Ostatnia modyfikacja tej strony: 29 sierpnia 2002    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Gazeta Wyborcza
 "Zespoły muzyczne z Mysłowic"
 (26 kwietnia 2002)

  "Nie wiem, czy kiedykolwiek istniało coś takiego jak scena mysłowicka. Scena kojarzy mi się ze wspólnotą, współpracą, wzajemnym przenikaniem się. Tak było w Seattle, Manchesterze czy w Trójmieście, ale u nas? Tutaj nigdy tego nie było" - mówi Artur Rojek (The Freshmen, Myslovitz, Lenny Valentino).

  Mysłowice na muzycznej mapie Polski pojawiły się w połowie lat 90., za sprawą sukcesu zespołu Myslovitz. Członkowie grupy już w pierwszych wywiadach otwarcie przyznawali się do inspiracji lokalnymi gwiazdami z lat 80. Faktem jest, że w ciągu ostatnich dwóch dekad w Mysłowicach powstało kilkanaście ciekawych zespołów, żaden z nich nie odniósł jednak sukcesu. Dopiero w tym roku do głosu doszła grupa Negatyw - jej członkowie również z entuzjazmem wypowiadają się o muzykach, wśród których dorastali. Może więc czas przypomnieć kilka z zespołów, ludzi i zdarzeń, które tworzyły mysłowicką scenę muzyczną?


  120 minut. Lata 80. należały w Mysłowicach do dwóch zespołów - do dziś opowiada się o nich z szacunkiem i niemal czcią. Generał Stilwell i October's Children powstały niemal jednocześnie - w roku 1986. Bardzo szybko muzycy obu zespołów zaprzyjaźnili się, zaczęli też grać próby w jednym, dziś już kultowym miejscu - starym MDK-u na placu Wolności. Jeżeli October's Children przez kilka lat szukali własnego stylu, to Generał Stilwell od samego początku styl ten miał już ukształtowany - było to głównie zasługą Marka Jałowieckiego, zwanego "Dżałówą".

  "Pierwszy raz byłem na ich koncercie w 1988 roku. Pamiętam, że wszedłem do sali, a na scenie stał gość, który wyglądał, jakby właśnie wczoraj przyjechał z Manchesteru" - wspomina z rozrzewnieniem Artur Rojek, wokalista Myslovitz. W tych czasach "Dżałówa" był dla mysłowickiej młodzieży prawdziwym idolem, a jego grupa zyskała status "kultowej".

  "Byli dla nas wzorem. Gdyby nie Generał Stilwell, być może Myslovitz nigdy by nie powstało" - mówi dziś Rojek. "Bardzo możliwe, że byli pierwszą gitarową kapelą w Polsce, tyle że nikt spoza Mysłowic o tym nie wiedział".

  Równie ważny jak Generał Stilwell był zespół October's Children, dziś znany głównie za sprawą gitarzysty Przemka Myszora, który w 1996 roku zasilił szeregi grupy Myslovitz. Do dziś więcej mówi się jednak o Generale niż o Octobersach. Dlaczego? "Dżałówa" miał chyba mocniejszy przekaz, który trafiał do wszystkich - October's Children byli bardziej intelektualni. To oni jednak, jako pierwszy zespół z Mysłowic, zagrali na dużej scenie katowickiego Spodka - ten dzień miał duże znaczenie dla fanów mysłowickiego grania. "Był czas, że chodziłem na każdą ich próbę" - wspomina Mietall Waluś, lider grupy Negatyw. "Oni grali w szkolnej sali, a ja tańczyłem na korytarzu. Byłem ich fanem".

  Na muzyczną świadomość młodych ludzi z Mysłowic wpływały jednak nie tylko lokalne zespoły, ale też ich pierwowzory, głównie z Wielkiej Brytanii. Większość z nich do dziś wspomina program "120 minutes", emitowany na antenie MTV na przełomie lat 80. i 90. Prowadzący go Paul King dla mysłowiczan był muzyczną wyrocznią i niemal bogiem. Wystarczyło, że puścił jakiś teledysk, a już po kilku tygodniach płyta tego zespołu przychodziła w paczce od krewnych z Niemiec czy USA. Ludzie w Mysłowicach zaczęli czuć ten sam klimat, wymieniać płyty, rozmawiać. Rodziła się scena.


  Jak grzyby po deszczu. Jeśli w latach 80. w Mysłowicach tak naprawdę istniały tylko dwa zespoły z prawdziwego zdarzenia, to już w następnej dekadzie pojawiło się ich kilka razy więcej. Wiele z nich wzorowało się na stylu Generała Stilwella i October's Children - nawet jeśli nie bezpośrednio na ich piosenkach, to na pewno na ich muzycznych wzorach. "Pożyczałem im wszystkim płyty, może w ten sposób wpłynąłem jakoś na te młodsze kapele" - mówi skromnie Marek "Dżałówa" Jałowiecki. "Ale nie wiem, czy naprawdę podobała im się nasza muzyka. Oni wszyscy grali już potem trochę inaczej" - dodaje.

  Młode zespoły wyrastały jak grzyby po deszczu. Le Fresk, Quiet Age, Twin Pigs, Old Snax, Garden Of Hope. Uwaga - wiele z nich rozpadło się, zanim na dobre zaczęły grać, ale każdy coś po sobie zostawił. Głównie w świadomości muzyków, którzy przede wszystkim chcieli grać i to właśnie było dla nich najważniejsze. Może dlatego składy powstawały i rozpadały się, a na ich gruzach znów rodziły się nowe. Każdy kolejny wydawał się być przy tym krokiem do przodu. Skończył grać Le Fleur Du Mal, zaczął Zimbabwe Twels, potem Tazzaru, a jeszcze później Kabareto Ereto - w każdym z nich grali prawie ci sami ludzie, muzyka zawsze była nowa.

  Kilka zespołów nie tworzy jeszcze jednak sceny. W Mysłowicach bardzo ważny był wspólnie spędzany czas. Miejsc do spotkań nie brakowało: Czternastka, Odlot, Bankier, Convivium Korek, Bluesman, Snooker, Dziewiątki, Szóstki... Na wspomnienie tych miejsc łza kręci się w oku. Jednym z najważniejszych był jednak klub Trójkąt, gdzie co piątek odbywały się koncerty, najczęściej darmowe. Ludzie spotykali się tam, pijąc piwo i rozmawiając, słuchali wykonawców, a gdy ci skończyli, sami wchodzili na scenę i chwytali za instrumenty. Tak częste imprezy możliwe były dzięki przychylności ówczesnego dyrektora mysłowickiego MOKiS-u, puzonisty jazzowego Bronisława Dużego. Organizował festiwale i przeglądy muzyczne (m.in. legendarne już "Grassonalia"), urządzał warsztaty muzyczne. Nie było kłopotów z miejscem na próby, każda młoda kapela już po miesiącu istnienia mogła pochwalić się swoją muzyką na koncercie. Wystarczyło chcieć grać.

  W Mysłowicach grało się też oczywiście "normalną" muzykę - były kapele metalowe (m.in. MASH i Sanity), punkowe (Skowyt) i hardcore'owe (Piece Of Shit). Większość grała jednak psychodelię. Dlaczego? Ta muzyka wydawała się inna, bardziej tajemnicza i ciekawa, a przy tym łatwo było otoczyć ją aurą mistycyzmu. Były też jednak powody bardziej prozaiczne. "Żeby robić psychodelię, nie trzeba umieć grać, a ludzie nie mieli warsztatu" - wyjaśnia Robert Stachoń, gitarzysta i basista grup Garden Of Hope, Le Fleur Du Mal, Zimbabwe Twels, Tazzaru i jeszcze kilku innych. "Najłatwiej było podłączyć kamerę pogłosową, zagrać parę dźwięków i powtarzać ten motyw".

  Wielogodzinne, czasem trwające do rana koncerty, utwory, które ciągnęły się po kilkadziesiąt minut, niekończące się improwizacje. Nie na darmo muzycy śmieją się dziś, że ich głównymi muzycznymi inspiracjami były wtedy... haszysz i wino.


  Nie byliśmy kumplami. Myslovitz, jeszcze pod nazwą The Freshmen, zaczynali w roku 1992 od "angielskich" piosenek w stylu Generała Stilwella (wykonywali zresztą kilka utworów tego zespołu, do dziś grają na koncertach przebój "Peggy Brown"), wkrótce jednak również oni dali ponieść się transowej fali, która opanowała miasto. "Na początku nie rozumiałem grania w kółko jednego i tego samego" - wspomina Przemek Myszor, który do Myslovitz dołączył po wydaniu ich pierwszej płyty. "Dopiero potem załapałem trip na transową psychodelię".

  Członkom Myslovitz, jako nielicznym, udało się przetrwać kilka lat w tym samym składzie - efekty nie kazały długo na siebie czekać. Pierwsze zwycięstwa na przeglądach, najpierw lokalnych, potem ogólnopolskich i wreszcie wymarzony kontrakt. To wtedy właśnie zespół zmienił nazwę, to wtedy też pomiędzy nimi a kolegami, którym nie udało się odnieść sukcesu, zaczął powstawać dystans. "Użycie przez nich nazwy miasta było dla mnie gestem zaborczym i nie fair" - mówi Mariusz Kocima. "Nie każdy z Mysłowic jest w końcu Myslovitz. To był typowy chwyt marketingowy - najpierw chwytliwa nazwa, potem muzyka. Powinno być odwrotnie. To muza powinna napędzać - jeśli jest dobra, może się sprzedawać".

  "Dzięki Myslovitz ludzie w Polsce wiedzą, że takie miasto w ogóle istnieje" - twierdzi z kolei "Dżałówa". "To dobry zespół, byłoby jednak źle, gdyby nagle pojawiło się tu mnóstwo kapel podobnych do nich".

  Faktem jest, że do dziś każdy zespół pochodzący z tego miasta, utożsamiany jest z Myslovitz i muzyką, którą grają. Są zespoły, które fakt ten starają się wykorzystać, są też jednak takie, którym "myslovitzka" etykietka zwyczajnie przeszkadza. "Obojętnie gdzie byśmy nie grali, ludzie zawsze kojarzą nas z britpopem" - złości się Adrian Partyka, basista funkowej grupy Mofoplan. "A my gramy przecież całkiem inną muzykę".

  W mieście były jednak zespoły, które nawet jeśli nie grały podobnie do Myslovitz (studyjne, komercyjne nagrania grupy często były w mieście obiektem żartów, ich rozimprowizowane koncerty darzono już większym szacunkiem), to ich muzyka z pewnością mogłaby spodobać się tym samym ludziom, którzy kupowali płyty mysłowickiej gwiazdy. Wielu muzyków zaczynało przecież grać wcześniej lub w tym samym czasie co Myslovitz, często słuchali tej samej muzyki z Wysp, mieli podobne wzorce. Te zespoły również miały żal.

  "Oni nigdy nie pomogli żadnej kapeli z tego miasta, może m.in. dlatego tyle fajnych zespołów się rozpadło" - mówi Mietall Waluś, jeden z niewielu mysłowiczan, któremu udało się osiągnąć status gwiazdy, i który utrzymuje, że osiągnął go jedynie dzięki własnej pracy (choć są i tacy, którzy sukces Negatywu uzależniają od wcześniejszej gry Mietalla w drugim zespole Rojka, Lenny Valentino). "Często te zespoły grały lepiej niż Myslovitz, a na pewno bardziej psychodelicznie. Szkoda, że już ich nie ma".

  Możliwości pomocy z pewnością było wiele - wystarczyło zabrać ze sobą jakiś zespół w roli supportu na trasę koncertową po kraju czy na ważny występ w stolicy. Nigdy jednak tak się nie stało.

  "Po prostu nie byliśmy kumplami" - wyjaśnia Rojek. "Chodziłem na ich koncerty, często mi się podobało. Wiele z tych zespołów, jak Zimbabwe Twels, było naprawdę dobrych, ale nie było w nich organizacji. My byliśmy zdeterminowani na maksa, chcieliśmy grać i coś osiągnąć. Muza była dla nas ważniejsza niż zabawa. W Mysłowicach było odwrotnie - kapele często grały dla siebie. Nie mieliśmy do nich zaufania - gdybyśmy wzięli którąś z tych kapel na trasę, a oni nagle zaczęliby świrować: grać półtorej godziny zamiast pół albo nie grać wcale? Woleliśmy nie ryzykować".

  "To był nasz błąd" - przyznaje Myszor. "Powinno się pomagać młodszym zespołom. Tyle że niekoniecznie z Mysłowic - w tym kraju jest mnóstwo ciekawych kapel. Zespoły z naszego miasta były dla nas wielką niewiadomą - mogli zagrać naprawdę zajebiście, albo upalić się i usnąć na scenie. My też graliśmy na koncertach psychodelię, ale nie powodowaną haszem".


  Problemy w raju. "Granie jest dla ludzi otwartych, a palenie otwiera jeszcze bardziej. Rozwija, pomaga się wyciszyć. Wzrasta wrażliwość, słyszalność dźwięków, nie musisz już grać głośno" - opowiada Mariusz Kocima. Wiele mysłowickich zespołów z lat 90. tworzyło muzykę i grało koncerty nie tylko pod wpływem marihuany, ale również mocniejszych psychodelików.

  "Według mnie to nie były klimaty muzyczne, raczej towarzyskie" - wspomina z kolei Przemek Myszor. "Ludzie wchodzili na scenę i wpadali w swój trans, a ja siedziałem z boku, słuchałem i jakoś nie mogłem się na ten ich lot załapać. Byłem przerażony, bałem się, że oni wszyscy się stoczą. Aż dziw, że potem wyszło z tego tyle fajnej muzyki, jak np. grupa Corporation Of Wood. Wielu z tych ludzi nie odnalazło się jednak do dziś, albo odnaleźli się tylko trochę".

  Młodzi ludzie poświęcali psychodelii cały swój czas - przerywali naukę, rzucali pracę, czasem mieszkali nawet w miejscu prób. Mieli swój świat - przechodzili z jednego zespołu do drugiego, zamieniali się instrumentami. Zaczynali od perkusji, by skończyć na gitarze czy klawiszach (dzięki temu ich występy były ciekawymi widowiskami - prawie każdy grał na kilku instrumentach, muzycy zamieniali się więc nimi w czasie koncertów). Muzyka i stworzona wokół niej mistyczna, narkotykowa otoczka wydawała się być celem samym w sobie, dla którego warto oddać wszystko. Wkrótce jednak idylla skończyła się - hipisowską wspólnotę zastąpiły chore ambicje, a psychodeliczny raj psychiczne problemy. Narkotyki wielu z nich doprowadziły na skraj choroby nerwowej, jeden z muzyków popełnił nawet samobójstwo...

  Dziś większość z tych ludzi powoli dobiega 30., mają żony i dzieci, często bardzo dobrą pracę. Prawie każdy jednak wciąż stara się grać, tworzyć, robić coś poza ramami codziennego życia. Powodzenie debiutanckiej płyty Negatywu wielu z nich cieszy (w końcu to młodsi koledzy), innych rozżala - taką muzykę grało się tu już przecież dawno temu, często na lepszym poziomie. Im nigdy nie udało się odnieść ze swoją muzyką sukcesu, jednak nie rezygnują.

  "Ludzie cały czas chcą grać" - mówi Kocima. "Przekonałem się o tym przed kilkoma miesiącami, gdy otworzyliśmy nową salę prób. Co wieczór przychodziło po kilkanaście osób i każdy chciał na czymś grać... Scena nie umrze".

Marcin Babko

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT