|
| powrót |
Gazeta Poznańska
"Nie chcemy tylko dostarczać piosenek"
(7 stycznia 2000)

Rozmawiamy z Przemysławem Myszorem oraz Arturem Rojkiem z zespołu Myslovitz.
Wasza najnowsza, czwarta już płyta nosi tytuł "Miłość w czasach popkultury". Jakie miejsce w popkulturze zajmuje grupa Myslovitz?
- Jesteśmy elementem popkultury, ale nasze miejsce powinni oceniać inni. Nam trudno się umiejscowić.
Ale życie już was umiejscawia. Dostaliście "Paszport Polityki". Czym jest dla was to wyróżnienie?
- To pierwsza tak prestiżowa nagroda dla nas. Jesteśmy bardzo zadowoleni.
Jakie elementy popkultury wpływają na was?
- Prawie wszystko w życiu jest popkulturą. Wszystko jest sprzedawane, służy sprzedaży, albo pokazaniu się. To, jak jesteśmy ubrani, na co chodzimy do kina, nawet to, co jemy, jest popkulturą. Żyjemy w popkulturowych czasach.
Z waszej twórczości można wywnioskować, że ogromny wpływ mieli na was Beatlesi i Czerwone Gitary...
- Kiedy zespół Myslovitz nagrywał swoją pierwszą płytę, musiał być w jakiś sposób sprzedany. Jako, że inspirował nas rock brytyjski wyrosły na bazie fascynacji zespołem The Beatles wrzucono nas do worka z napisem "Wielcy fani The Beatles". Natomiast jeśli chodzi o Czerwone Gitary, była to jednorazowa sprawa związana z filmem - piosenka nagrana do filmu "Matka swojej matki" w reżyserii Roberta Glińskiego. Żaden z nas się na Czerwonych Gitarach nie wychował.
Wszyscy jesteście z Mysłowic?
- Tak.
Jak to się stało, że zespół z prowincjonalnego miasteczka, liczącego zaledwie 100 tys. mieszkańców nagle stał się ogólnopolską gwiazdą ?
- Zaczęło się wszystko w 1992 roku. Po dwóch latach, po dołączeniu do nas braci Kuderskich pojechaliśmy na swój pierwszy przegląd - Garaż '94 w Częstochowie. Dostaliśmy pierwszą propozycję kontraktu. Złożył ją ówczesny dyrektor muzyczny Radia Łódź - Maciej Pilarczyk, który dziś jest naszym managerem.
- Jedyną rzeczą, która pchnęła nas w biznes muzyczny to właśnie to, że mieliśmy pomysł i że byliśmy inni od wszystkich, którzy funkcjonowali na polskiej scenie muzycznej. Nie miało najmniejszego znaczenia skąd jesteśmy.
Jesteście znani z płyt i z filmów. Czy szykujecie kolejną ścieżkę dźwiękową?
- Nie, chociaż mamy propozycje filmowe. Utwór "My" znajdzie się w filmie "To my". Cały czas jest to próba dojścia do czegoś bardziej wartościowego.
Do czego chcecie dojść?
- Do czegoś co będzie nam się od początku do końca podobać, bo na razie jesteśmy zespołem, który płaci frycowe, żeby dojść do rzeczy wartościowych.
- Bardzo dużo chodzimy do kina i bardzo lubimy filmy. To zupełnie inna praca i inna muzyka. Wydaje nam się, że niektóre fragmenty naszej muzyki znakomicie funkcjonowałyby w filmie. Chcemy przełamać stereotypy. W polskim filmie powinno być też miejsce na muzykę trochę inną.
Udało się to Elektrycznym Gitarom...
- Tylko, ze oni wykonują piosenki, a nam chodzi o coś innego. Nie chcemy być tylko dostarczycielami piosenek, a nas się tak ciągle traktuje. Chcemy jeszcze dodać normalny plastyczny materiał dźwiękowy.
Marek Zaradniak
| powrót | |