|
| powrót |
Filipinka
"Artur w czasach popkultury"
(czerwiec 2000)

Artur Rojek to założyciel, wokalista i wizytówka medialna zespołu Myslovitz. Grupa przez 6 lat pracowała na sukces i teraz jest na topie. Na swojej ostatniej płycie "Miłość w czasach popkultury" chłopaki znowu śpiewają o uczuciach, tęsknotach i rozstaniach. Robią to jednak tak, że ciarki przechodzą po plecach. Zapytaliśmy Artura, jak z pływaka zostaje się muzykiem.
Byłem. Artur urodził się w 1972 roku w Mysłowicach, a dokładniej w wielkim budynku o neogotyckich witrażach, czyli w Szpitalu Miejskim nr 1. Trzeba wiedzieć, że był to dla miasta rok pamiętny, bo właśnie wtedy niewielkie Mysłowice odwiedził Fidel Castro. Dzieciństwo Artura to wspomnienia ciepłego domu, mamy, dziadka i babci. To właśnie po grającej na flecie, organkach i śpiewającej w chórze babci odziedziczył miłość do muzyki. Reszta rodziny nie miała takich uzdolnień. Muzyka musiała jednak poczekać, bo najpierw w życiu małego Artura nadszedł czas pływania...
Jak wspominasz szkolne lata?
- Podstawówka minęła mi na treningach pływackich. Pływałem dwa razy dziennie: o 6.00 i o 17.00. Z tych czasów pamiętam tylko: treningi, treningi i treningi. No, może jeszcze zawody, obozy. Moje najsilniejsze i najlepsze wspomnienia wiążą się więc z basenem, a zwykłe szkolne życie jakoś niespecjalnie zapisało się w mojej pamięci. Grzecznym chłopczykiem jednak nie byłem. W domu często dostawałem bury, a na wyjazdach i koloniach byłem najczęściej karanym dzieckiem. Miałem wielki dar brojenia, wciąż psociłem i dlatego zbierałem baty. Gdzieś tak w VI klasie podstawówki uspokoiłem się i całą energię zacząłem ukierunkowywać inaczej. Muszę przyznać, że proporcjonalnie do mijających lat, mijał mi też zapał do nauki. Z jednym wyjątkiem: zawsze uczyłem się tego, co mnie naprawdę interesowało.
Czy jako dzieciak chciałeś zostać strażakiem, czy miałeś inne pomysły na życie?
- Strażak? Nic z tych rzeczy. Marzyłem o tym, żeby zostać archeologiem podwodnym. Woda i pływanie pociągały mnie zawsze. I mimo że po podstawówce trafiłem do normalnego ogólniaka, a nie do takiego o profilu sportowym, cały czas pływałem. Ze względu na treningi przydzielono mi indywidualny tok nauczania. Nie przychodziłem na dwie pierwsze lekcje, bo rano miałem basen. A że najczęściej była to matematyka i fizyka, czyli te przedmioty, które sprawiały mi najwięcej trudności, bardzo mi to odpowiadało. Co prawda musiałem je później zaliczać na indywidualnych klasówkach, na których nie było mowy o żadnej taryfie ulgowej, ale i tak potrafiłem tę sytuację wykorzystać. Po prostu klasówki pisałem jakiś tydzień po mojej klasie, a ponieważ nauczyciele nie lubili się wysilać i zmieniać zadań, więc doskonale wiedziałem, co i jak mam rozwiązać. Potem chodziłem na treningi tylko po to, by nie bywać na nielubianych przedmiotach. I tak szczęśliwie udało mi się przetrwać szkołę średnią. Później zdałem na AWF i wciąż trenowałem.
Czy poza pływaniem miałeś czas na szkolne miłości?
- Na miłości? Zawsze! Przydarzały mi się wszędzie: na koloniach, obozach, w szkole. Już w przedszkolu rywalizowałem o względy pewnej dziewczyny z moim bardzo dobrym kolegą. Okazało się, że nie było sensu narażać na szwank męskiej przyjaźni, bo dziewczyna nie była zainteresowana ani jednym, ani drugim.
Kiedy przyszedł czas na muzykę?
- Pierwszą gitarę kupiła mi mama w Składnicy Harcerskiej (w czasach PRL-u był to sklep, w którym, jak sama nazwa wskazuje, możne było kupić wszystko, co potrzebne młodemu harcerzowi - przyp. red.). Po dwóch tygodniach szarpania strun nastąpił kryzys i zrezygnowałem. Ale coś mnie ciągnęło do gitary, bo po jakimś czasie wróciłem do grania. Prawdziwy zwrot nastąpił na studiach. W 1992 roku założyłem zespół i wtedy większość czasu poświęcałem muzyce. Mama miała nawet o to do mnie pretensje. Uważała, że zbytnio skupiam się na graniu i robię to kosztem nauki. Matczyne argumenty jednak na mnie nie działały, wręcz przeciwnie, dodawały energii, by dalej prowadzić zespół. A energia była potrzebna. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, okazało się, że nikt z nas nie potrafi grać. Byliśmy słabiutcy warsztatowo, ale mieliśmy jeden atut. Graliśmy muzykę, jakiej w Polsce nie grał nikt. Niektórzy określali ją mianem polskiego britpopu i określenie to przylgnęło do nas na długo.
Na początku Twój zespół nie nazywał się Myslovitz, a The Freshmen...
- Nazwę tę wzięliśmy z filmu z Marlonem Brando i Matthew Broderickiem. W 1994 roku przemianowaliśmy się na Myslovitz. Nazwę wzięliśmy od naszego rodzinnego miasta, tyle że nieco zmienioną pisownię "ściągnęliśmy" z drzwiczek starego poniemieckiego pieca. Pierwszy sukces odnieśliśmy w konkursie Garaż '94 w Częstochowie. Potem była Mokotowska Jesień Muzyczna i pierwszy kontrakt płytowy.
Jestem. 28-letniemu magistrowi wychowania fizycznego (praca magisterska: "Wybitni pływacy XX wieku") po latach pływania pozostała sportowa sylwetka i tytuł Mistrza Polski. Z pływacką przeszłością może się kojarzyć wygolona głowa Artura. Ale kontrolowana "łysina" to świeży pomysł i z basenową przeszłością niewiele ma wspólnego.
Czy przyszło Ci kiedyś do głowy, że będziesz żył z muzyki?
- Jako dziecko marzyłem, by zajmować się albo muzyką, albo filmem. Wymyśliłem sobie, że fajnie byłoby, gdyby moja praca polegała na oglądaniu filmów i słuchaniu muzyki. Potem, kiedy zakładałem zespół, moim marzeniem było nagranie płyty. To samo przyszło. Teraz muzyka jest moją pracą, dlatego staram się być "zawodowcem". Wkładam w to mnóstwo energii. Poza Myslovitzem zaangażowałem się w inny projekt. Z moim kumplem Mietallem założyłem grupę Lenny Valentino.
Czy czujesz się gwiazdą?
- Nie. Tak naprawdę od czasu wydania pierwszej płyty niewiele się zmieniło. Chyba tylko to, że na koncerty przychodzi więcej ludzi. Wydaje mi się, że ja się nie zmieniłem... Być może jestem bardziej pewny tego, co robię.
Jaki jest Artur Rojek?
- Trochę niekonsekwentny. Czasami mówię o sobie za dużo, czasami za mało. Wszystko zależy od mojego humoru. Generalnie jestem skryty i chciałbym chronić swoją prywatność. Lubię życie "na walizkach". Od małego żyję w rozjazdach. Najpierw zawody i obozy pływackie, teraz koncerty i cała reszta. Bardzo mi to odpowiada i przyjeżdżając do domu, już myślę, gdzie by tu wyjechać. Bliskie podróże to moja specjalność. Dalekie - to jeszcze marzenia. Mogę tylko mieć nadzieję, że kiedyś uda mi się je zrealizować. Mam wiele zainteresowań. Poza muzyką interesuje mnie... muzyka, muzyka i muzyka. Zbieram płyty, ale nie jestem płytowym maniakiem. Oglądam dużo filmów i o tym zwykle piszą dziennikarze, bo moje filmowe fascynacje widać w piosenkach. Mam jeszcze trochę innych zainteresowań, takich, co to przychodzą, a potem zupełnie niespodziewanie odchodzą. Tak było na przykład z nurkowaniem.
Będę. W tej sprawie Artur ma niewiele do powiedzenia...
Jaki będziesz za 10 lat?
- Poza tym, że będę miał wtedy 38 lat, reszta wydaje mi się niewiadomą. Prawdopodobnie poza muzyką będę robić wiele innych rzeczy. Choć może to, czym zajmuję się teraz, jest tym, co wychodzi mi najlepiej. Nie wiem. Żyję tu i teraz.
Diana Rymuza
Opracowanie: Kasik.
| powrót | |