Ostatnia modyfikacja tej strony: 5 lipca 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Idol
 "Za ciasne koszulki"
 (kwiecień 2002)

  "Stary, przecież jeszcze rok temu mówiłeś, że kupisz sobie taksówkę..." - gitarzysta Wojtek Powaga przypomina kumplowi z zespołu. Ale basista Myslovitz, Jacek Kuderski, dalej rozwija optymistyczne wizje. "Chyba zawsze mieliśmy 60 procent szczęścia i 40 procent umiejętności. Wydaje mi się, że jesteśmy pod jakąś fajną gwiazdą urodzeni.".


  Musieli czekać dziesięć lat na to, żeby... Powiedzmy na to, żeby wydać piąty album, "Korova Milky Bar". Bo chłopaki bardzo nie lubią, kiedy się im wróży "karierę na Zachodzie" w związku z wydarzeniami, które lada moment staną się ich udziałem. 29 kwietnia w Londynie, w klubie Borderline, koncert promujący anglojęzyczny minialbum Myslovitz zatytułowany "The Length Of The Solitude Sound". A potem seria występów u boku grupy Simple Minds. Właściwie europejska trasa - Berlin, Paryż, Walencja, Lizbona, Madryt, Mediolan... Czy to dużo?

  Docenieni z piwnicy. Jak dotąd kariery polskich artystów na Zachodzie to w większości przypadków niewypały. Może powinniśmy naturalizować jakąś Britney Spears, tak samo jak ściągnęliśmy Olisadebe? W sumie też ciągle wypada liczyć, że tak jak wybijający się w polskiej lidze piłkarze czasem potrafią odnaleźć się na Zachodzie, tak samo polski zespół, który u siebie osiągnął już bardzo wiele, może zamieszać za granicą. Myslovitz do tej roli nadaje się chyba nieźle. Już po wydaniu debiutanckiej płyty w 1995 roku na głowy Artura Rojka i kolegów posypały się mniejsze i większe nagrody. W dorocznych plebiscytach grupa została doceniana przez czytelników pism "Brum" i "Tylko Rock", otrzymała nagrodę od radia RMF FM - Niedocenieni '95, została nominowana do... Dance Music Awards i do Fryderyka. Na wieść o tej ostatniej nominacji Wojtek Powaga miał powiedzieć: "Stary, czujesz? Kompletny odlot! Zespół z piwnicy nominowany do Fryderyka!". W kolejnych latach nominacje coraz częściej zamieniały się w nagrody. W 1999 Myslovitz otrzymał już trzy Fryderyki - jako Zespół Roku, za Rockowy Album Roku ("Miłość w czasach popkultury") i za Piosenkę Roku ("Długość dźwięku samotności"). Na pewno ważna była też nagroda "pozabranżowa" - Paszport "Polityki". Lista nagród jest znacznie dłuższa, ale chyba nie trzeba już nikogo przekonywać, że Myslovitz jest zespołem z Polsce docenionym.

  Z Mysłowic. Myslovitz przełamał kilka stereotypów. Na przykład ten, że lepiej jest startować z Warszawy, że artyści zakotwiczeni w Warszawie mają łatwiej i bliżej gdzie trzeba. Jasne, to prawda. Ale na szczęście w całej tej branży liczą się także inne względy, nie tylko miejsce zamieszkania. A tego - kto jak kto - ale Myslovitz się nie wstydzi. Inna sprawa, że polskie piekiełko potrafi się czepić nawet nazwy zespołu. Jeden z ziomków Myslovitz na łamach prasy oskarżał zespół, że wykorzystuje nazwę rodzinnego miasta w celach marketingowych, że jest to chwyt perfidny i nie fair. Muzycy do dziś nie wiedzą, o co człowiekowi chodziło, ja też nie, więc nazwisko jego niech się schowa w zakamarkach historii...

  "Wielu ludzi z Mysłowic uważa, że jesteśmy gwiazdami i mamy gdzieś młode kapele, które zaczynają" - mówi Przemek Myszor. "Niby nie chcemy im pomagać. Bo ludziom się wydaje, że powinniśmy od razu pozałatwiać kontakty i kontrakty, zabierać zespoły w trasy koncertowe itd. A nawet granie wspólnych koncertów to nie jest taka prosta sprawa. Jeżeli grasz w małym klubie na małej scenie i ktoś występuje przed tobą, to później przez pierwsze piętnaście minut twojego koncertu akustyk musi ustawiać wszystko od nowa, robić porządek z gałkami. Czyli brzmisz gorzej niż grupa, która rozgrzewała publiczność. U nas nie ma jeszcze tak dobrze, jak na Zachodzie, gdzie przy takich okazjach są dwie konsolety mikserskie i wszystko brzmi w porządku, wszyscy są zadowoleni.". Wojtek Powaga dodaje za chwilę: "Chodzi tylko o problemy techniczne - to nie jest tak, że nie lubimy początkujących zespołów. Zresztą chociaż teraz mówimy o problemach, to i tak bardzo często ktoś przed nami występuje. I zapewniam cię, że nie jesteśmy gwiazdami, którym odbiło i się wywyższają. Pamiętamy, gdzie byliśmy dziesięć lat temu. Pamiętamy, że jeszcze po wydaniu płyty "Z rozmyślań przy śniadaniu" zastanawialiśmy się, czy ta zabawa ma sens, czy nie poszukać innej pracy..."

  Rozpoznawalni. Myslovitz miał pod górkę do szkoły także z tego powodu, że z miejsca zapakowano go do szufladki z napisem "britpop", czy jak kto woli "new brits". Bo to trochę tak, jakby powiedzieć artyście: jesteś wtórny, a oryginałowi i tak nigdy nie dorównasz. Od swoich inspiracji Myslovitz się nie odcina. Artur Rojek i koledzy mówią nawet, że byli szczęśliwi, gdy w recenzjach ich pierwszej płyty zatytułowanej po prostu "Myslovitz" pojawiały się porównania do brytyjskich kapel, takich jak Ride czy Jesus And Mary Chain. Bo oni tak chcieli grać, kochali tę muzykę. To była dla nich szkoła - na tej samej zasadzie, jak gros gitarzystów zaczynało naukę od "Domu wschodzącego słońca" Animalsów czy "Schodów do nieba" Zeppelinów. Ale teraz Myslovitz jest zespołem dojrzałym, mającym swój styl, a jednocześnie wciąż poszukującym. Ostatnio gitarzysta, Przemek Myszor, zaczął się obstawiać instrumentami klawiszowymi - Myslovitz udaje się w rejony mocno psychodelicznego, często improwizowanego techno. Nie ma mowy o staniu w miejscu, a jednak ten zespół będzie rozpoznawalnym choćby dzięki głosowi Artura Rojka. Śpiewa czysto, pewnie i do przodu, ma charakterystyczną barwę, pisze dobre teksty. Owe teksty są na tyle ważnym atutem, że gdy przyszło do przygotowywania anglojęzycznych wersji, zespół znalazł takiego tłumacza, który poprawną, nowoczesną angielszczyzną potrafił napisać niemal dosłowne przekłady. Rojek jest zachwycony - zgadza się nie tylko sens, ale też rytm i akcenty. O to chodzi, tak miało być. Fani Myslovitz od razu wiedzą, jaki jest polski odpowiednik tytułowego utworu z anglojęzycznej płytki "The Length Of The Solitude Sound". Wiadomo, że chodzi o "Długość dźwięku samotności" z poprzedniej płyty Myslovitz, obsypanej nagrodami "Miłości w czasach popkultury"...

  I nieprzypadkowi. "Kiedyś wchodziłem w ciasne koszulki i w miarę dobrze wyglądałem. Teraz jest inaczej" - pół żartem, pół serio narzeka Jacek Kuderski. "Śpimy w lepszych hotelach..." - dorzuca Przemek Myszor i zaraz gryzie się w język, rozglądając się po pokoju jednego z warszawskich hoteli, któremu daleko do Hiltona. Na moją prośbę starają się wymienić różnice między Myslovitzem z początku kariery, z 1992 roku, a Myslovitzem 2002.

  Artur Rojek przysłuchuje się spokojnie wynurzeniom kolegów, po czym dorzuca: "Teraz bardziej wierzymy w to, co robimy. Kiedyś było w nas sporo niepewności. Graliśmy takie dźwięki, jakie nam się podobały, nie szliśmy na kompromisy, ale wcale nie byliśmy pewni, że to przyniesie jakiś sensowny skutek. Teraz ta pewność wzrosła, bo zaakceptowała nas dosyć spora grupa ludzi. Mamy wrażenie, że oni w nas wierzą, że przychodzą na nasze koncerty nieprzypadkowo. Niedawno graliśmy w warszawskiej Proximie - to była premiera nowego materiału. Ludzie nie znali nowych piosenek, a jednak klub był wypełniony po brzegi. To było super - fani mają do nas zaufanie. W takich chwilach na bok odchodzą wątpliwości, depresje. Widać sens tego co robimy.".

Opracowanie: Toszbar.

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT