych dla ciebie miejscach, możesz posłuchać na żywo zespołów, które lubisz - zwłaszcza na festiwalach. Przede wszystkim to się liczy. Natomiast na zagraniczne sukcesy jakoś się specjalnie nie nastawiamy. Może z tego nic nie wyjść, może z tego coś wyjść. Jak wyjdzie, to miło. Na pewno się dobrze przygotujemy i będziemy chcieli zagrać jak najlepsze koncerty. Rozpatrywania hipotez wolałbym uniknąć.

  - Przemek: Nic nie chcemy mówić na wyrost, bo potem wrócimy do Polski i wszyscy będą nas rozliczać: no i co, gdzie ta kariera? Nie napinamy się. Nie odnieśliśmy jeszcze żadnego sukcesu - to nie będzie nasza trasa, tylko trasa Simple Minds. To my, a nie oni, będziemy w roli supportu. A dla młodych kapel na Zachodzie granie supportów to normalka, nie ma się czym specjalnie chwalić. Jak coś nie wyjdzie, jak się nie spodobamy, to prosto z Paryża wrócimy do Polski i będzie po zabawie. Sztucznie nadmuchany balon - fajnie, że jest, ale nie wiadomo, czy gdziekolwiek na nim zalecimy.

  Podpięcie się pod trasę Simple Minds to chyba jakiś przypadek?

  - Artur: Przypadek jak przypadek - to raczej wynik ogromnej pracy naszego managementu. Wszystko się zaczęło od zeszłorocznych koncertów w Londynie, w klubie... parafialnym przy polskim kościele. Pierwsze dwa koncerty to była rozgrzewka. Najpierw jakiś dziwny wieczorek, wybory Miss Polonii, czy coś w tym stylu - kompletna żenada. Drugi był trochę bardziej rockowy, ale o bardzo wczesnej porze - chyba o 16:00 - i tylko dla Polonii. A trzeci tak już zorganizowaliśmy, żeby wszystko było w porządku. Zaprosiliśmy dużo fajnych ludzi, wśród nich takich, którzy mogli nam pomóc - na przykład szefa brytyjskiego Sony. Zagraliśmy bardzo dobrze. No i od tego wszystko się zaczęło. To dzięki temu ukazała się anglojęzyczna EPka "The Length Of The Solitude Sound" - Sony UK ma do rozdysponowania 2000 egzemplarzy. Będzie koncert w klubie Borderline, 29 kwietnia. Wszystko się zaczyna ładnie zazębiać - Londyn, trasa Simple Minds, podobno we Francji jest jakieś zainteresowanie naszą muzyką. Ale spokojnie - z tego może nic nie wyjść. I przypominam, że nie chodzi o premierę nowej płyty Myslovitz na rynkach światowych - po prostu wyszedł minialbum z naszymi piosenkami w angielskich wersjach, po prostu zagramy koncert w londyńskim klubie.

  - Przemek: Ale czujemy ciśnienie. Ostatnio w dzienniku radiowym wiadomość o naszym wyjeździe na trasę z Simple Minds została umieszczona zaraz po najświeższych doniesieniach z Afganistanu i Izraela. Zaczyna się niezła jazda.

  Tytuł anglojęzycznej płytki - "The Length Of The Solitude Sound" - to nic innego jak "Długość dźwięku samotności". Angielskie wersje są dosłownymi tłumaczeniami oryginałów?

  - Artur: Znaleźliśmy bardzo dobrego tłumacza, który potrafi zachować sens tekstu i nie stracić jego melodii, rytmu, akcentów. Jest świetny, naprawdę. Nazywa się Zdzich Zabierzewski, pochodzi z Krakowa, ale dużo czasu spędził w Anglii, skończył tam szkołę. No i też jest artystą, choć może nie muzykiem... Kiedy czytam angielskie wersje, mam wrażenie, że tłumaczył słowo w słowo, co wbrew pozorom jest piekielnie trudne.

  Przy tłumaczeniu miałeś wolne, ale pewnie trochę czasu zajęła ci nauka śpiewania anglojęzycznych tekstów?

  - Artur: Wystarczyła jedna podróż pociągiem - jechaliśmy do Gdańska i ćwiczyliśmy anglojęzyczne wersje. Myślałem, że będę musiał temu poświęcić ze dwa tygodnie, a tymczasem poszło łatwo. Nie twierdzę, że zaśpiewałem doskonale, ale właśnie z "The Length Of The Solitude Sound" jestem szczególnie zadowolony. Chyba nie słychać, że jesteśmy ze wschodu. A przecież bariera językowa jest największym problemem. Może powinniśmy wymyślić jakiś swój własny język? Nie musiałbym tłumaczyć tekstów - mógłbym tylko mówić, o czym myślę, kiedy je śpiewam.

  Nie znam jeszcze tekstów z nowej płyty, ale z koncertu zapamiętałem między innymi wers "Nie poddaj się, bierz życie, jakie jest". Z jednej strony bunt, z drugiej kompromis.

  - Przemek: To jest protest-song, a zarazem piosenka ku pokrzepieniu serc. Większość materiału jest dość przybijająca, więc chcieliśmy, by i taki utwór znalazł się na "Korova Milky Bar". Bierz życie, jakie jest, to nie znaczy: siedź na tyłku i nic nie rób. Wręcz odwrotnie - nie bądź pasywny, nie trać czasu, pomyśl o tym, że drugiego życia pewnie już mieć nie będziesz. Szarp się z nim, walcz, rób coś. Właśnie tak staramy się żyć.

Igor Stefanowicz

Opracowanie: Grzegorz Fik.

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT