Ostatnia modyfikacja tej strony: 29 sierpnia 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Gazeta Wyborcza
 "Prawdziwe dzikusy"
 (25 lipca 2002)

  Artur Rojek opowiada o koncertach Myslovitz przed Iggy Popem i występach na europejskich festiwalach.


  To już Wasz drugi tak ważny wyjazd na Zachód [w maju muzycy zagrali siedem koncertów w Europie Zachodniej jako support grupy Simple Minds - przyp. red.]. Jakieś nowe wrażenia?

  - Ten wyjazd nauczył nas więcej pokory. Gdy graliśmy przed Simple Minds, ludzie, którzy przychodzili ich posłuchać, czekając na nich słuchali też nas. Naszym zadaniem było zagrać jak najlepiej, żeby nas zapamiętano, co w efekcie się udało. Czekali na swój ulubiony zespół, słuchali supportu i mówili "tak, tak, dobry zespół". Tym razem było inaczej, bo graliśmy głównie na wielkich festiwalach - tam czasem jest nawet po dziesięć scen, na których w tym samym czasie grają różne zespoły. Trzeba naprawdę się starać, żeby zainteresować słuchaczy. My na tamtym rynku jesteśmy debiutantami, nie mamy przebojów w angielskim radiu, nikt nie zna naszych piosenek. Ale było nieźle - gdy rozpoczynaliśmy występ pod sceną było kilkadziesiąt osób, po trzech piosenkach było ich już kilkaset. Pomimo to wiemy, że czeka nas jeszcze dużo pracy.

  Gdzie graliście?

  - Najpierw pojechaliśmy do Szwajcarii - zagraliśmy tam dwa koncerty akustyczne na Montreaux Jazz Festival. Oprócz nas grali tam m.in. Lambchop i Muse, ale też Paul Simon, Garbage i Jamiroquai. Udało nam się też poznać osobiście członków Mercury Rev. Potem zagraliśmy w Szkocji na festiwalu "T In The Park Festival" w Glenrothes. Na czterech głównych scenach zagrało 80 zespołów, gwiazdami byli Oasis, Primal Scream, Badly Drawn Boy i Orbital. Fajne było to, że mieliśmy identyfikatory, dzięki którym mogliśmy wejść wszędzie. Dla mnie jako fana muzyki był to czas idealny - czułem, jakbym nagle znalazł się wewnątrz zdjęcia na okładce "New Musical Express" [brytyjska gazeta muzyczna - przyp. red.]. Mieliśmy garderobę naprzeciwko Sonic Youth, a gdy zwolniliśmy pokój, to po nas wszedł tam Ian Brown...

  Potem pojechaliście do Irlandii...

  - W Dublinie zagraliśmy koncert przed Iggy Popem, dwa dni później mieliśmy jeszcze jeden wspólny koncert w Glasgow. Wcześniej ostrzegano nas, że fani Popa są bardzo specyficzną publicznością - podobno jeśli support im się nie podoba, to potrafią to pokazać i wtedy muzykom może być przykro... Oba nasze koncerty były jednak bardzo fajne - ludzie się bawili, a nam grało się świetnie. Fani Iggy'ego pokazali na co ich stać dopiero na jego koncercie. Sam Iggy też wyglądał, jakby właśnie wypuścili go z klatki - prawdziwe dzikusy.

Marcin Babko

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT